• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki

[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#171
31.08.2026, 10:35  ✶  
W to złociste sobotnie popołudnie Anthony wcale się nie spóźnił.

On tam był jeszcze zanim cała impreza się zaczęła.

Złośliwi mogliby powiedzieć, że poczuwał się niemalże jako współgospodarz całej fety, ale nie była to prawda. Jego dość świeża relacja z Bertim Bottem miała tyleż warstw co legendarny miodownik cukiernika, ale w tym miejscu i tym czasie jaskrawo było widać tę opartą na układzie biznesowym. W aktywach Shafiq'a znajdowała się przepiękna rozległa prowansalska winnica zwieńczona herbem trójgłowego smoka. Ścisła wspólpraca ze świeżo upieczonym restauratorem była niemalże naturalną koleją rzeczy - szczególnie jeśli przyjrzeć się innym, bardziej charytatywnym działaniom obu gentlemanów na terenie Doliny Godryka. Teraz jednak nie Złote Jabłko, za Zaklęta Łyżeczka były na tapecie, Bott lśnił, a Shafiq sekundował mu pociągając jeszcze przed otwarciem kilka sznurków, wysyłając kilka zaproszeń li tylko po to, aby to miejsce uświetniły swoją obecnością wybitne znamienitości świata polityki i kultury. Nie żeby trzeba było ich wybitnie zachęcać - sława twórcy kultowych fasolek napędzała sama siebie - ale kim był Anthony, żeby nie dopomóc szczęściu swojego biznesowego partnera.

Dlatego choć nie był gospodarzem, trochę się poczuwał do zabawiania gości, wskazywania szczupłym palcem swoich ulubionych punktów zawartych w menu, zachęcającym do zabawy w zgadywanie wszystkich składników cudownego grzanego wina zrobionego na bazie jego własnego, osobistego trunku. Był dumnym winiarzem, sam nie uznawał grzańców jako coś godnego uwagi, ale też był politykiem i potrafił pięknie uśmiechać się na zawołanie, okazjonalnie ruchem dłoni kształtując gorącą parę unoszącą się nad kubkami rozmówców w smoczą ziejącą głowę.

Prezentował się zacnie, choć nie krzykliwie. Mężczyzna wybrał na tę okazję szatę, wpisującą się w styl w jaki zwykł pokazywać się na takich spendach. Uszyta oczywiście, na mocy umowy, przez pracownię Rosierów, wykonana została z ciężkiego, granatowego jedwabiu o odcieniu tak głębokim, że w świetle witraży zdawał się wpadać w czerń. Materiał przecinały subtelne hafty przedstawiające wijące się pędy winorośli, których srebrne nici łagodnie połyskiwały przy każdym ruchu. Przy wysokim kołnierzu oraz mankietach dostrzec można było drobne, geometryczne motywy smoków – dyskretne, eleganckie nawiązanie zarówno do rodowej estetyki zafiksowanych na przeszłości Shafiqów, jak i do nazwy jego francuskiej winnicy: Château des Dragones. Długi płaszcz sięgał niemal kostek, zaś klasyczny krój zdawał się przypominać, że świat czarodziejskiej arystokracji nieodmiennie ceni tradycję nad mugolskie wpływy. Nie pokrywało się to do końca z jego osobistymi przekonaniami, ale na tej wielowymiarowej szachownicy nawet całkiem swobodne spotkania w nowo powstałej restauracji były wciąż i wciąż elementem niekończącej się rozgrywki.

