Lorraine & Kożuch
Mężczyzna witający gości w Zaklętej Łyżeczce patrzył, a przez pozornie neutralny wyraz twarzy, przebijała się pewna konsternacja. Mniej go chyba w tym momencie zajmował sam Kożuch i jego mowa o inspekcji Sanitarnej, bo jakby nie patrzeć, był tylko kotem. Gadającym, owszem, ale wciąż kotem. Zamiast niego, zareagowała dziewczynka, która pisnęła uradowana i pociągnęła mamę za rękaw, prosząc ją by spełnić życzenie kotka, bo ten na pewno jest głodny.
Lorraine sięgnęła ręką w kierunku koszyka z upominkami i mogła poczuć, jak spojrzenie mężczyzny prześlizguje się po jej palcach, zanim stuknięcie różdżki nie spowodowało, że otwór zacisnął się mocno, nie pozwalając wyciągnąć z wnętrza żadnego z pakunków. Dało się też zauważyć, że oprócz samego kelnera i stolika, który znajdował się najbliżej wejścia, a przy którym siedziała dziewczynka, oddzielająca właśnie mięso na osobny talerzyk, nikt więcej nie zwracał na nich uwagi. Wili czar nie miał szansy zadziałać, bo ciężko było podciągnąć wachlowanie ręką pod hipnotyzujące ruchy, którymi zwykły posługiwać się te magiczne istoty.
— Proszę pani, to jest porządny lokal. Proszę nie insynuować tego typu rzeczy i natychmiast go opuścić. Nie będzie tu pani mile widziana — odparł mężczyzna stanowczo, zerkając w kierunku drzwi. Jeśli chciała, mogła faktycznie opuścić lokal, ale musiała się obejść smakiem jeśli chodziło o magiczne słodycze. Co zaś tyczyło się Kożucha, przed tym został postawiony talerzyk z mięsem, dokładnie jak sobie tego zażyczył. W momencie jednak, kiedy host miał już z głowy problemy jakie sprawiła Lorraine, jego spojrzenie padło na kota. Widać było, że przez dłuższą chwilę myśli, bo ewidentnie nie miał w planach by tego dnia zmagać się z gadającymi zwierzakami. — Proszę państwa — zaczął, podchodząc bliżej do nich. — Przepraszam, ale jestem zmuszony poprosić o nie karmienie zwierząt, jeśli nie są państwa towarzyszami. Prosiłbym też… cię… — zaczął zezować na Kożucha. — O pokojowe opuszczenie lokalu.