—26/04/1972—
Wzgórze w okolicy Little Hangleton
Erik Longbottom & Geraldine Yaxley
Naprawdę nie miał pojęcia, co go tak właściwie przekonało do wzięcia udziału w tej niespodziewanej wyprawie do Little Hangleton. Kiedy otrzymał propozycję wspólnego wypadu, w pierwszym odruchu chciał uprzejmie odmówić. W końcu był koniec miesiąca, a on miał pełne ręce roboty, pomimo tego, że pracował na pełnych obrotach. Pomimo że każdy kolejny dzień zbliżający go do Beltane powinien sprawiać, że lista obowiązków będzie się zmniejszała, ta zdawała się jedynie wydłużać, co tylko wzmagało jego irytację. Być może to właśnie chęć wyładowania negatywnych emocji przekonała go do tego, że ucieczka od Londynu czy Doliny Godryka będzie dobrym pomysłem.
— Jeśli chciałaś mnie zmęczyć przed pojedynkiem, to Ci się to udało — wystękał, kończąc swą wspinaczkę po stromej dróżce, aż w końcu oparł dłonie na kolanach, dysząc przy tym ciężko. — Bardzo sprytna taktyka. Może nawet za sprytna. — Podniósł niby obrażone, acz rozbawione spojrzenie na kobietę. — Aż strach pomyśleć, jakie inne niespodzianki chowasz w rękawie.
Wziął głęboki wdech, starając się uspokoić oddech, po czym odwrócił się za siebie. Huh, nawet jeśli ich trening nie skończy się spektakularną bitką magiczną, to przynajmniej obraz wioski w środku wiosny pozostanie w ich pamięci na dłuższy czas. Dróżka, po której tu trafili, opadała w dół zbocza, a przed nimi rozciągał się w widok na wioskę. Większość budynków była stosunkowo niewielkich rozmiarów, jednak tu i ówdzie można było dostrzec pojedyncze rezydencje, których właściciele ewidentnie mogli sobie pozwolić na więcej niż reszta. Ger jednak miewa czasami przebłyski geniuszu, stwierdził wspaniałomyślnie, wyciągając różdżkę zza pazuchy.
Pogoda dopisywała, a słońce przyjemnie przygrzewało, toteż Longbottom nie czuł się zobowiązany do tego, aby wbić się w gruby, wielowarstwowy strój. Ba, odpuścił sobie nawet grubą kurtkę, stawiając na cienki, przewiewny płaszcz, pod którym skrywał szary sweter z czerwono-złotymi akcentami, stanowiącymi symbol dawnej przynależności do Gryffindoru. Jedynie cieplejsze buty i spodnie sugerowały, że pomimo dogodnych warunków atmosferycznych, prawdziwe angielskie lato pozostawało, póki co w sferze nieuchwytnych marzeń.
— Prawdę mówiąc, bardzo mnie zaskakujesz. Że też akurat teraz zachciało Ci się treningów — zaczął, aby zaraz przerwać, mamrocząc pod nosem inkantację trzeciego z kolei zaklęcia antymugolskiego. Przezorny zawsze ubezpieczony. — Chodzi mi o to, że do Beltane zostało zaledwie kilka dni. Większość ludzi wolałaby się odznaczyć... Cóż... Dobrą prezencją przy takiej okazji. — Uśmiechnął się nieśmiało, nie chcąc urazić Yaxley. — Chyba że planujesz zastraszyć swojego ewentualnego wybranka serca, pokazując mu swoje pamiątki po pojedynku. To też jest jakaś strategia...
Po rzuceniu jeszcze kilku zaklęć ochronnych Erik doszedł do wniosku, że udało im się zabezpieczyć teren przed wzrokiem obcych. Choć było dość mało prawdopodobne, by spotkali tu kogoś, kto chciałby im zrobić krzywdę, mieszkańcy wioski mogliby nabrać podejrzeń, gdyby zobaczyli kolorowe wstęgi światła przecinające niebo nad wzgórzem. Hangleton to nie była Dolina Godryka, a wbrew pozorom niektórzy mugole mieli całkiem bystry wzrok.
— Najedzona? Wypoczęta? Przygotowana? — spytał zadziornie, starając się wyczuć nastrój kobiety. Ich ostatni pojedynek nie należał do najbardziej wyrównanych starć, toteż liczył, że tego dnia, szczęście dopisze Geraldine. — Jeśli jesteś gotowa, to bardzo proszę, zaczynaj. Kobietom należy się pierwszeństwo.
Skłonił przed nią głową, odsuwając się na odpowiednią odległość, uważnie lustrując sylwetkę przyjaciółki. Przez jego ciało przeszła iskra euforii, przez co był bardziej czujny niż zwykle.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