Teleportacja nigdy nie należała do szczególnie eleganckich sposobów podróżowania, chyba nie istniała osoba, która by się z tym nie zgodziła, jeśli o mnie mowa, nigdy specjalnie przepadałem za korzystaniem z tego, co oferowała mi ta wybitna umiejętność, szczególnie że nie raz, nie dwa chciało mi się po niej rzygać. Tego dnia już wybitnie, co prawdopodobnie miało związek z bardzo poźną kolacją oraz wypitym wczoraj alkoholem, a może zwyczajnie z zapachem zgnilizny, jaki nagle uderzył w moje nozdrza. Przez krótką chwilę miałem wrażenie, że ktoś przeciągnął mnie przez zbyt ciasną rurę, a potem nagle stanąłem obiema stopami w miejscu umówionego spotkania. Pojawiłem się na wilgotnej ściółce na skraju Lasu Wisielców, niedaleko Little Hangleton, i przez chwilę po prostu stałem w lekko przygarbionej pozycji, modląc się o to, żeby świat w końcu przestał wirować. Dopiero po upływie kilkudziesięciu sekund rozejrzałem się za Heather, której jeszcze nie było widać we mgle wiszącej nisko nad przywiędłą łąką, chociaż nie miałem pojęcia, czy to ona się spóźniała, czy może to ja przybyłem za wcześnie. Zegarek w takich chwilach niewiele pomagał, ponieważ jego wskazówki poruszały się na tyle szybko, aby znowu zachciało mi się wymiotować - przerabiałem to jednak tyle razy, że tym razem nie dałem się na to złapać, i po prostu na niego nie popatrzyłem. Zamiast tego wytężyłem wzrok za rudą czupryną.
Zbieranie chrustu w lesie, w którym według lokalnych, potwierdzonych na własną rękę opowieści można było spotkać złe duchy, przeklęte stworzenia - o jedno mniej niż przedtem, ale kto tam wiedział, ile ich tu było - albo zwyczajnie ludzi z bardzo złymi intencjami na spędzanie popołudnia, nie należało może do najbardziej logicznych pomysłów. Zbierać badyle można było przecież praktycznie wszędzie, lecz wydawało mi się zdecydowanie ciekawsze niż robienie tego gdziekolwiek indziej. W mojej obronie - Las Wisielców miał tę przewagę nad większością zwyczajnych miejsc do szukania kawałków drewna, że przynajmniej nie zanudzał człowieka na śmierć po pięciu minutach. Próbował zabić go na wiele ciekawszych sposobów. Poszukiwanie badyli w takiej lokalizacji miało w sobie pewien rozrywkowy element, odrobinę dreszczyku, którego zdecydowanie brakowało zwyczajnemu spacerowi po jesiennym sadzie, podczas którego największym zagrożeniem było nadepnięcie na mokrą gałąź, poślizgnięcie się na gnijącym jabłku albo spotkanie najebanego sfermentowanymi owocami dzika o wyjątkowo wojowniczym usposobieniu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)