Na dłoni Anthony'ego błyszczał przy każdym geście złoty sygnet z którym się przecież nie rozstawał. Biżuteria nieodmiennie nosiła na sobie insygnia Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Ukryta pod iluzją szalkowa waga też by pasowała, skoro apokaliptyczny głód nigdy nie powinien dotykać ni oliwy ni wina, była to okazja jednak połowicznie oficjalna, dlatego też Shafiq nie zamierzał rezygnować z symbolu Ministerstwa. Nie były to jednak element przyciągające spojrzenia najmocniej. Uwagę zwracała pewność, z jaką poruszał się pośród gości – spokojna, wyważona, niemal dyplomatyczna – jak człowiek przywykły do sal konferencyjnych, bankietów i rozmów, od których zależały losy przedsięwzięć większych niż pojedyncze restauracje. Tak z resztą było. Już za kilka dni miał wyruszyć na negocjacje do Lozanny. Dzisiejsze popołudnie było ledwie znakiem przystankowym na historii, którą obecnie pisał.

– Musisz przyznać, że są wyborne… – wypowiedział miękko do zasiadającego z nim w odseparowanej możliwie prywatnej loży ambasadora francuskiego, który od lat był jego serdecznym przyjacielem, na ile można mówić o serdecznych przyjaciołach w świecie krwiożerczej polityki. Z Delacourem znali się od niemalże dwudziestu lat, był politykiem, który wsparł Anthony'ego podczas jego kariery ambasadorskiej we Francji. Więcej - pomagając wysmyknąć się francuzowi z kilku niewygodnych problemów, Anthony dostał jako wyraz jego wdzięczności kawałek ziemi, bardzo płodnej ziemi, na której już wtedy pyszniły się krzewy winogron. Ten gest na stałe zmienił tory życia Shafiqa, czyniąc go również w pewnym stopniu winiarzem, zaś handel i dystrybujca trunku oraz wymyślanie kolejnych smoczych roczników na lata stała się kreatywnym hobby mężczyzny zupełnie jakby nie była to jego biurowa codzienność w skali krajowego eksportu i importu. Po latach to Delacour otrzymał nominację na misję do tak szalenie odległego kraju jakim była sąsiednia wyspa i teraz to Anthony mógł go gościć u siebie, albo chociażby zapraszać na tak urocze spotkania jak otwarcie Zaklętej Łyżeczki.

– Żałujesz, że mi ją oddałeś? – zapytał znów, upijając łyk bardzo świeżego rocznika, bo żal byłoby dawać na grzaniec cokolwiek starszego. Mężczyzna dbał o to, żeby rozmowa była niezobowiązująca, wręcz podnosząca na duchu. Ze swojej natury szczerze nie znosił tego pustosłowia, ale miał świadomość jego istoty w kontaktach międzyludzkich. Za moment, za dwa, całkiem możliwe, że będzie potrzebował przysługi i to dość sporej. Międzynarodowa Unia Magiczna miała wcielonych innych dyplomatów innych polityków, ale rodak dawnego mentora mógł być problematyczny na drodze do uzyskania kredytu na odbudowę na preferencyjnych warunkach. Anthony szybko odgonił myśl o tym, zagłębiając wypolerowany widelec w mięsie. Dziś - obiecał sobie - zero polityki. Nie chciał ludziom kojarzyć się ze złym omenem, przeklętym prorokiem nawołującym do opamiętania i podjęcia radykalnych działań przeciwko śmierciożercom. Łagodna perswazja i czas… mieli go coraz mniej, ale był tak szalenie niezbędny. – W przyszłym miesiącu jadę na kilka dni, myślę że po Sammhein będzie najlepszy na to moment by odetchnąć. Wiesz, po śmierci Thomasa, spędziłem tam dwa miesiące i nawet trochę miałem poczucie, że mi się nudzi, a teraz ponad wszystko tęsknię za tym spokojem. I za powietrzem. Nie ma piękniejszego zapachu niż poranny wiatr przemieszczający się między dorastającymi gronami. – Rozmarzył się na moment, mogąc pozwolić sobie na to, by w tej rozmowie uciec na moment, nawet jeśli jego umysł nie uciekał bynajmniej do bardzo uprzemysłowionej na obecnym etapie winiarni. O nie, on uciekał do Hiszpanii, gdzie realnie planował swoją emeryturę i patrząc na obecne warunki geopolityczne i rosnące napięcia między nim a Ministrą Eugenią Jenkins… być może wspomniana emerytura nastąpiłaby szybciej niż później. Też winnica, choć absolutnie inna niż dom smoków, przede wszystkim ukryta, niejawna, przesłonięta przed niemal wszystkimi. Prywatna. Osobista.

