— Dokładnie. Można popracować nad tym, czy szefostwo na to pozwoli — nie wydawało mu się, ale zawsze można było spróbować. I tak czasem zaprzęgało się takich do pracy, jeśli chodziło o normalne sprawy, więc czemu i nie u nich. Trzeba by do tego tylko znaleźć kogoś zaufanego.
— Lubię ją. Miałem z nią styczność parę razy i wydawała się ogarnięta — a co ważniejsze, nie wkurwiała go tak jak pewna ruda brygadzistka. — A co stało za wyborem? Jest metamorfomagiem, a to całkiem przyjemna umiejętność. Rozmawiałem z nią już i jest też skłonna nauczyć się fal, to dwa. Trzy, wolę ją niż jej ojca, z tego prostego powodu że obawiałbym się, jak to ładnie nazwać, spięć wynikających z doświadczenia. I nie chodzi tylko o mnie — zastrzegł sobie, żeby nie pomyślała przypadkiem że miał tak wrażliwe ego, że bał się że ktoś go nie posłucha. Znaczy miał, ale tym razem chodziło o coś więcej. — Ja, hoho, dowódca, ładne uśmiechnięcie się do ministry i módlmy się żeby to działało, a dalej fale i aurowidzenie — zaczął wyliczać na palcach. — Ty, oklumencja, eliksiry i można cię wrzucić do ognia, a nic się nie stanie — kontynuował, ale kiedy mu się skończyły palce to przestał. — Brenna, animagia, transmutacja, widmowidz. Robi nam się z tego całkiem dobry zestaw umiejętności, prawda? — i to taki, który sobie dokładnie przemyślał. — Z dokumentacją jest taki problem natomiast, że muszę się tym zająć ja i Robert. Harper dała zielone światło, ale prawda jest taka że trzeba na to wytrzasnąć budżet, bo robi nam się osobna sekcja w biurze. Będą pieniądze i chętni ludzie, to wtedy dostaniemy na to wszystko miejsce i przekazywanie spraw. A co do antropologów, to myślałem na stałe. Myślę że jeśli będzie trzeba, Cynthia lub Lestrange pozwolą na zabranie w teren. Myślałem o Bletchley do tego, bo z tego co pamiętam i z nią kiedyś rozmawiałem, oprócz medycyny to interesuje się runami i historią magii. No i to nam robi drugiego widmowidza.