• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [19.10.72 Maida Vale] Fugazi

[19.10.72 Maida Vale] Fugazi
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
18.03.2026, 08:20  ✶  

Drzwi zamknęły się za nim ciężko, z tym charakterystycznym, głuchym kliknięciem, które w pustych korytarzach rezydencji Maida Vale niosło się dłużej, niż powinno. Louvain oparł się na moment o chłodne drewno, jakby potrzebował tej jednej, krótkiej chwili, by upewnić się, że naprawdę jest sam. Że nikt nie patrzy. Że nikt nie będzie zadawał pytań, na które i tak nie miał odpowiedzi. Pokój dziecięcy przywitał go ciszą, nie tą spokojną, lecz pustą, zalegającą w powietrzu, jakby ktoś zamknął ją tu lata temu i zapomniał wypuścić. Kurz unosił się w smugach światła wpadającego przez wysokie okno, a wszystkie meble i zabawki skrywały się pod pożółkłymi prześcieradłami, jak rzędy zapomnianych ciał. To tutaj biegał kiedyś z Lorettą, tu śmiech odbijał się od ścian, tu pierwszy raz uniósł się na miotle, zbyt szybko, zbyt wysoko, aż w końcu przebił szybę i wyleciał na zewnątrz, zatrzymując się dopiero na żywopłocie ogrodu, zadyszany ale za to rozbawiony. Teraz okno było całe, a on czuł się jakby rozbity na kawałki. Przeszedł przez pokój bez celu, z ciężarem w krokach, który bardziej przypominał ciągnięcie się niż ruch. Rzucił płaszcz w kąt i opadł na jedną z dziecięcych leżanek, zbyt krótką i zbyt lekką dla dorosłego mężczyzny. Skrzypnęła pod jego ciężarem, jakby protestowała przeciwko temu, kim się stał. Samhain. Słowo pojawiło się w jego głowie jak zimny dotyk. Niewiele ponad tydzień. Kilkanaście dni do chwili, w której Zimno upomni się o zapłatę. Za Baltane, za to, co zostało naruszone, za porządek, którego nie powinien był dotykać. Miał tyle czasu. I zmarnował go. Nie zamknął żadnej ze spraw, które miały znaczenie. Wszystko tylko bardziej się splątało.

Uniósł butelkę ginu i pociągnął długi łyk. Alkohol palił w gardle, lecz za to przynosił ulgę. Zapalił papierosa. Dym wypełnił płuca ciężko, a potem zaczął gromadzić się pod sufitem, tworząc coraz gęstszą warstwę. Jeden niedopałek zgasł niedbale w pościeli, drugi wylądował obok. Materiał zaczął się tlić. Najpierw ledwie zauważalnie, potem żar rozpełzł się powoli, centymetr po centymetrze. Nie było jeszcze płomienia. Tylko ciepło. Powolne, nieubłagane. Louvain leżał nieruchomo, z jedną ręką zwisającą z leżanki, z drugą zaciskającą butelkę. Patrzył w sufit, gdzie dym rozmywał światło. I dopiero wtedy poczuł to wyraźnie. Nie gniew. Nie wściekłość. Żal. Ogromny, przytłaczający, rozlewający się w nim powoli. Nie miał jednego źródła. Był sumą wszystkiego co już było. Niewypowiedzianych słów, zmarnowanych szans, wyborów, które prowadziły tylko do kolejnych ślepych zaułków. Loretta. Desideria. Cynthia. Baltane. Samhain. Każde z nich było kolejnym pęknięciem, aż w końcu wszystko zaczęło się kruszyć jednocześnie. Powinien był coś zrobić inaczej. Powinien był zatrzymać się wcześniej. Powinien był… Urwał myśl, bo była już bezużyteczna. Z jego oka spłynęła łza. Jedna, potem druga. Cicho, bez ruchu twarzy, jakby ciało działało niezależnie od niego. Wsiąkły w materiał pod głową. Nie próbował ich powstrzymać. Jego dłoń zwisająca z leżanki była chłodna, nienaturalnie chłodna. Nie wziął dziś eliksiru imitującego temperaturę ciała. Zapomniał, a może nie chciał pamiętać. Nie było nikogo, przed kim musiałby udawać. Zimno było szczere. Czuł je teraz wyraźnie, jak przenika przez palce, nadgarstek, wyżej, jakby coś już zaczynało się o niego upominać. Nie gwałtownie. Ale nieuchronnie. Zaciągnął się jeszcze raz papierosem. Żar na materacu przesunął się dalej, cicho pożerając kolejne włókna. Ciepło zaczynało być wyczuwalne pod jego bokiem, kontrastując dziwnie z chłodem jego własnego ciała. Leżał między tymi dwoma skrajnościami. Między żarem, a zimnem i po raz pierwszy od bardzo dawna nie był pewien, które z nich nadejdzie pierwsze.


the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Ubiera się nieodzownie we włoskie kreacje. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#2
04.04.2026, 16:35  ✶  

Dwanaście dni minęło od momentu, kiedy pośród sal Maida Vale dało się usłyszeć grającą do tańca muzykę i uświadczyć tłumy zamaskowanych czarodziejów. Bal Maskowy był niewątpliwie przyjemnym wydarzeniem, które miało pozwolić zapomnieć o strachach Spalonej Nocy, ale też zadbać o szczytny cel jakim była zbiórka pieniędzy na rzecz szpitala. Znaczy tak zapewne odbierali to wszystko inni, bo ona pamiętała głównie swoja kłótnię z Louvainem. Wciąż czuła ból i rozgoryczenie, pokładające się gdzieś wewnątrz niej grubą warstwą. Miała wrażenie, że każdy skrawek myśli, który przechodził przez jej głowę na przestrzeni ostatnich dni, obtoczony był w gorzkich słowach, jakie padły między nimi. A mimo tego miała wrażenie, że tylko ona tak naprawdę cierpiała w tym duecie. On był tylko zły, jakby wściekłość paliła go od środka i nie pozwalała na cokolwiek innego. Było to według niej zwyczajnie nienaturalne, ale może jej się wydawało, a może okazywało się że wcale go nie zna. Że nigdy nie udało im się skrócić dystansu jaki ich dzielił, kiedy wsuwał na jej palec pierścionek zaręczynowy. Byli tylko nieznajomymi, dla których rodziny utkały jakiś wielki plan.

