adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Florence Bulstrode przemierzała szpitalne korytarze, mijając po drodze uzdrowicieli, pacjentów i stażystów. To był chyba jakiś sądny dzień nad Mungiem, bo w klinice zapanowała nerwowa bieganina i plenił się chaos - nie taki, jak w noc Beltane, gdy zwożono tutaj rannych Błędnym Rycerzem całymi grupami, a ten powstający ze splotu niefortunnych zdarzeń. Tutaj jakiś magimedyk ścigał pacjenta, który napompowany na podobieństwo balonu umknął mu na korytarz i odbijał się od sufitu. Tam dwie pielęgniarki usiłowały przetransportować do gabinetu bardzo pijanego pacjenta (Florence nawet się nie zatrzymując cisnęła na niego zaklęcie oczyszczające, nic sobie nie robiąc z jego pełnego oburzenia, podpitego głosu, że na to zgody nie wyrażał). Gdzie indziej dwóch stażystów, wyłapywało żaby, z jakiegoś powodu skaczące po korytarzu - na widok Bulstrode, które rzuciła im uważne spojrzenie, umknęli, gubiąc kilka płazów z wiaderek.
Postanowiła, że o te żaby dopyta później. Całą resztę zignorowała, bo takie rzeczy zdarzały się w Mungu, choć z mniejszą częstotliwością, i poziom chaosu zaczynał powoli przekraczać tolerancję miłującej spokój i porządek Florence.
Zeszła na piętro, na którym znajdował się oddział zatruć i niewłaściwego użycia eliksirów. Potrzebowała w tej chwili zielarza, a w klinice takich najlepiej było szukać właśnie tutaj. Szybki rzut okiem na kolejkę pod gabinetem Poppy sprawił, że skierowała się do kolejnego - Greengrass prawdopodobnie miał zmianę, ale nie umówiono mu pacjentów, a miał zajmować się nagłymi przypadkami.
Zapukała, odczekała grzecznie pięć sekund, a potem uchyliła drzwi.
- Ambroise - powiedziała, stając w progu. Jak niemal zawsze jej uzdrowicielska szata (paskudna jak wszystkie szaty w klinice) była nienagannie czysta i niepomięta, jakby ledwo chwilę temu ją wyprano, a potem wyprasowano. Kasztanowe włosy ściągnięto w ciasny kok, z którego nie ośmielił się wymsknąć choćby jeden kosmyk, co uwydatniało twarz, bladą, nieco piegowatą, o regularnych rysach i bacznych, niebieskich oczach, typowych dla jej rodu. – Jeżeli nie jesteś bardzo zajęty, potrzebujemy na naszym piętrze diagnozy zielarza. Obawiam się, że trafił do mnie pacjent obłożony dość nietypową klątwą – zrelacjonowała, przypatrując się mu z uwagą, jakby planowała samym spojrzeniem odczytać jego myśli... albo przyszłość.