• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja Horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[02/09/1972] tytuł w toku, bo idk co tu dać [Helloise&Edith]

[02/09/1972] tytuł w toku, bo idk co tu dać [Helloise&Edith]
edytka rokłudowa
— you're insane —
GOD FORBID a girl
carry on her FAMILY LEGACY

wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
mocny, niedbały makijaż oczu | długie, najczęściej rozpuszczone włosy prawie zawsze w nieładzie | neutralny wyraz twarz | dołeczki, gdy się uśmiecha | lekko odstające uszy | budowa szczupła, ale i kobieca | 170 cm wzrostu | blada skóra bez skazy oraz rumieńców | drogie szaty w kolorze głębokiej czerwieni, zieleni lub czerni | dużo pierścieni oraz srebrnych bransolet | pachnie świeżym praniem, owocami, ale i odrobiną dymu papierosowego

Edith Rookwood
#1
20.08.2026, 02:43  ✶  

Edith, czasem naprawdę zazdrościła tym starszy osobom. Nie chodziło oczywiście o ich stan fizyczny (nie była przecież na tyle ułomna fizycznie, by zamienić się z osiemdziesięciolatką na ciała) czy umysłowy (bo wielu z nich było zdrowo pieprzniętych czego kilka razy już na własnej skórze, doświadczyła), jednak miała wrażenie, że w pewnym wieku ludzie dostawali przyzwolenie na wiele, normalnie nieakceptowalnych rzeczy.

Na przykład teraz, właśnie w tym momencie była świadkiem zawziętej dyskusji na temat obecnie panującej im ministry. Sama Edith, zgadzała się z większością negatywów, jakie w tej rozmowie padały, nie mogła jednak stanąć sobie z przyjaciółmi po środku tak często uczęszczanej ulicy jaką była Horyzontalna i rzewnie i otwarcie, tak jak robili to Ci starsi panowie, swych poglądów wygłaszać. Dlatego patrzyła na nich z boku, trochę z zazdrością, trochę z uznaniem, może nawet trochę z sympatią, bo nic nie działało na młodą Rookwood tak dobrze, jak inni czarodzieje, co równie mocno nie szanowali obecnego rządu.

Nie mogła spędzić tam jednak całego dnia, błądząc głową w chmurach i marząc o spokojnej starości, gdy dosłownie każdy Ci może naskoczyć i robisz sobie co chcesz czy pleciesz co Ci tylko ślina na język przyniesie, bo miała swoje własne sprawy do których było jej śpieszno (chociaż tak naprawdę to nie miała nic do roboty i włóczyła się po Londynie w poszukiwaniu wrażeń). Zanim ruszyła jednak, jeden z panów kłócących, zadał przechodzącej obok czarownicy pytanie. I niby nie powinna się mieszać i brać udziału w tej całej dyskusji, ale znów czuła tą okropną nudę, więc zrobiła coś nierozsądnego i się wtrąciła.

Nie zrobiła tego co prawda nagle, bo dalej trzymała pewien dystans. Zrobiła w stronę zamieszania kilka kroków, tak by wyglądać, jak przeciętny, zaciekawiony gapi, co to wtrąca nos w nieswoje sprawy. Czekała przede wszystkim na odpowiedź czarownicy, bo jeśli ta zacznie wychwalać tu władzę, to Edith najzwyczajniej na świecie, popuka się w głowię i odejdzie w swoją stronę, a jeśli nie, to może tej zbieraninie przypadkowych czarodziejów oraz czarownic, uda się umilić jej cenny czas?



