Deszcz w końcu zelżał, chociaż bruk nadal błyszczał od wilgoci, a nad ulicą unosiła się ta charakterystyczna wieczorna mieszanina zapachów, przede wszystkim dymu z kominów oraz ciepłego jedzenia, którego woń przyprawiała mnie o burczenie w żołądku. Rozmawiałyśmy o czymś zupełnie niezwiązanym z polityką, kiedy niedaleko wejścia do „Dziurawego” Kotła znowu usłyszałam podniesione głosy i odruchowo zwolniłam, bo po ostatnich wydarzeniach nauczyłam się, że podniesione głosy w tej okolicy rzadko zwiastowały coś dobrego. Zaczęłam stawiać wolniejsze kroki, łapiąc przy tym przyjaciółkę za rękę, aby również zwróciła na to uwagę - przy jednej ze ścian, przed drzwiami lokalu, zebrała się niewielka grupa czarodziejów i goblinów, najwyraźniej związanych z tym samym niedoszłym wiecem, który kilka godzin wcześniej miał doprowadzić do wielkiej dyskusji o równych prawach, a skończył się mniej więcej tak dobrze, jak można było przewidzieć po pierwszych pięciu minutach.
Jeden z czarodziejów trzymał w ręce pomiętą ulotkę, drugi najwyraźniej próbował coś komuś tłumaczyć, a goblin stojący naprzeciwko nich co chwilę podnosił głos, kiedy ktoś próbował mu przerwać. Nie trzeba było długo słuchać, żeby zrozumieć, o czym rozmawiali, wrócił temat Buntu Goblinów z 1612 roku, tym razem w znacznie poważniejszym wydaniu, bo zamiast przerzucać się wyłącznie oskarżeniami, zebrani zaczęli zastanawiać się nad tym, dlaczego w ogóle dochodziło do takich krwawych powstań i walk - los najwyraźniej miał wyjątkowo kiepskie poczucie humoru - jeszcze niedawno biegłyśmy za jednym z takich stworów przez mokre uliczki, a teraz znalazłyśmy się kilka kroków od grupy jego pobratymców, którzy z pełną powagą rozbierali na części przyczyny krwawych powstań sprzed kilku stuleci. Padło nazwisko jednego z przywódców powstania, potem wspomnienie o ofiarach i o tym, że w czasie walk ginęli nie tylko ci, którzy rzeczywiście brali udział w starciach, co ironicznie dobrze oddawało również naszą obecną sytuację, tyle tylko, że teraz chodziło o charłaki i mugolaków, którzy raczej nie posuwali się tak daleko jak prowodyrzy tamtych zdarzeń…
Z uchylonych i zamkniętych drzwi „Dziurawego Kotła” dobiegł tymczasem gwar rozmów i brzęk naczyń, ktoś przechodzący obok potrącił jedną z ulotek leżących na ziemi, wiatr przesunął ją kilka centymetrów po mokrym bruku, prosto pod moje obcasy - popatrzyłam na nią, później na grupę i w końcu na Prue, po czym ruszyłam powoli w stronę wejścia, starając się nie zwracać na nas uwagi, gdyż w międzyczasie rozmowa szybko zeszła na pytanie, czy przemoc była konsekwencją wieloletniego ucisku, czy też w pewnym momencie stawała się już własną siłą, która przestawała potrzebować pierwotnego powodu, a ja nie chciałam na to odpowiadać…