Tak naprawdę przyszła porozmawiać z Lorelei, ale rozmowa z zarządczynią ogrodów wcale nie trwała długo. Czarne róże były ewenementem, ale Zabini ciekawiły głównie dlatego, że może ich działanie w jakiś sposób byłoby w stanie wpływać na ludzki umysł. Jeśli tak, stanowiłyby całkiem przyjemny element do badania w Komnacie Mózgu. Ale kiedy już wszelkie wątpliwości i zaciekawienie zostały zaspokojone, przeszło jej przez głowę że skoro tu była, może był to odpowiedni czas by wreszcie porozmawiać z Louvainem po balu jak ludzie.

Wciąż była zła, a irytacja zagrała na nowo, gdy okazało się że nie było do końca wiadomo, w którym pokoju posiadłości poszedł się zaszyć. Krążyła więc, powoli i metodycznie, chyba bardziej zajęta swoimi własnymi myślami niż faktycznie go szukając. Obserwowała mijane obrazy, nawet nie pytając czy przodkowie widzieli jej narzeczonego. Przyglądała się rzeźbom, bardziej rozważając spod czyjej ręki mogły wyjść i jakież to sekrety Maida Vale przyszło im oglądać.

Ogrody i posiadłość Lestrange były ładne, ale nigdy nie były jej domem. Nie były ani słoneczną Sycylią, ani nawet ciepłymi wysepkami archipelagu Scilly. Brakowało tutaj odpowiednich temperatur i charakterystycznego zapachu morza w powietrzu. Zamiast tego był brud miasta i jego hałas. Przystanęła w pewnym momencie, czując zapach papierosów, ulatniający się zza jednych z drzwi. Delikatny, subtelny, który pewnie dałby radę umknąć percepcji, gdyby nie to że korytarz posiadał swój własny, zastany zapach. Pozostawało pchnąć drzwi.

- Louvain? - zapytała, zanim jeszcze rozejrzała się po pomieszczeniu. Zapach dymu już nie był lekki, a gryzł nieco w nos, nagromadzony w zamkniętym pomieszczeniu. Ale było w nim coś jeszcze. Coś co nie było znajomą nutą tytoniu, a... - Co ty robisz?! - podniosła głos, nagle zaalarmowany tlącym się prześcieradłem. Parę kroków, szybkich bo różdżka była niezwykle nieporęczna w niektórych sytuacjach. Szczególnie kiedy zaplątana była w kieszeni czarodziejskiej szaty. Dziecięcy kocyk był pod ręką i to nim przydusiła żar. - Co ty robisz - powtórzyła, z niezrozumieniem przyglądając się przeżartemu prześcieradłu, sprawdzając czy już się nie tliło. - Mogło ci się coś stać. Dziecięcy pokoik to nie najlepsze miejsca na stos pogrzebowy - podjęła, ale w jej głosie nie było nagany. Nie takiej wyraźnie, jak mogłaby się tam znaleźć. Więcej tam było troski i jakiegoś zawahania, szczególnie kiedy złapała go wreszcie za ramię.



Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#3
07.04.2026, 00:00  ✶  

Jej dotyk nie zniknął od razu, nawet kiedy się odsunął. Jakby został pod skórą, w miejscu, które jeszcze chwilę temu było tylko kolejnym fragmentem ciała, a teraz nagle zaczęło mieć znaczenie. Musiała to wyczuć, ale on nie nie chciał o tym mówić. Wracało do niego to uczucie, nie to obecne, spięte, obce, lecz wcześniejsze. Sprzed tygodni, sprzed miesięcy. Pamiętał przecież, jak jej dłoń potrafiła przynieść ulgę, jak była czymś naturalnym, czymś, co nie wymagało myślenia ani kontroli. A teraz jego mięśnie odpowiedziały napięciem. Odruchowo. Jakby ciało rozpoznało w niej zagrożenie, zanim zdążył to zakwestionować. I to było gorsze niż sama kłótnia. Myśl o niej wracała do niego od tamtej nocy. Nie raz, nie dwa, ale uparcie, jak coś, co nie daje się odsunąć. Wciąż widział jej twarz, słyszał własne słowa, czuł tamtą narastającą w nim złość, która pojawiła się zbyt szybko, zbyt intensywnie, jakby ktoś ją w nim włączył, zamiast by rzeczywiście narodziła się z czegoś realnego. Pamiętał tę pogardę. I nie rozumiał jej. To było najgorsze. Potrafił być okrutny. Znał to w sobie aż za dobrze. Wiedział, jak działa jego własny gniew, wiedział, kiedy jest wyuczonym instynktem, kiedy służy uniknięciu kłopotów, kiedy jest narzędziem. A kiedy chciał kogoś zranić naprawdę, zawsze istniało źródło. Przekonanie. Powód. Coś, co usprawiedliwiało każde słowo. Tutaj, cóż, nie było nic. Nie zrobiła niczego, co zasługiwałoby na to, co jej powiedział. A jednak powiedział. Wstyd pojawił się szybko. Ostry, niewygodny, jak coś wbitego pod skórę. Ale nie utrzymał się długo. Bo im bliżej myślami był przy niej, przy jej głosie, przy jej twarzy, przy sposobie, w jaki na niego patrzyła, tym szybciej coś w nim się przestawiało. Wstyd ustępował miejsca złości. Jakby jedno nie mogło istnieć obok drugiego. Jakby coś w nim nie pozwalało na przyjęcie winy do końca. Poderwał się nagle. Ruch był gwałtowny, nieskoordynowany, jakby ciało wyprzedziło decyzję. Leżanka zaskrzypiała pod nim, powietrze poruszyło się ciężko, a dym nad ich głowami zawirował, rozrywając się na chwilę. Chciał coś powiedzieć. To było jasne. Czuł to w gardle, ciężar słów, które powinny paść, które układały się gdzieś w nim w coś na kształt szczerości. Może nawet przeprosin. Może czegoś więcej. Ale utknęły. Zatrzymały się dokładnie tam, gdzie zaczyna się coś, czego nigdy nie robił. Zamiast tego milczał przez ułamek sekundy za długo. Patrzył na nią. I dopiero teraz, naprawdę, zobaczył. Nie była już tą samą osobą co tamtej nocy. Nie była wybuchowa, nie była agresywna. Była… łagodna. Zbyt łagodna. W sposób, który był dla niego niemal nie do zniesienia. Ciepła. W kontraście do jego własnej skóry, która była zimna. Martwo zimna. To zestawienie było niepokojące. Niepasujące. Jakby należeli do dwóch różnych porządków. Przesunął dłonią po twarzy, powoli, jakby próbował odzyskać kontrolę nad czymś, co wymykało się spod niej coraz bardziej. - Znasz lepsze miejsca na stosy pogrzebowe? - zapytał nagle. Jego głos był niski, chropowaty, jakby przechodził przez coś, co go tłumiło. Nie patrzył na nią bezpośrednio. - Takie… gdzie jest bliżej. Krótka pauza na łyk alkoholu. - Bliżej piekła? I choć słowa zabrzmiały jak drwina, coś w sposobie, w jaki je wypowiedział, zdradzało coś zupełnie innego. Nie było w tym już tylko pogardy. Było coś znacznie bardziej niepokojącego. Coś, co przypominało człowieka, który zaczyna rozumieć, że naprawdę może tam trafić.