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#2
22.08.2026, 21:26  ✶  
Odchodzące lato zabierało ze sobą długie dni. Tej soboty niebo poszarzało szybciej, niż do tego byli przyzwyczajeni ostatnimi miesiącami czarodzieje. Gdyby jednak zapytać o zdanie przemykającej londyńskimi ulicami Helloise, to zapewniłaby, że w tym mieście niezależnie od pory wszystko szarzeje i blaknie szybciej. Londyn był smutną betonową otchłanią, która niczym czarna dziura połykała łapczywie, cokolwiek się do niej zbliżyło: promienie słońca, ludzką szczęśliwość, ścieki. Mimo to stopa leśnej wiedźmy musiała czasem w owym smutnym miejscu postanąć, jako że to tutaj z nieznanych jej powodów Kowen Whitecroft miał swoją siedzibę.
Mokry piach zgrzytał pod podeszwami kozaczków czarownicy, woda z rozsianych na bruku kałuż rosiła bryzgami błota dół jej spódnicy. Podłe miejsce. Brud miasta Helloise postrzegała jako zasadniczo odmienny od swojskiego ogrodowego brudu, w którym paprała się na co dzień.
Ulice znała słabo, bo nie bywała tu często. Szła tą jedną znajomą trasą i niewiele odwracała się na mijanych ludzi, więcej na bezpańskie zwierzęta: osowiałe pocztowe niegdyś ptaki, wyrzucone kociska, udomowione ropuchy czające się pod rynnami. Podłe miejsce. Podłe miejsce.
Dlaczego właśnie na Helloise tego dnia padła zaczepka, o tym zarządzić mógł tylko ślepy los. Nie wyróżniała się niczym: spod klasycznego czarownicowego kapelusza spływał na plecy słomiany warkocz; zmierzając zaś na nabożeństwo do Kowenu, czarownica ubrała się skromnie, a schludnie. Nie szukała zwady, lecz ów ślepy los na jej drodze postawił uliczną burdę. Sprzeczający się starcy, choć nie wyglądali na bezdomnych, bez wątpienia obaj zdążyli tego wieczora wypić kilka głębszych. Ruchy mieli nieskoordynowane, nastawienie nader krewkie. Zapamiętale roztrząsali temat Eugenii Jenkins, aż się jednemu w nerwach kapelusz przekrzywił, tak się rozemocjonował.
— Ostatnie Ministerstwo było za Malfoya! — ferował tyczkowaty staruch, Lyshard, odgrażając się laseczką swojemu oponentowi. — I finito! Ezoteriuszu, finito! Po Malfoyu tylko szlamy. — Trzęsła się obwisła starością twarz i szyja.
— Chamie…! Bzdury powiadasz… swoim głupim językiem. Bezmózgowie — pieklił się pijany Ezoteriusz, dziadek o długiej, bielutkiej brodzie obwieszony biżuterią wysadzaną kolorowymi kamieniami.
Chwila-moment i Ezoteriusz wyrwał się do Lysharda z łapami, Lyshard odepchnął napastnika laseczką, a starcze ciało Ezoteriusza — to przeżarte osteoporozą chuchro zwiotczałe, które maskowały warstwy obszernych szat — poleciało na bogu ducha winną kobietę. Druciane okularki dziadka zastukotały o bruk.
Helloise zesztywniała w bezruchu, gdy starzec wpadł w nią. Poczuła impet, obcy ciężar, zapach tandetnej wody kolońskiej i wódki.
— Ty też pewnie sądzisz, że Jenkins to szlama?! 
Czarownica odwróciła na starca głowę, jak i odwróciło je kilkoro przechodniów, którzy jednak zaraz poszli dalej i nie zatrzymywali się przy rozróbie. Ku zaskoczeniu Ezoteriusza, kobieta schwyciła go za połę szaty, gdy ten zaczął odsuwać się od niej; przytrzymała go przy sobie, uśmiechając się doń łagodnie. Wzrok miała z lekka nieobecny. Patrzyła na czarodzieja z bliska, a mimo to jej wzrok ginął gdzieś po drodze i nie docierał do niego.
— Dlaczego mówicie o tym, czy szlama, czy nie? Po co się zapędzać i dywagować nad jej krwią, gdy ona jest wybrana bez błogosławieństwa bóstw i bez ich błogosławieństwa rządzi? — pytała Helloise, z troskliwym przejęciem pogładziwszy ramię gniewnego dziadka. Dobrotliwy spokój kobiety zbił Ezoteriusza z pantałyku, również Lyshard dziwne posłał jej spojrzenie zza pleców kamrata. — Kogokolwiek wybiorą, ojczulku, to będzie zła władza. Zła, bo nie radzą się w Ministerstwie Bogów, tylko siebie nawzajem. Ona źle nam służy. Szlama czy nie.
Skonsternowany Lyshard zbliżył się do czarownicy przytrzymującej osłupiałego Ezoteriusza i poklepał ją po ręce swoją kościstą dłonią.
— No, już, już. Wystarczy — rzekł sztywno, czekając uwolnienia swojego kompana.
Helloise rzeczywiście puściła chwyt, lecz wcale nie odstąpiła od starców, wodząc leniwie wzrokiem od jednego do drugiego.
— Patrz tylko, Ezoteriuszu. Trafiła ci się pani wierząca — zwrócił się Lyszard do brodatego kolegi. — Niech Matka błogosławi, o. Prosimy o wybaczenie.
Ezoteriusz burknął tylko coś pod nosem, otrzepując szatę. Odsunął się na krok od dziwnej wiedźmy i, zwróciwszy się kompana, wymownie popukał się w głowę.
— W głowie ci się poprzewracało, kapuściany głąbie. Jenkins-szlama? — mamrotał wciąż wpieniony, lecz bez wcześniejszego animuszu. Podniósł z ziemi okulary i zajął się wycieraniem ich w szaty.
Lyshard tymczasem przyuważył przypatrującą się scenie Edith. Helloise podążyła za spojrzeniem starucha, a gdy jej oczy natrafiły na młodą czarownicę, uśmiech na twarzy kobiety płynnie się poszerzył.
— A pani? Co ta pani tak tu zerka? — dopytywał Rookwoodówny Lyshard, chcąc ją wprawić w zakłopotanie. — Proszę podejść albo nie podsłuchiwać.