Rozmarzył się.

Być może to była mrzonka, być może to był sen niemożliwy do realizacji, w którym mógłby zacząć żyć absurdalnie odmiennym życiem z dala od blasku fleszy magicznych aparatów, od konfliktu, od lęku, od niepewności jutra. Proste życie, proste problemy, proste rozwiązania… Czy umiałby? Czy potrafiły odpuści odpowiedzialność? Oddać kontrolę? Nie wiedział tego. Ale lubił o tym myśleć, obracać w palcach, jak fiolkę z wyciągniętym z głowy wspomnieniem.

– Przepraszam, czy możesz powtórzyć? – Nagle zdał sobie sprawę, że odpłynął za bardzo na zbyt długo i już podjął próbę zebrania swojej uważności na rozmówcy. Lista osób z którymi miał dzisiaj na otwarciu Zaklętej Łyżeczki porozmawiać była przeraźliwie długa, a w głowie już liczył czas szelestem przesypujących się w klepsydrze ziarenek piasku. Zastępca szefa departamentu, szef biura, sekretarz cechu rzemieślników, Bagshotowie… Mimowolnie uciekł wzrokiem z antresoli, próbując wypatrzyć w tłumie gości górującą nad pozostałymi postać swojego zastępcy. Obaj byli świadomi, że podczas wydarzenia raczej ze sobą nie porozmawiają, Anthony był zresztą nasycony jego obecnością poza biurem i z umiarkowanym poziomem ekscytacji wypatrywał momentu w którym razem wyruszą na wspólną delegację, pierwszą od… zawsze. Rychło zganił się w myślach i przywołał do porządku, kontynuując niezobowiązującą rozmowę o winie z ambasadorem.

Gdy skończył posiłek, zgodnie z planem opuścił przyjaciela i pokrążył jeszcze wśród gości, wznosząc niezobowiązujące toasty i sycąc oko sukcesem rosłego blondyna, któremu gdzieś zazdrościł faktu, że przy sukcesie komercyjnym własnej działalności, mężczyzna przez lata nie zatracił ani pogody ducha, ani idealizmu, który popychał go do działań większych i znaczniejszych w opinii Shafiq'a niż to miejsce. Działalność charytatywna miała jednak to do siebie, że wymagała nakładu funduszy, Shafiq był więc pierwszym żeby dolać wina i ostatnim żeby rzucić kamieniem.

Ostatecznie, gdy poczuł już ciężar i zmęczenie całego dnia, a właściwie gdy zdał sobie sprawę, że myśli naprzemiennie albo o wieczorze w ciasnym przedziale Orient Expressu, który przyjdzie mu spędzić za kilka dni z Selwynem, albo o sennej marze ciepłej porannej kawy serwowanej w białych ścianach winnicy w regionie Rioja… Wtedy pożegnał się i opuścił restaurację, zabierając ze sobą z serdecznym, ale wyraźnie zmęczonym uśmiechem podarunek dla gości, którego zapomniał wziąć z początku swojej wizyty.

!Słodycze Bertiego
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#172
31.08.2026, 10:35  ✶  

Słone karmelki


Wybrana przez Ciebie torebka, po otworzeniu okazała się zawierać paczuszkę słonych karmelków. Zapakowane w folijkę i obwiązane kokardką, po ugryzieniu ciągnął się i sklejają nieco buzię. Każda z nich ma na spodzie odciśnięty symbol łyżeczki i nazwę lokalu. Do paczuszki została także załączona karteczka informująca o właściwościach otrzymanych słodkości.