the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Ubiera się nieodzownie we włoskie kreacje. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#4
13.04.2026, 04:40  ✶  

Gdyby tylko wiedziała, co robiła mu jej obecność... Gdyby tylko wycisnął z siebie więcej niż niespokojne syki i znaczące spojrzenie, może zabrałaby się do tematu na poważnie. Zajrzałaby mu do głowy na swój sposób, rozpracowała go kawałeczek po kawałku i znalazła jakieś rozwiązanie na problem, który dzielił ich od dłuższego już czasu. Zamiast tego zadawała sobie tylko pytania, bo kiedy celowała nimi w niego, tylko się niecierpliwił. Może gdyby była klątwołamaczem, dostrzeżenie nieprawidłowości przyszłoby jej łatwiej, a tak? Jej własne ambicje wyłupały jej oczy i przez długi czas nie mogła powiązać jego niechęci z tym, jak Loretta traktowała wszelkie dziewczyny, które znalazły się w jego okolicy. Traktowała jego zachowanie jako pewien przejaw szczerości, jakby wreszcie znudził się udawaniem i niczego przed nią nie ukrywał.

A dzisiejszego dnia, leżał na leżance w swoim dziennym pokoiku i wyglądał, jakby chciał umrzeć. Jakby wszystko już było mu jedno i ciężko było jej nie uważać, że wydarzyło się coś strasznego, co podjudzało jego złą, nieprzystępną stronę. Dlatego była cierpliwa. Och, jakże ona starała się, by zagryzając zęby nie poranić własnych policzków i nie zachłysnąć się czarną krwią, która niespokojnie płynęła w jej żyłach. Zdążyła przy nim przykucnąć, a może przy tym prześcieradle, dogaszając żar, kiedy on postanowił poderwać się ku górze. Wzdrygnęła się, ale nie nie było w tym lęku. Prędzej odruch ciała, które chciało się odsunąć, a przez to opadło na ziemię. Bokiem podparła się o leżankę i podciągnęła do siebie nogi.

Drobne zmarszczenie brwi mogło zwiastować, że kwestia ciepłoty nie przeszła w jej głowie bez echa. Obróciła ją w głowie parę razy, z największą starannością, ale wnioski nie prowadziły ją w stronę która kazałaby go potępić czy wzdrygnąć się na wszelkie możliwości. Był zimny. Lodowato zimny. Zimniejszy niż sposób w jaki chłodniały trupy, bo te zazwyczaj były temperatury pokojowej, gdy zostawiło się je na świeżym powietrzu. Stawały się jednością z naturą, ziemią i powietrzem. A on? Dlatego tak ciągnęło go do piekła?

Na to słowo na czole pojawiła się drobna zmarszczka. Mugolski zabobon, który zdawał się przeniknąć do języka mówionego czarodziejów niemalże niepostrzeżenie. Ciekawe, kiedy to się stało. Za czasów palenia czarownic, kiedy wysyłano je na stosy za konszachty z diabłem? Za to drobne potknięcie, chciała go zrugać. Odwarknąć coś, pokazać na nowo zęby, ale tylko jej oczy zmieniły się wzburzone morze.

- Nie istnieje coś takiego jak piekło - odparła, lustrując go uważnie spojrzeniem. - Kiedy czarodziej umiera - z zaznaczeniem na to, kim faktycznie byli. - Jego dusza wraca do cyklu. Odradza się, wraca do obiegu, ostatecznie zradza z siebie nowe życie. Jeśli chcesz potępienia, to śmierć ci tego nie da.



Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#5
05.05.2026, 20:09  ✶  

Gdyby piekło istniało, nie czekałoby. Nie pozwoliłoby mu leżeć tutaj, w dusznym półmroku dziecięcego pokoju, z dymem zbierającym się pod sufitem i żarem pełznącym powoli po prześcieradle. Upomniałoby się o niego dawno temu. Bez zwłoki, bez tej irytującej zwłoki, która pozostawiała go zawieszonego między tym, co było, a tym, co dopiero miało nadejść. Gdyby istniało, byłoby jednym z biegunów. Surowym, jednoznacznym, niepodważalnym; jedno chciałoby go ukarać, wyciągnąć z niego wszystko, co zepsute, wypalić do czysta, drugie być może przeciwnie. Przyjęłoby go z otwartymi ramionami, włączyło do jakiejś perwersyjnej galerii dokonań, gdzie krzywdy i przekroczenia stają się walutą. Ale nic takiego nie następowało. Żadnego wezwania. Żadnego rozliczenia. Żadnej ręki wyciągniętej z jednej czy drugiej strony. Piekła nie było. Bóg, jeśli kiedykolwiek istniał w tej formie, którą przypisywano mu w rozmaitych opowieściach, dawno przestał mieć znaczenie. A jeśli nawet kiedyś patrzył, jeśli kiedyś oceniał czyny i mierzył winy, to teraz jego spojrzenie nie sięgało już tak daleko. Nie tutaj. Nie do niego. Nie było kar. Nie było sprawiedliwości. Była tylko ciągłość, o której mówiła Desideria. Cykl, obieg, powrót, i coś w nim buntowało się przeciwko tej wizji niemal odruchowo, bo jeśli wszystko wracało, jeśli wszystko się rozmywało i przekształcało, to gdzie trafiało to, co nie powinno zostać wchłonięte, to, co powinno zostać zatrzymane, nazwane, osądzone?

Leżał nieruchomo, czując jak chłód rozlewa się w nim powoli, przeciwstawnie do ciepła żaru, który miał być wyczuwalny pod jego bokiem; dwie sprzeczności, które nie powinny współistnieć, a jednak trwały obok siebie, jakby żadna nie miała prawa zwyciężyć, a gdzieś pomiędzy nimi znajdował się on. Zawieszony, nieprzynależny. - A co zrodzi się ze mnie? Jaki materiał dostarczy ta dusza? - zapytał, stukając się w pierś, zostawiając na każdym słowie szczyptę cynizmu. - Cykl... - powtórzył za nią, w tej samej tonacji, kiedy ostatnim razem próbował ją zranić. Nie w tym, że się z nią nie zgadzał, nie, że zaprzeczał. Ale ten pieprzony cykl, coś co miało być ponad dychotomię tego świata, było do pokonania jak wszystko na jego drodze. - Chciałbym, żeby istniał choć taki, który zmusi mnie do wątpliwości. Cykl życia, powrotu, przemiany, czym właściwie był, jeśli nie kolejnym procesem, takim samym jak deszcz, który spadał i znikał, jak sztorm, który narastał i cichł, jak huragan, który rozrywał przestrzeń tylko po to, by zostawić po sobie ciszę. Wszystko to podlegało prawom, ale prawa nie były święte, były tylko wystarczająco stabilne, dopóki nikt nie próbował ich złamać. A przecież można było. Opium, nie odpowiedź. I jeśli to rzeczywiście było tylko to, jeśli cykl nie był niczym więcej niż kolejnym procesem, kolejnym zjawiskiem, które można zrozumieć, zakłócić, może nawet zatrzymać, to nie było żadnego krańca, żadnej ostatecznej granicy, za którą czekała bezkarność albo rozgrzeszenie; była tylko ciągłość i to, co ktoś odważy się z nią zrobić.

Myśl o ostatniej kłótni wróciła nie proszenie, jako obraz, jako stan. Nagły, ostry, nieproporcjonalny; pamiętał narastającą w nim złość, pamiętał pogardę, pamiętał jak słowa układały się same, jakby ktoś podsuwał je pod język, zanim zdążył je przesączyć przez okruchy sumienia, i nie potrafił znaleźć ich źródła. Znał siebie na tyle dobrze, by rozpoznać mechanizm. Agresja była narzędziem wyuczonym, precyzyjnym, używanym wtedy, gdy sytuacja wymagała kontroli; była też czymś innym, gdy rodziła się z przekonania, z wewnętrznego impulsu, z potrzeby postawienia granicy albo zranienia kogoś, kto na to zasłużył, i w obu przypadkach istniał powód. Tutaj nie było nic. Desideria nie zrobiła niczego, co uzasadniałoby tamten ton, tamte słowa, tamtą pogardę, a jednak wszystko to w nim było. Wstyd pojawił się od razu jako myśl, jako odruch. Krótkie, ostre ukłucie świadomości, że coś w nim przekroczyło granicę, której nie potrafił już usprawiedliwić. Wracał do tamtej rozmowy obrazami wspomnieć, do tonu, do słów, do sposobu, w jaki patrzył na nią, i przez ułamek chwili widział to wyraźniej niż wcześniej, nie przez filtr gniewu, lecz z chłodną, nieprzyjemną trzeźwością. I wtedy poczuł to: nagłe, punktowe ukłucie gdzieś pod skórą, w miejscu ostatniego tatuażu. Powinno mu to coś zasugerować, podsunąć myśl niepokojącą, dociekliwą. Jednak wszystko było zamknięte w tym przeklętym tuszu, który miał utrzymywać wrogi stan rzeczy. Stan w którym Loretta nie musiała znosić irytacji i irracjonalnej zazdrości o Louvaina. Stan w którym nie mogła znieść żadnej jego relacji z kobietami. Swoją przebiegłością rzuciła klątwę na czerń, którą pozwolił umieścić sobie pod skórą, całkowicie nieświadomy tego, że jednocześnie nigdy nie będzie w stanie spojrzeć na Zabini z tą samą czułością co kiedyś. Kawałek ciepła, które przed momentem wydawało się rzeczywiste, ustępowało miejsca chłodowi, a wraz z nim wracało coś znajomego. Niechęć, nieuzasadniona, ale nagle znowu tak bardzo oczywista. Zamknął na moment oczy, jakby próbował uchwycić to, co przed chwilą miał niemal na wyciągnięcie ręki, tę krótką, niewygodną uczciwość wobec niej, ale nie potrafił jej utrzymać. Rozmywała się, ustępowała miejsca bardziej stabilnej wersji rzeczywistości, tej, która nie wymagała przyznawania się do winy. Wyparcie przyszło cicho, niemal płynnie, jakby było zawsze pod ręką. - Dlaczego dalej jesteś? - jego głos był cichy, ale napięty, podszyty czymś ostrym, co nie potrzebowało podniesienia tonu, by zranić. - Naprawdę aż tak mało masz do zaoferowania, że wciąż trzymasz się mnie jak ostatniej deski ratunku?