dotknij trawy
edytka rokłudowa
— you're insane —
GOD FORBID a girl
carry on her FAMILY LEGACY

wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
mocny, niedbały makijaż oczu | długie, najczęściej rozpuszczone włosy prawie zawsze w nieładzie | neutralny wyraz twarz | dołeczki, gdy się uśmiecha | lekko odstające uszy | budowa szczupła, ale i kobieca | 170 cm wzrostu | blada skóra bez skazy oraz rumieńców | drogie szaty w kolorze głębokiej czerwieni, zieleni lub czerni | dużo pierścieni oraz srebrnych bransolet | pachnie świeżym praniem, owocami, ale i odrobiną dymu papierosowego

Edith Rookwood
#3
28.08.2026, 17:37  ✶  

Z boku obserwowała, jak sytuacja eskaluje; jak dziadkowie posyłają w swoją stronę bzdurne obelgi, jak jeden z nich wychwala Malfoya i gada coś o Jenkins i byciu szlamą. Jak jeden z nich popycha drugiego i ten popchnięty traci swe okulary, i jak te metalowe oprawki, co zostały strącone z długiego, zakrzywionego nochala, lecą na błotnisty bruk i w tym samym momencie, jeden z nich wpada na przypadkową kobietę, o nieobecnym spojrzeniu i włosach barwy słomianej.

Cudownie, to było cudowne; brakowało jedynie aurorów, którzy rozgonią to całe towarzystwo w dwie inne strony. I, i krzyków oburzonej kobiety, co to ten dziadek na nią wpadł. Może również odepchnięcia mężczyzny gdzieś w bok i słów pogardy, skierowanych również w jego stronę?

Edith, nie uświadczyła jednak krzyków, nie uświadczyła przerażenia, ani szoku, nie uświadczyła gorzkich, niemiłych słów, wyjaśniających agresywnych staruszków, przepychających się w środku dnia na ulicach magicznego Londynu. Był jedynie spokój i ten spokój, jak się Rookwood wydawało był zupełnie szczery. Dziwne, bardzo dziwne, bo przywykła do fałszu i odgórnej niechęci właśnie i z tych uczuć głównie była ulepiona. Ona sama za takie zachowanie, by ich zrównała przecież z ziemią.

W ciszy zasłuchiwała się kolejnym słowom, coś o bóstwach i o tym, jak ministerstwo jest prowadzone przez czarodziejów wybranych przez innych czarodziejów, niepobłogosławionych przez wyższe siły. Czy się zgadzała? Pragmatyzm podpowiadał, że to tylko zlepek bzdur, a bogowie już dawno o nich wszystkich zapomnieli albo po prostu znudziło ich pomaganie, postanowili siać jedynie chaos i zasadzać kolejne ziarna niezgody. Może dlatego Ci dziadkowie tak intensywnie się teraz kłócili, może dlatego posunęli się do tej najmniej wyrafinowanej, bo zupełnie fizycznej i najprostszej przemocy? Z drugiej strony, chłonęła każde kolejne słowo czarownicy z zaciekawieniem i może nawet trochę zazdrościła jej tego oddania? Może właśnie za tym tak bardzo goniła i tego Edith ciągle brakowało? Bo nigdy nie padła na ziemię przed ołtarzem, ani nie oddała modlitwie, tak po prostu, z własnej, nieprzymuszonej woli.

Z myśli wyrwał Edith głos jednego z dziadków. Najpierw odpowiedziała mu zaciekawionym spojrzeniem, trochę jakby nie wiedziała co mówi i czy do niej mówi. Rozejrzała się na boki, udając, że szuka spojrzeniem kogoś do kogo są kierowane te słowa. W końcu westchnęła. Ciężko. Jakby właśnie spoczął na jej barkach najcięższy z ciężarów, jakby niosła na plecach kamień lub miała go pchać przed siebie, jak jakiś Syzyf co najmniej i zrobiła kilka kilka kroków w ich stronę, tak by zrównać się z nieznajomą czarownicą.

— Witam, dzień dobry — uśmiechnęła się niewinnie, bo przecież niewiniątkiem była, prawda? — Wybaczą Panowie, ale nie sposób jest Panów nie słyszeć, kiedy Panów krzyki niosą się aż do Little Hangleton, więc właściwie to nikogo nie podsłuchiwałam. — odparła spokojnie, bez wstydu, chociaż ten czarodziej próbował w Edith wywołać. Na jego nieszczęście to było praktycznie niemożliwe, no może, czasem komentarze ojca dziewczyny, potrafiły wzbudzić w niej coś więcej niż obojętność lub wesołość. Obecnie? Czuła jedynie to drugie.

— Po prostu, nie potrafię zrozumieć dlaczego Panowie tak zawzięcie dywagują na temat obecnej władzy. — zrobiła dramatyczną pauzę, rozglądając się po twarzach obecnej trójki, na chwilę zatrzymując swój wzrok na uśmiechającej się do niej szeroko czarownicy. Poczuła się jeszcze dziwniej, bo rzadko kiedy obdarzana była właśnie takim uśmiechem. W świadomych jej pochodzenia wzbudzała raczej obojętność, w tych co mieli do czynienia z jej ojcem, czystą niechęć. — No i zawsze wydawało mi się, że to nieładnie tak się przepychać i to jeszcze w biały dzień. Co by było, gdyby Pan wpadł na dziecko? Albo ciężarną? — wplątała w ton swego głosu nutę fałszywego zmartwienia, jakby naprawdę zależało jej na losie obcych, a nie swojej własnej uciesze, płynącej z faktu obecnej sytuacji.

— Co do Jenkins, to że nie jest szlamą to fakt i to fakt niepodważalny — skierowała swój wzrok w stronę tego dziadka, co to wychwalał kilka minut wcześniej ministra panującego im przed Leachem. — A Malfoy i może dobrym ministrem był, ale był też kimś kogo zgubiła własna pycha. Przypominam, że przegrał w przedwczesnych wyborach i to z mugolakiem, Leachem. Czy dalej będzie Pan go stawiał, jako wzór dla każdego kolejnego ministra? — mruknęła, wzruszając ramionami. Jakoś tak niezbyt przepadała za Malfoyami i nie potrafiła wyzbyć się tej niechęci nawet teraz, gdy też powinna go dumnie wychwalać.

Niby chciał dla nich dobrze, dla czystokrwistych w sensie, ale swój osąd opierała przede wszystkim na słowach własnego ojca, bo gdy Malfoy był ministrem była dzieckiem i to bardzo małym. A on nigdy się o mężczyźnie pochlebnie nie wypowiadał, więc i Edit weszło to w nawyk.

— Skoro Panowie są tak zdegustowani obecna władzą, to może Panowie sami zajmą się tym co się dzieje w ministerstwie, zamiast robić burdy. Wigoru Wam, jak widać nie braknie. — dała im się pokotłować wewnętrznie, przetrawić wszystkie wypowiedziane wcześniej słowa.

Właściwie to już niezbyt interesowali ją Ci podstarzali panowie, a bardziej czarownica, co to stała z nią w ramię, w ramię. Obróciła swą sylwetkę w jej stronę, tak że do dziadków była teraz skierowana bokiem i przeleciała po jej sylwetce wzrokiem, od góry do dołu. — Wszystko w porządku? Oczywiście, żaden z nich nie spytał czy może nie stała się Pani krzywda. — prychnęła i skrzyżowała ręce na wysokości piersi. — Typowi mężczyźni. Nie widzą nic poza czubkiem własnej różdżki.



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#4
02.09.2026, 19:43  ✶  
Niewiele ta sprawa Helloise poruszyła. Nie nawykła była kobieta do mszczenia się na ludziach czyniących krzywdy przypadkiem bądź w jakim afekcie, bez intencji wyrządzenia jej nieprzyjemności. Potrafiła zrozumieć wypadek, wystarczała jej za zadośćuczynienie skrucha. Nawet gdy mężczyźni w zawoalowany sposób pokpiwali sobie z wiary, robili to w sposób tak naiwny, tak ignorancki, że żal jej było na starych głupców gniewu. Z przykrością odkrywała zawsze charaktery tych z wiekowych czarodziejów, którzy w swoim czasie na ziemi zamiast posiąść mądrość, posiedli demencję. Bądź alkoholizm, bądź awanturnictwo. Widok należał do smutnych.
— Modlę się, dziaduniu, aby to butelka przez ciebie przemawiała — odrzekła, wyczuwszy prześmiewczy ton w sformułowaniu pani wierząca.
W jej łagodnej uprzejmości próżno było jednak szukać pokory i uniżoności. Traktowała staruszków z dobrotliwą pobłażliwością, jak dwoje ograniczonych, bo takimi właśnie musiały być ich znękane starością umysły.
Tymczasem Edith zdecydowała się dołączyć do zamieszania. Lyshard przyjął jej kroki i słowa z niesmakiem. W poważaniu miał zdanie zarozumiałych dziewcząt i spodziewał się, że Rookwoodówna spłoszona odejdzie, a tu smarkula zdecydowała się mu odwinąć. Spojrzał na nią z dezaprobatą. Osadzone głęboko pod siwiutkimi, krzaczastymi brwiami oczka starca błyszczały alkoholowym wzburzeniem. Starał się w przeciwieństwie do zapieklonego kolegi trzymać fason i kreować się na eleganta… którym być może był tę flaszkę i dwadzieścia lat wcześniej.
— Dlaczego dywagujemy? Panią to dziwi? To ja powinienem pytać, czemu młodzież nie dywaguje częściej — odparł protekcjonalnie, wykonując parę gestów laseczką dla podkreślenia wagi pytania. — Młodzież się nie interesuje polityką i potem mamy takich leachów u władzy.
Święte przekonanie Lysharda o jego błędnych wszak racjach niezmiennie jątrzyło Ezoteriusza. Osioł nie miał pojęcia, o czym mówi, do stu piorunów! Ezoteriusz nie miał nawet kiedy zabrać głosu, bo niezrażony kolega z laseczką kontynuował na ich wspólną obronę:
— Nerwik czasem poniesie. Zdarza się, a pani nam przecież za złe nie ma, tak? — Wbił w Helloise wyczekujący wzrok.
Po wstępnym braku reakcji odchrząknął znacząco.
Helloise zajmowało bowiem oglądanie stojącej obok Edith. Całkiem przyjemna dla oka była z niej istotka, mimo że jakaś bladawa. Częsta przypadłość ludzi miastowo-salonowych, i za salonową właśnie wzięła ją wiedźma, która umiała rozpoznać, kiedy kto nosił drogie szaty, nawet jeśli bogactwo nie było ostentacyjne. Lubiła takie salonowe istoty badać, jeśli tylko trafiała się po temu okazja. Mimo że żyła z dala od socjety, chętnie poznawała jej kondycję duchową. Zwykle z takich spotkań potrafiła wyciągnąć coś, czego później używała, aby dokonywać nieuprawnionych uogólnień wobec całej współczesnej arystokracji.
Poza tym: lubiła mieć towarzystwo, szczególnie ładne towarzystwo, którym mogła nakarmić oczy.
— Cieszę się jedynie, że mamy tak pełnych energii starszych — odpowiedziała czarownica po przedłużonej ciszy.
I wówczas padło zapewnienie Edith, że Jenkins jest krwi czystej. Sama Helloise również tak sądziła, lecz nie interesowała się tematem wystarczająco, by stwierdzić to z tą samą pewnością, co Edith. Żaden Minister by jej nie zadowolił, więc po co na próżno zawracać sobie głowę? Lecz Ezoteriusz! Ach, dziadyga czekał tylko na potwierdzenie stanowiska, które forsował od początku.
— A! A! — zakrzyknął triumfalnie, patrząc na kolegę ze swojej zwycięskiej pozycji. — Ta młodzież lepiej douczona niż ty.
Lyshard fuknął oburzony, zadzierając dumnie podbródek.
— Mój wnuk… jak wiesz, wysoko postawiony urzędnik Departamentu Skarbu… — otworzył swoją kontrę, lecz drugi ze starców, puszący się wciąż wygraną, wszedł mu od razu w słowo:
— Twój wnuk… — I z pewnością miał coś wielce ciekawego do powiedzenia o wnuku, lecz ich dalsza sprzeczka toczyła się już poza uwagą kobiet.
Helloise zbyła uśmiechem zmartwienie Edith o jej stan.
— Gdyby stała się krzywda, byłoby może wtedy za co się odpłacać, ale to tu to zupełnie niegroźny wypadek, a ja nie potrzebuję troski od dwóch pijanych starców — zaśmiała się nisko. Wiedźma rozejrzała się po ulicy. Nikt już niemal nie zwracał na zajście uwagi. Dotknęła więc łokcia Rookwoodówny, zachęcając ją tym drobnym gestem i wymownym spojrzeniem, aby przeszła się z nią kawałek. — Zostawmy ich sobie — powiedziała cicho, po czym zrobiła w aleję prowadzącą ku Whitecroft Street kilka kroków, aby się przekonać, czy nieznajoma przyjmie zaproszenie. — Więc nie przepadasz za mężczyznami? — zapytała, z jakimś nieodgadnionym rozbawieniem przyjmując ostatni komentarz Edith.


dotknij trawy
edytka rokłudowa
— you're insane —
GOD FORBID a girl
carry on her FAMILY LEGACY

wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
mocny, niedbały makijaż oczu | długie, najczęściej rozpuszczone włosy prawie zawsze w nieładzie | neutralny wyraz twarz | dołeczki, gdy się uśmiecha | lekko odstające uszy | budowa szczupła, ale i kobieca | 170 cm wzrostu | blada skóra bez skazy oraz rumieńców | drogie szaty w kolorze głębokiej czerwieni, zieleni lub czerni | dużo pierścieni oraz srebrnych bransolet | pachnie świeżym praniem, owocami, ale i odrobiną dymu papierosowego

Edith Rookwood
#5
13.09.2026, 23:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2026, 23:25 przez Edith Rookwood.)  

Resztę swej uwagi skupiła na Helloise, powyżej uszu puszczając tego dziadka, co prowadził wywód o tym, jaka to młodzież jest niezainteresowana tym co się w kraju dzieje. Ignorowała skutecznie kolejne słowa obydwu, nie wchodząc w kolejne, bezsensowne dyskusje, bo i po co szargać sobie nerwy. Była pewna, że jeśli jeden z nich wypuści spomiędzy swych warg, coś co jej się nie spodoba, to nie będzie potrafiła utrzymać języka za zębami i któregoś z nich zaatakuje, słownie oczywiście tylko i wyłącznie. Albo i aż. Ku niezadowoleniu ojca, z roku na rok, stawała się co raz mniej posłuszną panną, nabierając coraz większej pewności siebie i przekonania o tym, że jest lepsza od większości czarodziejskiego społeczeństwa i co raz trudniej było jej się powstrzymywać od zupełnie niepotrzebnych przepychanek słownych. Łatwo było Edith wyprowadzić z równowagi; szczególnie, gdy wiadomo było, w którą stronę iść i, które przyciski nacisnąć by się uruchomiła.

Logicznym było żeby się rozejść, powinny pójść; każda w swoją własną stronę, trudno było Edith jednak odmówić, szczególnie że czarownica wydawała się przyjazna. W głowie kołatała się jedna myśl; czy ona aby na pewno nie jest szlamą albo zdrajczynią krwi, jednak to ile razy Helloise wypowiedziała obelgę w rozmowie z staruszkami, podpowiadało Rookwood, że znajduje się w towarzystwie kogoś urodzonego w rodzinie krwi czystej, aczkolwiek odrobinę nieokrzesanego? Nie, to było złe słowo, kogoś, kto niezbyt przejmował się tym, co reszta świata o nim myśli. Było w tym coś przyciągającego, ta cała pewność siebie. Nawet jeśli, nie każdemu ta cecha pewnie pasowała.

Edith pasowała nawet bardzo.

Ruszyła więc, bez zbędnych obaw, bo dlaczego nie? I tak, nikt nie zwracał na ich dwójkę uwagi.

— Nie, dlaczego? — mruknęła, odrobinę zaskoczona. To nie było tak, że mężczyzn nie lubiła. Przydawali się czasem, szczególnie, gdy mało mówili, bo zajęci byli innymi sprawami, ale zbyt wiele razy była świadkiem tego typu rozmów lub z ich strony zachowań, by tego donośnie i z pełną piersią, nie komentować. Bo, Ci, razem z każdym kolejnym procentem krążącym w ich żyłach, wydawali się tracić cząsteczki mózgu odpowiedzialne za myślenie i, nie tyle co logiczne myślenie, ale po prostu takie zwyczajne myślenie. Wprost, proporcjonalnie wzrastała jednocześnie ich pewność siebie i wiara w wyrzucane przez nich, niedbale słowa, zupełnie jakby nagle stawali się specjalistami od wszystkiego i niczego.

— W sensie, jak są to dobrze, ale jak ich nie ma to też nie jest tak źle. — wzruszyła ramionami. — Ci panowie, bardzo pięknie udowodnili co jest z mężczyznami nie tak, widziałaś by starsze panie rozkręcały aferę na środku ulicy, bo ministra, która nie jest szlamą, jest szlamą? Ja nie. Jedyne czego z ich ust doświadczyłam to coś o tym, że za bardzo się garbię albo, że stąpam głośno, jak troll, albo że moje łono niedługo uschnie, więc potrzebuje męża. — to ostatnie usłyszała, gdy miała osiemnaście lat, z ust jednej z nawiedzonych ciotek, co to widujesz tylko od święta, najczęściej z okazji pogrzebu, bo o innych uroczystościach, nikt ciotki nie powiadamia.

— Gdzie tak właściwie idziemy? — spytała w końcu, zaciekawiona. Nie była zbyt przejęta kierunkiem, który obierają, chociaż jeszcze nigdy jej noga nie stanęła pomiędzy tymi budynkami. No cóż, postanowiła się oddać woli nieznajomej, i tak nie miała niczego lepszego do roboty.



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#6
24.09.2026, 14:41  ✶  
Helloise brudnej krwi nie była, tak samo jak nie planowała krwi zatruwać zdradą, lecz nie mówiła o tym każdej napotkanej osobie, jako że nie interesowały jej łaty i etykiety, które ludzie sobie w związku z czystokrwistością nadawali. Swoją czystość krwi poświadczała Bogom, nie ludziom: poprzez święcenie sabatów, poszanowanie magii, wstrzemięźliwość od zbliżeń z mężczyznami krwi brudnej. Żyła godnie, blisko natury, bo to Natura powinna być najwyższą wartością każdego czarodzieja.
— Typowi mężczyźni, zupełnie jakby każdy taki był. A kobiety też potrafią być głośne… kłótliwe… wyraziste — snuła nieobecnie Helloise. — I cóż? Niech wykrzykują, co im na duszy leży.
Burzenie ulicznego spokoju wiedźmę spod lasu nieszczególnie bulwersowało. Żałowała jedynie tematu, jaki wybrali sobie ci starcy, oraz że potrzebowali gorzały, żeby się zdobyć na tę śmiałość.
Gdy zaś Edith poskarżyła się, co też wytykają jej stare kobiety, Helloise zaśmiała się cicho; ten śmiech zwieńczyło westchnienie. Czyż i ona tego samego nie musiała w dzieciństwie znosić? Czegoś jej zawsze brakowało. Sadziła kroki za długie, odzywała się zbyt ordynarnie, zbyt śmiało, zbyt poufale, nie zauważała nawet, kiedy stroiła miny. Wyrobił ją naturalnie sam czas, nie czyjekolwiek napomnienia. Nie miała może eleganckiej gracji właściwej pannom z arystokratycznego salonu, ale kroczyła najzupełniej zwyczajnie, po kobiecemu. Zauważyła swoje ciało; zorientowała się, kiedy jej twarz się wykrzywia, burmuszy, kpi. Co nie znaczyło, że zaczęła sobie szczerej ekspresji odmawiać.
— A więc one skupiają się wciąż nie na tym, co ważne. — Czarownica przeniosła oczy na Edith, raz jeszcze przyglądając się jej, aby się upewnić o tym, co jej powiedziała następnie: — Wyglądasz młodo. Nie jest jeszcze dla ciebie z pewnością za późno na dzieci. Nie musisz się tymi groźbami martwić.
O sobie myślała zresztą to samo: nie jest jeszcze za późno, mimo że była niemal całą dekadę dalej niż Edith. Dzięki niech będą bogom, że czarodzieje starzeli się wolniej od mugoli.
Nie widziała powodu, aby kryć, dokąd zmierzają.
— Idziemy do kowenu. Wkrótce zaczyna się nabożeństwo — odpowiedziała Helloise, zadowolona z tego, że dziewczyna użyła formy my i że nie ucieka od jej towarzystwa.
Oto miało się teraz okazać, z kim Helloise ma do czynienia. Czy to stąpa obok niej kolejna dusza stwardniała i przeżarta mugolską zarazą ateizmu, czy też młoda czarownica otwarta na boskie łaski, niewyrzekająca się możliwości doświadczenia Bogini.


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Edith Rookwood (1726), Helloise Rowle (1742)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa