Budynek nie ucierpiał, a on wciąż zastanawiał się, czy nie zaatakowano go, by byli czystej krwi czy dlatego, że jego brat, kuzyn, może wuj, służył Voldemortowi. Nie chciał o tym myśleć, a jednak czasem… czasem to do niego wracało. Do tej pory nie był tym zainteresowany, chyba zamykałby oczy celowo, bo cóż: Rosier nie był człowiekiem złym, ale na pewno nie był też dobrym.
Spalona Noc zmieniła jednak wszystko. Także dla niego. W tym momencie, w którym czołgał się przez kłęby dymu? Gdy sięgnął po gazetę i odłożył ją, widząc liczbę nekrologów? Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że musi się wyprowadzić ze swojego mieszkania?
Sam nie był pewien.
– W jego wyniku dym i sadza opadły na projekty, a sama kreacja, jej prototyp, zaginęła… zaś tata przekonał ciocię, że koniecznie powinna zająć się dwoma zamówieniami dla stałych klientek, które straciły część garderoby. Kreacja choinkowa chwilowo musi poczekać.
Oby na święte nigdy, pomyślał, ostatecznie otwierając drzwi kolejnego pomieszczenia. Gabinet prezentował się całkiem nieźle, przynajmniej sam w sobie, ale był trochę graciarnią: nic czego nie dałoby się pozbyć, nie robiło to jednak dobrego wrażenia, a inne mankamenty trochę zniechęcały Rosiera. Zajrzał jednak do tego, co było pokojem gościnnym i też niby nie tragicznie… ale nie na tyle, by od razu się zakochał w tym budynku. Mogli jeszcze wejść do wieżyczki, miał jednak złe przeczucia i postanowił, że to póki co zostawi.
– Myślę, że nie skreślę tego domu całkiem, ale wrócę to tylko, jeśli inne opcje odpadną – zdecydował. I nie wspomni na razie nikomu o bahankach i boginach, bo och, dzięki nim pewnie nikt się na ten dom nie rzuci, a potem starguje się łatwiej cenę… – A na razie możemy rozejrzeć się po okolicy. Kto wie, może zakocham się w plażać?