the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Ubiera się nieodzownie we włoskie kreacje. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#6
12.05.2026, 06:10  ✶  

W żadnym scenariuszu, jakiemu mogłaby poddać dzisiejszy dzień, nie miała w planach wdawać się w religijne dysputy ze swoim narzeczonym. Jaki materiał miała dostarczyć jego dusza? To w zasadzie było bardzo dobre, filozoficzne pytanie, którego zwyczajnie się po nim nie spodziewała. Nic bowiem w Louvainie nie wskazywało na to, że zdolny był do tak wysokich przemyśleń. Więcej w nim było jakiegoś uporu i toporności, które zyskiwali sportowcy po tym jak o jeden raz za dużo spadli z miotły, albo dostali w głowę tłuczkiem.

Wyrzucał jej ten cykl, jakby sama jego istota była jego wrogiem, a przecież był to naturalny proces, wżarty w całe czarodziejskie jestestwo. Nie ważne jakiej się było narodowości, albo za którym bogiem się podążało, ten fragment czarodziejskiej wiary był stały. Zmarszczył więc nieco brwi, słysząc jego słowa, podszyte jakąś pretensją, którą oczywiście że kierował do niej, bo do kogo innego. Powinna się już chyba do tego przyzwyczaić, a mimo tego łudziła się, że coś się zmieni. Że przy kolejnej rozmowie potraktuje ją jak człowieka, a nie wroga którego wyciągnięta pojednawczo ręka była czymś podejrzanym.

- Twoja dusza dostarczy taki sam materiał z jakiego została wykonana - odpowiedziała, powstrzymując się od tego, by zapytać go dlaczego. No bo dlaczego akurat w tym momencie postanowił kwestionować to, z czego składał się on sam? Cokolwiek miałby wnieść do cyklu, nie było w żaden sposób niczym nowym, bo na pewno chodzili kiedyś po ziemi ludzie gorsi od niego albo tacy, co mogliby swoją duszą wnieść o wiele mniej.

Jeśli myślała, że jego poprzednie słowa były już wrogie, jakby z wyprzedzeniem zakładała najgorsze, tak słysząc kolejne uświadomiła sobie że zwyczajnie się myliła. Coś w Louvainie przeskoczyło, jakby mechaniczna przekładka ułożyła się na odpowiednim miejscu po wejściu w interakcję z obiektem, który wprawił ją w ruch. Który zawsze wprawiał ją w ruch. Było to zwyczajnie uciążliwe, ale i bolesne, szczególnie kiedy poprzednia czułość ustępowała miejsca zwyczajnej irytacji.

- Dlaczego zawsze musisz to robić? - zapytała równie cicho i tak samo napiętym głosem. Miał rację, nie musiał unosić głosu by ranić. - Dlaczego zawsze bierzesz sobie za cel wyrządzenie jak największych szkód? Dlaczego zawsze musisz umniejszać komuś, zamiast zastanowić się czy w jego powodowaniu znajduje się coś więcej niż zwykłe upodlenie i brak znajomości własnej wartości? - skrzywiła się, wciąż usadowiona na podłodze, nie myśląc nawet żeby z niej wstać. Znała swoją wartość. Aż za dobrze i dobitnie wręcz, ale nie ważne jak dumnie się nosiła, on i tak musiał przekręcić to i chcieć przedstawić wszystko na swój, niepoprawny sposób. - Dlaczego? Bo taka była umowa - odpowiedziała krótko. Nie była to cała prawda, ale na pewno coś co warto było wziąć pod uwagę. Oprócz wspólnej sympatii, która podobno kiedyś między nimi była, ich związek był umową. Pierścionek na jej palcu stawiał ją w świetle narzeczonej, przyszłej pani Lestrange, a umowy w jej rodzinie były ważne. - Lojalność, wiesz co to? Dotrzymywanie obietnic? - ciągnęła dalej, przekrzywiając lekko głowę. - Jeśli uważasz, że mam tak mało do zaoferowania, to dlaczego ty dalej jesteś? Po co ta cała farsa i zabawa w udawanie, że ci zależy? To czujesz za każdym razem, kiedy na mnie warczysz? Bawi cię to?



Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#7
17.05.2026, 00:24  ✶  

Racja. Zwykle nie poświęcał tym rzeczom zbyt wiele uwagi. Świat po prostu istniał, ze swoimi prawami i i porządkami, a on nigdy nie czuł potrzeby, by rozkładać je na części pierwsze. Był zbyt mocno zakorzeniony w teraźniejszości, w tym, co można było zdobyć, utrzymać albo odebrać siłą. Żył tak, jakby czas miał nigdy go nie dogonić. Jakby jego determinacja, duma i wola były wystarczającym argumentem przeciwko każdej ostateczności. Dopiero teraz, kiedy gdzieś na horyzoncie zaczynała majaczyć data końcowa, myśli te wybijały się na powierzchnię same. Cykl. Dusza. Powrót. Im dłużej miał te pojęcia w głowie, tym bardziej wydawały mu się naiwną próbą nadania porządku czemuś, co z natury było chaotyczne. Wszystko to brzmiało jak system stworzony po to, by ludzie mogli łatwiej zasypiać nocą, wierząc, że cokolwiek zrobili za życia, świat i tak ostatecznie wszystko wyrówna. A przecież jeśli dusza rzeczywiście wracała, jeśli budowała czarodzieja na nowo, to jaki sens miały wszystkie uczynki? Po co strach przed własnym okrucieństwem, po co poczucie winy, po co odpowiedzialność, skoro żadne z tego nie miało pozostawić trwałego śladu? Jeśli morderca i człowiek dobry kończyli jako ten sam “materiał”, tylko przetworzony przez kolejny obrót koła, to czym właściwie była kara? Czym była sprawiedliwość? Uniósł w końcu wzrok na Desiderię i przez moment wyglądał bardziej na zmęczonego niż wrogiego. - A co jeśli mojej duszy już nie ma?

Potem słuchał dalej. Słów o ranieniu ludzi, o upadlaniu, o tym, że zawsze musi zostawić po sobie największe szkody. I choć w nim coś w nim natychmiast chciało się przeciw temu zbuntować, odrzucić to, wyśmiać albo przekręcić w kolejną kłótnię, tym razem nie potrafił. Bo miała rację. Każde jej słowo trafiało dokładnie tam, gdzie od miesięcy próbował nie patrzeć. W tę część siebie, która coraz wyraźniej przypominała ruinę. Był zbyt próżny, żeby przyznać to na głos, zbyt dumny, żeby powiedzieć jej, że widzi to samo, dlatego odpowiedziała za niego cisza. Długa, ciężka, niewygodna. To ona przyznała jej rację za niego. Dlatego pił. Coraz częściej, coraz więcej. Nie po to po, żeby dobrze się bawić ani żeby zapomnieć o jednym konkretnym problemie. Alkohol stawał się prostszym rozwiązaniem niż konfrontacja z własnym odbiciem, z tym, kim stawał się po drodze. Bo w tym morderczym wyścigu za czymś większym, za bezpieczeństwem, za kontrolą, za pzyszłością, która miała wreszcie należeć do niego, zdążył stać się okropny dla garstki ludzi, którzy jeszcze uparcie próbowali dostrzegać w nim coś dobrego. I najgorsze było to, że zaczynał rozumieć, dlaczego z każdym miesiącem było ich mnie. Kiedy odezwał się ponownie, jego głos był niższy, bardziej zachrypnięty niż wcześniej. - Zostawiłaś mnie. Nie zabrzmiało to jak oskarżenie wyrzucone w gniewie, bardziej jak coś długo trzymanego pod językiem, co w końcu zaczęło palić zbyt mocno. - Zostawiłaś mnie, kiedy najbardziej cię potrzebowałem. Wspomnienie polany ognisk wróciło. Ognia, chaosu, strachu, którego nie potrafił wtedy nazwać nawet przed samym sobą. Został z tym wszystkim sam. Sam pośród ludzi, sam pośród własnych myśli, sam z czymś, co od tamtej nocy zaczęło w nim rozlewać się coraz bardziej. Nie było jej. Nie było nikogo, komu mógłby powiedzieć o swoich lękach bez obawy, że zostaną wykorzystane przeciwko niemu albo uznane za słabość. Była tylko Cynthia, jedyna której mógł zaufać. Jedyna osoba, która potrafiła wysłuchać. Jedyna uzdrowicielka, która mogła powiedzieć mu co się z nim dzieje.

Siedział nieruchomo pośród zapachu dymu, alkoholu i przypalonej tkaniny, wpatrzony gdzieś ponad jej ramieniem, jakby próbował dostrzec coś ukrytego głębiej niż jej obraz. Wypiękniała. Dopiero teraz zauważył, jak bardzo wypiękniała. Włoskie słońce zostawiło po sobie ślad na jej skórze. Złocisty, miękko rozlewający się po policzkach i szyi, jakby południe Europy nie chciało jej już całkowicie wypuścić ze swoich ramion. Kwitła tam, to było widać od razu. Nawet zmęczenie i napięcie nie były w stanie tego ukryć. Przy niej cały ten pokój wydawał się jeszcze chłodniejszy, jeszcze bardziej martwy. Jej skóra wyglądała jak coś żywego, ciepłego, prawdziwego. Coś, czego brakowało mu już od miesięcy. I co najgorsze, zaczynał uświadamiać sobie, że nie pamięta już nawet samego smaku ciepła. Przez chwilę jeszcze tylko na nią patrzył, jakby próbował podjąć decyzję, czy w ogóle powinien skracać ten dystans. Potem ciężko zsunął się z leżanki. Butelka ginu stuknęła głucho o podłogę, kiedy odstawił ją obok materaca. Usiadł obok niej na podłodze, blisko, ale nie do końca pewnie, jakby sam nie ufał własnym ruchom. Przez moment jego dłoń zawisła w powietrzu, zanim w końcu chwycił jej rękę. Ostrożniej niż zwykle. Bez siły, bez tej drażniącej dominacji, którą niemal zawsze próbował zaznaczać swoją obecność. Powoli przyciągnął jej dłoń do siebie i oparł o własne czoło. Był lodowaty. Nienaturalnie wręcz zimny, a jednocześnie lepki od potu, który osadzał się na jego skórze cienką warstwą, jakby ciało nie potrafiło już zdecydować, czy walczy z gorączką, czy z wychłodzeniem. Przymknął oczy, oddychając ciężko przez nos, i przez krótką chwilę wyglądał tak, jakby sam ten dotyk kosztował go więcej wysiłku, niż chciałby przyznać. - Sam już nie wiem, co się ze mną dzieje.

the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Ubiera się nieodzownie we włoskie kreacje. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#8
31.05.2026, 07:29  ✶  

A co jeśli duszy nie ma? No właśnie, co wtedy? Pozostawała marność i nic więcej, bo cóż człowiek mógł począć bez tego pierwiastka, który podobno tworzył go od podstaw, od samego początku i sprawiał że był tym kim był? Poruszał się, mówił i podejmował decyzje, jakich nikt inny nie mógłby na jego miejscu podjąć? Zabini nigdy nie była skora przesadnie zastanawiać się nad tym, co by było gdyby wziąć ten pierwiastek i odjąć go od równania które dawało człowieka. Nie wierzyła nawet w to, że ważył on dokładnie dwadzieścia jeden gramów.

Prawie się go jednak spytała, czy ostatnio się ważył. Starała się jednak odsunąć od siebie przekorę. Tę odrobinę jadu, która wciąż w niej tkwiła, jakby ostatnie zasieki, które zostały jej do obrony. Nie ważne bowiem, jak intensywnie się mu przypatrywała i studiowała jego twarz, nie mogła znaleźć w niej niczego, co byłoby jawną prowokacją. Chęć zaśmiania mu się w twarz czy wywrócenia oczami na te dramaty została więc jednoznacznie odsunięta, a ona złapała się całej sytuacji kurczowo niemal, dopatrując się szansy na pojednanie.

— Zostawiłeś mnie na długo przed tym jak ja zostawiłam ciebie — powiedziała cicho, z jakimś smutnym tonem uleżanego już smutku. To, jak potoczyły się ich losy, gryzło ją od dłuższego czasu i nieustannie, ale czas miał to do siebie, że dzięki niemu niektóre sprawy stawały się… bardziej zjadliwe. Bo nie było jej z tym lżej. Ich zachowanie ciążyło tak samo, ale było bardziej znośne i znajome. Powoli zaczynała spodziewać się niektórych rzeczy, tak samo jak żeglarz mógł spodziewać się przypływów. — Ale przepraszam, że nie było mnie wtedy, kiedy tego potrzebowałeś — dodała szczerze i bez problemu. Tego faktycznie żałowała, tak samo z tej lepszej swojej strony, jak i zwykłej zawiści. Gdzieś w niej istniało bowiem podejrzenie, że Beltane rozpoczęło coś, na temat czego plotki powoli rozpędzały się przez lato, wreszcie osiągając kulminację podczas Ekstazy Merlina. Te same, o które mieli awanturę jeszcze parę dni temu. Bo co jeśli jej nieobecność faktycznie stanowiło otwarcie dla kobiety, o którą była zazdrosna? Co jeśli sama przegrała sobie grę, którą tak usilnie próbowała wygrać? Poddała się i nawet tego nie zauważyła.

Usiadł wreszcie obok niej, sięgając po jej rękę. Odrobinę liczyła na to, że ją obejmie. Że wyciągnie do niej ręce i zamknie w uścisku, który naprawi wszystko. Naiwne to było i zdawała sobie z tego sprawę jak nigdy wcześniej, bo jednak szczera rozmowa – którą ciężko było jako rozmowę traktować, bo było to zaledwie parę wymienionych zdań – niewiele mogła naprawić. Zamiast przytulić – ujął jej dłoń, pociągając do własnego czoła. Wyglądał trochę, jakby leżał od pewnego czasu w gorączce, lepki od potu wydając się niemalże skrajnie chorym albo na granicy ułudy, ale brakowało wysokiej temperatury która rozpalałaby skórę. Był zimny, chorobliwie zimny, niczym ciała które czasem rozkrajała by przyjrzeć się temu, jak układając się zwoje zamknięte pod czaszką. Nie, był zimniejszy.

Jej dłoń przez chwilę trwała na jego czole, dokładnie tam gdzie ją poprowadził, ale wreszcie zawędrowała niżej, na jego policzek, gładząc go z czułością. Przyglądała się wysiłkowi, jaki wkładał w całą tę interakcję, jakby wzdrygał się – nie, jakby coś w nim wzdrygało sie na samą jej bliskość. Obróciła tę myśl w głowie parę razy. Ostrożnie i z uwagą, która sięgała powoli po skalpel by zajrzeć gdzieś głębiej i poszukać jej źródła.

— Chcesz, żebym ci zaśpiewała? Gdzie chciałbyś pójść? Mogę cię zabrać gdzie tylko chcesz.



Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#9
31.05.2026, 10:42  ✶  

Jej dłoń była ciepła. Tak absurdalnie ciepła. Czuł jakby leżała na jego policzku z ostrożnością kobiety, który próbuje oswoić nastroszone zwierze i nie jest pewna, czy za moment nie zostanie ugryziona. Nie odsunął się , nie tym razem. Pozwolił jej na ten gest, a może zwyczajnie nie miał już siły przed nim uciekać. Gdzieś na granicy świadomości przemknęła mu nawet myśl, że gdyby rzeczywiście zapytała o wagę jego duszy, nie obraziłby się. Jeszcze dzień, czy dwa temu odpowiedziałby zapewne własną toksyną na jej jad. Złośliwością na złośliwość. Kpiną na kpinę. Ta krótka chwila słabości, która teraz pozwalała mu siedzieć obok niej bez potrzeby dalszego kruszenia kopii o własne ego, zniknęłaby wtedy równie szybko, jak morska piana znikająca na suchym piasku. Nawet te nieliczne okruchy poczucia winy, które na moment, odskoczyłyby z sykiem z niczym zendra spod kowalskiego młota. Teraz jednak było inaczej. Po raz pierwszy od dawna nie miał ochoty wygrywać. Nie miał ochoty być mądrzejszy. Nie miał ochoty ranić. Siedział tylko obok niej, pozwalając by cisza wypełniała przestrzeń między nimi kojąco i spokojnie. Gdyby miał zważyć własną duszę, wahadło prawdopodobnie nie potrafiłoby odnaleźć jej ciężaru. Czuł że, jakby swój boski pierwiastek zostawił już dawno gdzieś po drugiej stronie zasłony, pośród miejsc, do których nie powinien był zaglądać. Jakby wróciło tylko ciało, wspomnienia i ambicje, a coś znacznie ważniejszego zostało tam. Serce natomiast zostało. I właśnie ono było problemem. Nasiąkało przez lata jakąś gęstą, czarną smołą. Kolejnymi decyzjami. Kolejnymi moralnymi kompromisami. Kolejnymi okrucieństwami, które początkowo wydawały się konieczne, a później zwyczajnie wygodne. Gromadziło w sobie wszystkie bestialskie czyny, wszystkie nikczemnosci, wszystkie przykrości, które wyrządził ludziom stojącym najbliżej.

Przez moment przyglądał się ich dłoniom. Tak wielu rzeczy już nie pamiętał. Nie pamiętał większości listów, które wysłali do siebie przez te słodkie miesiące. Nie pamiętał setek rozmów, tych balów i rodzinnych spotkań. A jednak pamiętał jej dłonie. Pamiętał jak trzymała go za rękę. Jak pozwalał jej dłonią dotykać swojej twarzy. Jak poprawiała mu kołnierz szaty z irytacją, kiedy wyglądał niechlujnie. Jak wsunęła swoje palce między jego wtedy, gdy pierścionek po raz pierwszy znalazł się na jej dłoni. Dziwne, jakie wspomnienia zostawały z człowiekiem najdłużej.  - Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że pamiętam cię lepiej niż samego siebie. Pamiętał tylko, że kiedyś jej obecność uspokajała go bardziej niż alkohol, bardziej niż zwycięstwa, bardziej niż wszystkie rzeczy, za którymi gonił przez większość życia. I może właśnie dlatego siedząc teraz obok niej, pośród kurzu, niedopałków i własnego upadku, czuł tak bolesny żal. Nie za to, co stracił. Za to, że nie potrafił wskazać chwili, w której zaczął to niszczyć. Widział to, ale wciąż nie potrafił za to przeprosić z taką łatwością, jaką ona zrobiła to dla niego.

W pokoju panowała cisza przerywana jedynie odgłosami żyjącej posiadłości i odległym szumem miasta za oknami Maida Vale. Louvain czuł jednak przede wszystkim jej obecność. Ciepło. Zapach włoskiego słońca, który wydawał się nadal tkwić w jej włosach, w jej ubraniach. Jakby przywiozła ze sobą kawałek świata, do którego on już nie nie miał żadnych praw. Powoli uniósł głowę i spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek. - Proszę - odezwał się w końcu cicho. Nie odrywał od niej wzroku. Nie czekając nawet na odpowiedź, przesunął się bliżej. Ostrożnie, niemal niepewnie, co samo w sobie było dla niego czymś obcym. Potem powoli oparł się bokiem o jej nogi i zsunął niżej, aż w końcu jego głowa spoczęła na jej kolanach. Jakby to miejsce należało do niego od zawsze. Jakby tylko w tym miejscu czuł się bezpiecznie. Zamknął oczy.  - Nie zabieraj mnie nigdzie. W jego głosie nie było już ironii. Nie było dumy. Nie było nawet pewności. Było tylko coś bardzo bliskiego prośbie. - Po prostu zostań tutaj jeszcze chwilę.

the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Ubiera się nieodzownie we włoskie kreacje. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#10
01.06.2026, 05:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.06.2026, 05:33 przez Desideria Zabini.)  

Podobno ludzki mózg wybierał te złe wspomnienia. Działało to niczym mechanizm obronny, który uczyć miał i działać machinalnie niemal w przypadku zagrożenia. Bo skoro pamiętało się krzywdę, to o wiele łatwiej było jej uniknąć za drugim i każdym kolejnym razem. Nie była pewna czy powinna jego deklarację potraktować w ten właśnie sposób; chłodny wręcz i logiczny, nie doszukujący się w tym przejawów ani słabości, ani jakich prób podejścia jej z zawiści. Nie była pewna, ale też zwyczajnie nie chciała. Miło zawsze było myśleć, że w tym jak ją pamiętał, było coś miłego. Iskra, która zrodziła się między nimi na samym początku, a która napawała ją przez długi czas niemal wręcz radością. Teraz pozostały tylko jej okruchy. Wspomnienia, których było się coraz ciężej i ciężej chwycić, powoli odchodzące w niepamięć i robiące miejsca na dzielący ich chłód.

Nie było dla nich powrotu, myślała gorzko, kiedy przysunął się do niej, układając głowę na kolanach. Byli tu, w jego dziecięcym pokoju, a mimo tego cała interakcja pozostawiała za sobą trudną do zmycia gorycz i nieustanne poczucie napięcia. Kiedy tęczowa bańka wreszcie zostanie przebita? Kiedy skończy się miękki smutek, w którym oboje się teraz umościli, a zamiast tego pojawi się ostra złość i pogarda? Ale mimo tych wątpliwości, palce przeczesały jego ciemne włosy z łagodnością. Delikatnie i powoli, jakby nie chciała spłoszyć go zbyt wcześnie.

A potem zaczęła nucić.

Miała nigdzie go nie zabierać. Miała zostać. Dlatego zabrała ich razem z ponurego, zaciemnionego pokoju dziecięcego, w którym pachniało teraz dymem i smutkiem. Zabrała go daleko, tam gdzie sama od niego uciekła. Do morza i słońca, które prześwitywało przez spokojnie falującą wodę. Była w tym jakaś tęsknota, nieodzowna niemal dla każdej wodnej istoty, uwięzionej na stałym lądzie, ale i też spokój kiedy wreszcie fale dotykały skóry. I przez moment nawet Louvain mógł poczuć chyba ciepło, ale nie od słońca. To, którego brakowało mu w środku od tak dawna.


Koniec sesji


Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Desideria Zabini (2374), Louvain Lestrange (3372)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa