"Nie widzisz, bo ci czoło zasłania. Pomyślał tylko, za to bardzo głośno. Mogła się wypierać, ale i tak każdy kto miał wiedzieć ten wiedział, że Victoria to typowa kujonica. Do tego okropnie przemądrzała. Chociaż nie, aż tak bardzo skoro wydawało się jej, że naprawdę uda się jej przekonać Louvaina do zajrzenia to tych przeklętych książek. Jak na tawardogłowego niedopałka Parkinsonów coś ciężko szło jej łączenie faktów. Lou po prostu nie darzył słowa pisanego zbyt wielką sympatią i musiałby widzieć w tym konkretną korzyść, żeby się do tego zmusić. Poza tym nikt kto nie nazywał się Lord Voldemort nie będzie go ustawiał sobie jednym listem, jak jakiegoś praktykanta na przyuczeniu. Był zbyt przystojny i miał zbyt wiele tatuaży żeby marnować się nad drukiem. To pasowało bardziej do kujoników. Dokładnie takich jak Victoria. I Nie zamierzał uciekać od jej uścisku. Aż takim bufonem nie był. Jednak Victoria przytuliła się bardziej do sztywnej kłody, niż do swojego kuzyna. Nie odwzajemnił uścisku, twardo stojąc przy swojej pozie niedostępnego złośliwca. Przy tym wydał z siebie skrzypiący dźwięk zgryzoty, ewidentnie niezadowolony tym atakiem czułości. Już mogłaby dać sobie spokój z tym dopinaniem swego, chociaż i tak nie bardzo wiedział o co jej chodziło. Zwyczajnie miał ochotę się odgryźć za te traktowanie go w listach jak swojego asystenta, któremu starała wydawać polecenia. Dlatego zamierzał na całym dystansie tego spotkania być bardziej, niż wrzód na dupie.
- Oby to był tylko psikus. Rzucił dość oschle i ozięble. Gdyby to był tylko jakiś mało zręczny dowcip zapewne nie byłoby się za bardzo czym przejmować. Ciotka i skrzaty po prostu miałyby nieco więcej roboty w odrestaurowaniu ogrodu. Gorzej jeśli to efekt czegoś poważniejszego, jakiś celowy sabotaż na ich matecznik. Oby nie oznaczało to tylko zbyt poważnej choroby wśród roślinności. Nikomu nie są potrzebne niepochlebne plotki o ich wizytówce. A potem znowu zaczęła ględzić o tych zasranych książkach. Nawet nie zamierzał udawać, że obchodzi go to gadanie. - Tak, siedziałem na drzewie i obserwowałem was z góry. Widziałem jak ordynarnie gapisz się Laurentowi na rozporek. Fuj. Przewrócił teatralnie oczami i gestem jednej dłoni pokazał jej na placach jak bardzo chodzi jej jadaczka i ogólnie, żeby sobie już darowała. Po tylu latach powinna już wiedzieć, że nie ma takiej metody wychowawczej zdolnej wymusić na nim oczekiwanego zachowania. Nawet nie wysłuchał co tam dalej ma mu do powiedzenia. Nie musiała mu tłumaczyć, że tu chodzi o współpracę. Przecież to było oczywiste. Wciąż jednak mogli się przy tym droczyć, docinać i wbijać szpileczki. Tym bardziej, że trafiła mu się taka okazja jak dzisiaj i przyłapał Victorię i Laurenta razem na schadzce. Idealny temat do żartów i drwin. Nie żeby miał cokolwiek przeciwko. Śmiało, mieli wolną wolę. Po prostu Lou musiał sobie pogadać po swojemu i tyle.
Zawinął sobie płaszczyk i po prostu oddalił się od kuzynki szybszym krokiem w stronę Laurenta. On przynajmniej nie był dzisiaj, aż tak męczący jak jego randka-pani auror. Bo w przeciwieństwie do Victori, platynowy książę wziął się do roboty, a nie smęcił jak stara dewotka. Krocząc tak w kierunku oranżerii, przykucnął na moment w pobliżu skupiska tych czarnych róż. Ostrożnym ruchem, tak by się nie skaleczyć o kolce, zerwał kilka sztuk i zawinął je w jedwabną, haftowaną chustę, którą zgarnął wcześniej z rezydencji. Schował sobie zawiniątko do wewnętrznej kieszeni marynarki. On też ma swoich specjalistów na boku, nieco mroczniejszych. Oni z pewnością sprawdzą kwiatuszki również pod innym kątem. - Dolina i Limbo miały miejsce już parę miesięcy temu. Dlaczego dopiero teraz coś miałoby się zmienić? Od razu podał w wątpliwość rzuconą przez Prewetta tezę. Gdyby to miało związek z tymi sprawami, róże powinny pojawić się już wtedy. Nie z takim opóźnieniem. Wodził wzrokiem za Laurentem, bo zdawało się jakby słyszał, widział, może po prostu czuł nieco więcej, niż on, niż Victoria. Sprawiał wrażenie jakby coś przykuwało uwagę, coś czego Louvain nie dostrzegał tak jak on.