Słone karmelki (Zjedzenie karmelka natychmiastowo napełnia wiarą we własne możliwości i sprawia, że czarodziej może zignorować posiadaną zawadę Drobny lęk I. Działa przez fabularną godzinę. Efekt jednorazowy, termin ważności do końca roku 1972.)
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#173
31.08.2026, 10:44  ✶  
Przez moment obracał karteczkę w długich palcach, jakby smakując nie sam cukierek, a obietnicę, którą ze sobą niósł. Moment bez lęku, chwila bez strachu, słodko-gorzkie przypomnienie czasów, w których nie trzeba było kurczowo dociskać do głowy oklumenckiej bariery, w której nie śniło się o zachłannym uścisku imperiusa zmuszającego maga do bezwzględnego wykonywania najbardziej obrzydliwych i okrutnych rzeczy. Wspomnienie czasów, gdy nie zadawałeś sobie pytanie o uczciwość i szczerość pobudek swoich oponentów, nie wątpiłeś w to, że samodzielnie podejmują decyzje - głupie czy mądre, jakiekolwiek.

Anthony obracał karteczkę w palcach i pomyślał o Jonathanie i jego Absolutnie Uzasadnionej Obawie Przed Tymi Straszliwymi Żelaznymi Machinami Jak To W Ogóle Może Się Przemieszczać I Z Torów Nie Wypadać, Czemu To Jedzie To Tak Szybko Na Pewno Zginiemy Tutaj Wszyscy. Miał przygotowany specyfik wyciszający w obie strony tej przejażdżki, ale kto wie, może karmelowa pralinka od Bertiego Botta byłaby dla Selwyna jak amulet na drogę. Przynajmniej nie otumaniałaby jego umysłu, a to przecież głównie przez wzgląd na umysł i sprawność (dyplomatyczną!) języka Anthony'emu zależało na obecności Jonathana w delegacji. No i też żeby nie zrobił nic głupiego w kraju, podczas nieobecności Shafiqa.

Polityk westchnął, podziękował za prezencik, ukrył go dbając aby nie pognieść bileciku i wyszedł z lokalu pozwalając sobie na nieco pochmurne oblicze i równie pochmurne myśli. Gdyby miał się nie bać o dobrostan Jonathana, musiałby u Bertiego zamówić ciągutek tyle, żeby wypełniły jego piwnicę w Little Hangleton!

Postać opuszcza sesję
Le Comte
Clair-Obscur
Trouble de rature, courbera Eiffel.
wiek
32
sława
II
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Uzdrowiciel
188 cm wzrostu, jasne włosy, oczy błękitne jak niebo latem. Zazwyczaj ubrany elegancko, w biel łączoną czasem z chmurną szarością. Jak jest Émile'em Mulciberem, w jego głosie wybrzmiewa francuski akcent.

Émile Mulciber
#174
31.08.2026, 16:21  ✶  
Émile rzadko kiedy pozwalał sobie na zrobienie czegoś, co wykraczałoby poza dobre maniery. Wiedział jednak, że te obowiązywały w innym stopniu mężczyzn i kobiety. Zawsze chodziło w gruncie rzeczy o sposób prezentacji, pewne wywieranie wrażenia na innych. Zasady dotyczące mężczyzn pozostawały dość jasne. Godnie się noś, trzymaj rezon. Nie daj się ponieść emocjom i okazuj światu poczucie wyższości pod pozorem szacunku. Nie bądź zbyt wdzięczny, ubieraj się modnie, ale znowu nie za ładnie. Mów raczej niewiele, a raczej się uśmiechaj. Nie daj innym poznać, co popierasz, a co nie. Nieco inaczej było z kobietami. Ile należy mówić? Jeszcze mniej. Patrzeć, ale nie za bardzo, by okazać swą skromność. Pokazywać swą opiekuńczość, upodabniać się do bogini Matki, ale nic z przesadą, bowiem wtedy uznają cię za wariatkę. Émile wiedział, że poradziłby sobie jako kobieta w socjecie. Stosowałby się do tych wszystkich zasad, dygałby i porozumiewał się językiem wachlarzy. Jednak na dłuższą metę wiedział, że bycie facetem było w środowisku arystokracji po prostu wygodniejsze. Dlatego kobietą bywał jedynie w sytuacjach nieoficjalnych.

Normy, normy, normy… cały świat się składał właśnie z nich. Stał na ich podstawie, a bez nich zupełnie by się posypał. Nie chciał mówić tego Lydii, ale uważał, że natura wcale nie była jakimś tajemniczym, mistycznym bytem. Stanowiła ona zbiór reguł porządkujących świat. Warunkowała ona wzrost roślin, działanie leków i chorób, budowę ludzkiego ciała. Wszystko było doskonale zorganizowane. Chodziło jak w zegarku.

– To wydaje się tak prywatne, czyż nie? Aż zbyt cielesne na luźne rozmowy. A jednak to tak wspólnotowe zajęcie. Jedzenie w samotności zawsze wydawało mi się okrutnie smutne – przyznał. Kelner podszedł do nich z napitkami, które postawił na stoliku przed odpowiednimi osobami. Émile upił trochę grzańca. Napój smakował dość ostro, ale nie tak, że wypalało mu kubki smakowe. To dobrze. We Francji znał kiedyś kobietę z Indii, która poczęstowała go kiedyś specjałami własnej kuchni. To dopiero był test doskonałej etykiety, gdy jego język niemal płonął. – Matka sama podziela moje zwyczaje. Ojciec zaś je wszystko, ponieważ, jak on to twierdzi, otwiera się na nowe możliwości. Nie mnie to oceniać.

Przypomniał sobie jeden z eksperymentów ojca, kiedy to ten kupił gdzieś (tak naprawdę nie wiadomo, skąd to wytrzasnął) mięso testrala. Etienne przygotowała je dla niego w formie podsmażanego befsztyka. Na początku Garreth nie czuł nic poza lekko dziwacznym posmakiem. Określał to jako lekką gorycz, a Émile natychmiast zaczął powtarzać w głowie listę trucizn, które mogłyby dodawać takiego smaku. Stało się jednak coś gorszego: ojciec tego wieczora doświadczył przerażających wizji. Były tam potwory wynurzające się z morza i ludzie powtarzający dziwaczną mantrę. Żaden lek nie pomagał na to delirium, lecz na szczęście minęło ono samo. Garreth zamknął się potem w swojej pracowni na całą noc i namalował cztery obrazy – wielce niepokojące, lecz nieprzedstawiające niczego konkretnego. Od ponownego skosztowania mięsa odwiodło go tylko to, że cały następny ranek wymiotował.

Pytanie Lydii odwróciło uwagę Émile’a od tych z lekka przeklętych, ale po czasie zabawnych wspomnień. Rodzina Mulciberów pozostawała przecież znana ze specyficznego poczucia humoru.

– Jest bardzo wiele wymówek, mon cheri. Ważne jest, by zastosować taką, której nikt nie zweryfikuje. Dobrze jest mieć zwierzę domowe. W Paryżu moja rodzina miała trzy charty i wyprowadzanie nich stanowiło doskonałą wymówkę. Ból głowy też jest doskonały, bowiem jest znany z tego, że potrafi po prostu samoistnie przeminąć. Niedobrze jest mówić, że wychodzi się przez sprawy osobiste lub rodzinne, bo natychmiast wzbudza to u wszystkich ciekawość i skłania ich do drążenia tematu – odparł z uśmiechem. – Ciekaw jestem, jakich wymówek używają kapłani w kowenie. Chyba, że to tajemnica…


Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.

kicia kocia
Cierpka jak agrest, słodka jak bez
Chcę śnić czarne loki splątane
wiek
31
sława
III
krew
czysta
genetyka
snowidz
zawód
wróżbitka & astronomka
Chuderlawa sylwetka na 168 centymetrów, która z uporem relikwii, odmawia rozsypania się w pył. Za pas spływają włosy o czerni nowiu, a fiołkowe oczy sprawiają wrażenie dwóch ran zadanych firmamentowi.

Lydia Black
#175
31.08.2026, 17:04  ✶  
Uśmiech, ukłon, pytanie o zdrowie, uprzejme zainteresowanie pogodą.
Lydia wysłuchała jego słów z lekkim rozbawieniem. Przyznać jednak musiała, że w kwestii wspólnego jedzenia miał rację. Nigdy wcześniej nie rozpatrywała tej prozaicznej czynności w takich kategoriach. Być może dlatego, że samotne posiłki nie należały do tych rzeczy, które zwykła uważać za przykre. Na upartego mogłaby nawet rzec, że należały do nielicznych chwil dnia, w których człowiek miał sposobność przebywać wreszcie we własnym towarzystwie bez konieczności udawania, że dane towarzystwo szczególnie go radowało. Black coś o tym wiedziała…

Nie potrzebowała nieustannej obecności drugiego człowieka, żeby czuć się dobrze we własnej skórze. Co więcej, sądziła, że wychowanie odebrało ludziom nawet prostotę jedzenia. Zanim człowiek sięgnął po pierwszy kęs, musiał już wiedzieć, jak powinien był trzymać sztućce, w którym momencie wypadałoby odezwać się do osoby siedzącej naprzeciwko, a kiedy lepiej opuścić wzrok na talerz. Każdy ruch posiadał właściwą sobie miarę, każdy gest mógł zostać uznany za stosowny bądź niewłaściwy. Towarzystwo jadło więc razem, lecz rzadko kiedy naprawdę było razem.

Jej spojrzenie na moment spoczęło na napoju stojącym przed nią.
— Przyznaję… — odezwała się po chwili. — …że samotne jedzenie nie zawsze musi być smutne. Niekiedy jest wręcz najlepszym towarzystwem, na jakie człowiek może liczyć — w jej głosie pobrzmiewała łagodna ironia, lecz trudno było rozstrzygnąć, ile było w niej żartu, a ile szczerego przekonania.

Na wzmiankę o rodzicach Émile’a uniosła lekko brew. Obraz matki, która podzielała jego upodobania oraz ojca gotowego próbować wszystkiego wydał jej się interesujący. Rodziny miały zresztą tę szczególną właściwość, że potrafiły skupiać pod jednym dachem ludzi o temperamentach tak odmiennych, że postronny obserwator mógłby czasem zwątpić, czy łączyło ich coś więcej poza nazwiskiem. Lydia potrafiła docenić ciekawość, nawet jeśli prowadziła ona czasem na niebezpieczne manowce. Sama uważała niewiedzę za znacznie bardziej niepokojącą przypadłość niż nadmierną dociekliwość. Nie dopytywała jednak o dalsze rodzinne przygody.

Z większym zainteresowaniem powróciła więc do kwestii wymówek. Tutaj Émile przedstawił jej zasadę, którą Lydia uznała za całkiem praktyczną. Najlepsze kłamstwo nie powinno być ani zbyt wyszukane, ani zbyt szczegółowe. Im więcej szczegółów człowiek ofiarowywał rozmówcy, tym więcej dawał mu również punktów zaczepienia. Wystarczyło jedno niewłaściwie dobrane słowo, aby uprzejme pytanie przeobraziło się w całe przesłuchanie. Wiedza była przecież jedną z najcenniejszych walut towarzyskich.
— Ból głowy istotnie wydaje się pod tym względem rozwiązaniem doskonałym. Jest dostatecznie pospolity, aby nikt nie uznał go za szczególnie interesujący, a zarazem tak kapryśny, że trudno oczekiwać od cierpiącego dokładnego wyjaśnienia jego przebiegu.
Na samą wzmiankę o kapłanach w jej spojrzeniu pojawiło się coś na kształt rozbawionego namysłu. Każda wspólnota posiadała przecież własne sposoby unikania obowiązków, a duchowni nie byli pod tym względem istotami z innego świata.
— Oficjalnie? Oficjalnie zawsze znajdzie się jakiś rytuał, obowiązek albo sprawa wymagająca natychmiastowej uwagi. Posiadanie licznych obowiązków ma tę niewątpliwą zaletę, że człowiek rzadko musi wymyślać coś całkowicie nowego. Wystarczy powołać się na jeden z tych, o których wszyscy wiedzą, lecz których nikt nie zna na tyle dobrze, aby domagać się szczegółowych wyjaśnień.
Czasem człowiek po prostu nie miał ochoty nigdzie iść. Nie miał ochoty oglądać tych samych twarzy, wysłuchiwać tych samych historii ani prowadzić kolejnej rozmowy, w której każde zdanie należało wcześniej przesiać przez sito dobrego wychowania.
— Ostatecznie jednak podejrzewam, że kapłani niewiele różnią się pod tym względem od reszty ludzi. Tyle tylko, że posiadają znacznie bardziej przekonujący repertuar powodów. Trudno przecież odmówić człowiekowi, który twierdzi, iż został wezwany przez obowiązki wobec sił wyższych. Zwłaszcza gdy nie ma się najmniejszego pojęcia, czy owe siły rzeczywiście wyraziły podobne życzenie.
Jednocześnie Lydia wyciągnęła słodycz, po którą wcześniej sięgnęła. Wybrana torebka początkowo nie zapowiadała niczego niesamowitego. W istocie po całym szeregu niespodzianek, jakimi Matka raczyła obdarzyć ją tego dnia, jej zwyczajność wydała się rozczarowująca. Wewnątrz spoczywała niewielka paczuszka imbirowych muffinek. Kobieta uniosła brew. Były opakowane w przezroczystą folię i przewiązane drobną, staranną kokardką. Wyglądały przy tym tak niewinnie, że nabierały przez to podejrzanego charakteru. Każda z muffinek posiadała na spodzie niewielki odcisk łyżeczki oraz nazwę lokalu, z którego pochodziła. Black odnalazła dołączoną karteczkę i przeczytała jej treść.
— To akurat brzmi użytecznie — zauważyła.

Postacie opuszczają sesję


Nie każ mi odchodzić, moja gwiazdo
Królestwo można utracić,
świątynię można spalić,
imię można wymazać z ksiąg,
lecz cóż pocznie niewiasta, która straciła gwiazdę,
wedle której znała drogę?
Czarodziejska legenda
She should be sure in her soul that the most terrifying thing in the forest was her.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiedźma, która mieszkała w domku stojącym na kurzych nogach. Jadła dzieci na śniadanie — i prawdopodobnie na obiad i do herbaty.

Baba Jaga
#176
01.09.2026, 01:24  ✶  
Zaklęta Łyżeczka otwarta była cały dzień, od świtu do nocy obsługując napływających klientów, chętnych skosztować kuchni Bertiego Botta. Sztućce dźwięczały wesoło o talerze, wewnątrz unosił się szmer rozmów i pomijając lekkie potknięcia, które pojawiły się po drodze, dzień ten można było uznać za udany. W końcu jednak przyszedł moment, kiedy ostatni klienci zmuszeni byli opuścić restauracje, a obsługa posprzątać lokal. Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki zostało zakończone.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (5596), Alastor Moody (1331), Anthony Shafiq (1567), Asena Greyback (2293), Astoria Avery (1536), Atreus Bulstrode (2261), Baba Jaga (2379), Basilius Prewett (1050), Benjy Fenwick (11801), Bertie Bott (1108), Brenna Longbottom (2437), Christopher Rosier (4646), Émile Mulciber (1567), Kożuch (1361), Lorien Mulciber (4450), Lorraine Malfoy (1742), Lukas Nott (2405), Lydia Black (1505), Millie Moody (1040), Nora Figg (2764), Pan Losu (1831), Prudence Fenwick (9289), The Edge (4442), Victoria Lestrange (5450), Woody Tarpaulin (2961), Zenon Kozioł (4196)


Strony (18): « Wstecz 1 … 14 15 16 17 18


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa