• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue

[15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
11.06.2026, 12:35  ✶  

- Strasznie dużo osób chce Cię zabić, co? - Nie brzmiało to szczególnie kolorowo, ale mówił o tym z taką lekkością, jakby zupełnie się tym nie przejmował. - Dobrze jednak, że potrafisz tak skutecznie omijać temat, doskonale Ci to wychodzi. - Gdyby było inaczej, z taką liczbą fanów to pewnie by go już tutaj nie było. Benjy jednak umiał o siebie zadbać, wiedział co robi, o czym świadczyła jego obecność w tym miejscu.

Nie miała zamiaru jakoś zbytnio dopytywać go o dokładniejsze dane, to, co jej opowiedział było wystarczające. Zdawała sobie sprawę z tego, że to jaką drogę wybrał nie było przypadkowe i mogło się nie podobać wielu ludziom. Nie zadecydował by jednak o tym, że chce to robić, gdyby nie wiedział, że sobie nie poradzi. Umiał mierzyć siły na zamiary i to było najważniejsze.

- To dobrze, w sensie nie dobrze, że bywało gorzej, ale dobrze, że teraz nie jest najgorzej. - Miała nadzieję, że rozumie co ma na myśli, bo trochę motała się w tym, co chciała powiedzieć. Po prostu cieszyło ją to, że to nie był najgorszy czas w jego życiu. Ostatnio przecież tutaj też nie było bezpiecznie, różne rzeczy zdarzały się różnym ludziom. Zrobiło się niebezpiecznie i dotyczyło to wszystkich.

Nie miała pojęcia jak do końca wyglądała sprawa związana z jego rodziną, zdawała sobie sprawę, że musiało ich ruszyć to, co zrobił w młodości, tacy ludzie nie zapominali o tym tak szybko, na pewno pragnęli się zemścić, minęło jednak wiele lat, ileż można szukać jednego człowieka? Nie wątpiła też to, że przez lata mogły się pojawić interesujące ich sprawy, a ta jego mogła zostać zepchnięta na dalszy plan.

- Nie tak po prostu, tylko wiesz, to pewnie zdarza się raz w życiu, nie chciałabym, żebyś później żałował tego, że podjąłeś taką, a nie inną decyzję. - Rozważali coś, co nie miało szansy się wydarzyć, jednak Prue starała się do tego podchodzić całkiem zdroworozsądkowo. Gdyby faktycznie miał możliwość dostać pałac, księżniczkę, wielbłądy i inne takie w jakimś kraju na końcu świata, to w sumie nie było to dla niego chyba taką najgorszą możliwością. Nie musiałby się o nic martwić, miałby wszystko zapewnione, zakładała więc, że poniekąd wiązało się to ze szczęście, cóż najwyraźniej zupełnie niepotrzebnie.

- Jeśli już jesteś szczęśliwy, to w ogóle nie było tematu, chociaż zawsze możesz być szczęśliwy bardziej? - Ton jej głosu zabrzmiał dość niepewnie, bo właściwie to trudno było jej określić jego poziom szczęścia na ten moment, ale nigdy nie może go być zbyt wiele, czy coś? No próbowała szukać odpowiedniego argumentu, chociaż miała wrażenie, że nie uda jej się takiego znaleźć.

- Biorę pod uwagę, ale to niesie ze sobą też inne profity. - Złoto było tylko początkiem, dzięki niemu można było sobie kupić praktycznie wszystko, tak naprawdę najbardziej przekonujący wydawał się jej ten pałac gdzieś na dalekim, egzotycznym końcu świata. Tam na pewno nie byłoby kogoś, kto chciałby go zabić, a może to wcale nie było takie oczywiste, znając Benjy'ego pewnie prędzej, czy później zalazłby komuś za skórę. Uśmiechnęła się sama do siebie na tę myśl, i pokręciła głową.

- Broń Merlinie, nie chciałam Cię urazić. - Nie spodziewała się, że wywoła to taką reakcję, jak widać ubodło go to, że pomyślała sobie, że to mogło być nie najgorszym rozwiązaniem. Oczywiście miała świadomość, że szczęścia nie dało się kupić, to znaczy pewnie różni ludzie mieli do tego różne podejście, ale nie powinna zapominać o tym, że Benjy pochodził z bardzo majętnej rodziny i to wcale nie oznaczało, że był tam szczęśliwy.

- No dobra, ale to nie wyglądałby jak tu, chyba? - W sumie nie wiedzieć czemu tak zakładała, tak właściwie to nie miała zielonego pojęcia o życiu egzotycznych księżniczek, czy królów. Istniała szansa, że niczym nie różniło się od ich wersji świata, tylko może działo się to w nieco bardziej malowniczym miejscu.

- Bardziej po prostu oddałabym Cię bajkowemu życiu, a nie bajkowej księżniczce, ale masz rację, nie powinnam poddawać się bez walki. - Zbyt szybko odpuściła, ale miała dobre intencje… jak wiadomo jednak to piekło było wybrukowane dobrymi intencjami, więc coś mogło pójść nie tak w jej dobrej woli.

Całkiem bawiła ją to rozmowa, była zupełnie hipotetyczna, a jak widać dość mocno się w nią wczuli. W sumie lekko przychodziły im takie rozważania. Kiedyś też tak mieli, potrafili gdybać o wszystkim i o niczym, nie zmieniło się to zbytnio. Najwyraźniej ciągle była w nich ta iskra.

- Jesteśmy oficjalni, ale myślałam, że egzotyczna księżniczka całkiem łatwo może mnie przesunąć w rankingu. - Nie, żeby w ogóle istniał jakiś ranging.. no, a przynajmniej nic o nim nie wiedziała, ale gdyby taki się pojawił. Starała się utrzymać powagę, ale to brzmiało naprawdę abstrakcyjnie, kącik ust co chwilę jej się unosił w uśmiechu. - Faktycznie w ocenie sytuacji nie wzięłam pod uwagę tego, że Ty już miałeś, a właściwie to miałeś możliwość mieć to wszystko. - Dodała jeszcze, bo tak było. Całkiem łatwo jej było zignorować w tej szybkiej ocenie jego pochodzenie i doświadczenie, dość szybko stwierdziła, że być może tym właśnie mogło być dla niego szczęście, ale Benjy w przeciwieństwie do większości ludzi wiedział, że bogactwo nie daje szczęścia.

- Sugerujesz, że egzotyczne księżniczki jednak są w rankingu gdzieś za mną? - To było całkiem ciekawe, i interesujące. Prudence miała tendencje do tego, aby nieco zbyt krytycznie się oceniać to był fakt, nie postawiłaby się na pewno dobrowolnie obok takiej egzotycznej panny i kazała komuś wybierać, bo dla większości decyzja byłaby całkiem prosta do podjęcia. Benjy zawsze był jednak inny, na jej szczęście nie zależało jej na opinii nikogo innego, więc w sumie doskonale się złożyło.

- Patrzę i widzę. - Dodała jeszcze, bo właściwie to było na co. Ich obecna sytuacja była całkiem sporym zwrotem, chociaż w sumie można było się spodziewać, że jeśli pójdą po rozum do głowy to w końcu skończą w podobny sposób. Od samego początku coś ich do siebie przyciągało, skutecznie z tym walczyli, jednak ta walka była zupełnie niepotrzebna. Spotkali się po latach, nie wiedzieli z kim mają do czynienia i znowu ich do siebie ciągnęło. Byli skazani na ten los, opieranie się temu było trochę niczym walka z wiatrakami.

Bardzo łatwo przyszło jej zapomnieć o tej kopercie, którą miał w dłoni. Okropnie prosto było zatracić się w tej rozmowie. Kiedy znajdował się obok niej miała wrażenie, że świat na moment się zatrzymywał, a oni tkwili w swojej własnej bańce, co nie było pewnie do końca zdrowe, ale czy powinna się właściwie tym przejmować? Nie zdarzało jej się to wcześniej, a raz na jakiś czas, jak widać naprawdę przyjemnie było oderwać się od rzeczywistości.

- Wiesz, że zrobiłam to zupełnie nieświadomie? - Co by było, jeśli zaczęłaby myśleć nad ewentualnymi, romantycznymi gestami… zresztą jak się okazywało Benjy nie był najtrudniejszym osobnikiem co do podejmowania prób, a może to ona po prostu posiadała odpowiednie umiejętności i wiedzę, po raz kolejny widać było, że idealnie się uzupełniali, byli ze sobą kompatybilni.

- Na szczęście trafiła Ci się co do tego idealna osoba, urzędnicy nie są mi straszni, jestem w stanie nawet stwierdzić, że niektórzy z nich mogą się obawiać mnie. - Sama była urzędniczką, do tego okropnie profesjonalną, nie szła na żadne ustępstwa, nie była najłatwiejszą osobą do współpracy, bo procedury były dla niej dość istotne - oczywiście tylko wtedy, kiedy nie dotyczyły kogoś dla niej bliskiego.

- Jeśli kiedyś dostaniesz taki list, to nawet go nie czytaj, tylko przynieś do mnie. - Nie sądziła, że mogło się to wydarzyć, chociaż właściwie przecież różne rzeczy się działy. Wolałaby jednak, aby nikt nie wypytywał go o takie sprawy, bo niełatwo będzie stworzyć odpowiednie dokumenty, ale nie było przecież rzeczy niemożliwych.

- To dobrze, Ty wolisz klątwy, ja wolę dokumenty, więc problem rozwiązuje się sam. - Łatwo jej przyszło podzielenie się tą myślą, jakby wcale nie określili sobie tej daty przydatności ich relacji.

Przeniosła wzrok na blat, bo jej chłopak w końcu postanowił sprawdzić, co znajdowało się w tej tajemniczej kopercie. Zamilkła na moment wpatrując się w wypadające z niej zdjęcia, póki co nie widziała dokładnie tego, co się na nich znajdowało, ale nie miała wątpliwości co do tego, że były to fotografie, co było całkiem dziwne.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
16.06.2026, 23:29  ✶  
Przez chwilę przyglądałem się burzy za oknem, próbując odrobinę uporządkować myśli przed odpowiedzią, co na ogół nie było mi potrzebne i nie zdarzało się zbyt często, lecz w tym jednym przypadku miało wiele sensu - nie chciałem okłamywać Prue, zatajać przed nią brzydkich prawda, nie to sobie obiecaliśmy, ale rozwodzenie się nad „złym losem” było mi jeszcze bardziej nie w smak - deszcz spływał po szybach grubymi strugami, błyskawice rozświetlały niebo nad wrzosowiskami, a cały świat wydawał się jednocześnie odległy i bardzo bliski. W końcu uniosłem brwi, zamrugawszy, po czym przeniosłem wzrok z powrotem na nią. Słysząc jej podsumowanie mojego wyjątkowo niefortunnego talentu do gromadzenia wokół siebie ludzi życzących mi wszystkiego najgorszego, uśmiechnąłem się krzywo pod nosem - w ustach Prudence brzmiało to tak rzeczowo, że przez moment miałem ochotę usiąść przy stole, wyciągnąć pergamin i sporządzić odpowiednie zestawienie z podziałem na motywacje, regiony geograficzne i prawdopodobieństwo rzeczywistego działania.
- W mojej oblonie muszę zaznaczyś, sze część s tych ludzi plawdopodobnie nawet nie pamięta jusz, dlaczego właściwie chce mnie zabiś. - Ponownie uniosłem lekko brew, spoglądając na nią znad trzymanej w dłoni koperty. Prawda była taka, że przez większość życia nauczyłem się traktować czyhające na mnie zagrożenie trochę tak jak zjawiska pogodowe w strefie równikowej, w której spędziłem całkiem sporo czasu - człowiek nie miał wpływu na to, czy spadnie deszcz, ale mógł zabrać ze sobą płaszcz - nie było sensu poświęcać każdej wolnej chwili na rozpamiętywanie wszystkich możliwych katastrof, szczególnie kiedy i tak nie dało się ich wszystkich przewidzieć. To nie była próba bagatelizowania przeszłości, po prostu musiałem patrzeć na to wszystko z odpowiedniego dystansu, były bowiem lata, kiedy nie wiedziałem, czy kolejny dzień nie zakończy się koniecznością natychmiastowej zmiany miejsca pobytu i kiedy zbyt długie zatrzymanie się w jednym miejscu nawet mi wydawało się nieodpowiedzialne, były także okresy, gdy listy bez podpisu jawiły mi się najmniejszym z problemów. Zresztą, jeśli miałem być uczciwy, ostatnio znacznie bardziej niepokoiły mnie rzeczy, które nie miały nic wspólnego z morderstwami.
Pamiętałem ją z Hogwartu, pamiętałem drobne wojny, docinki, rywalizację, to nieustanne sprawdzanie, kto ustąpi pierwszy, później przyszły lata ciszy, wypełnione własnym życiem, własnymi wyborami i próbami odnalezienia się w świecie, który coraz częściej przypominał pożar gaszony filiżanką herbaty, a teraz stała przede mną tutaj - nie jako wspomnienie, nie jako ktoś z przeszłości, tylko jako kobieta, której obecności zacząłem wyczekiwać z niepokojącą regularnością.
- S dlugiej strony, jeśli mamy szukaś pozytywów, udało mi się loswiązaś pszynajmniej jeden wieloletni konflikt. To chyba dobsze świadczy o tym okresie… - Zamyśliłem się ostentacyjnie, stukając palcem o brodę.
Burza za oknami nie ustępowała, kolejne błyski rozświetlały kuchnię nieregularnym światłem, ale miałem coraz większe wrażenie, że nie zauważyłbym nawet, gdyby piorun uderzył gdzieś w sam środek Exmoor, była obok, a to skutecznie odciągało moją uwagę od wszystkich innych rzeczy, łącznie z tajemniczym listem, który nadal trzymałem w dłoni.
- Mam wlaszenie, sze plóbujesz spszedaś mi balso pszeciętną bajkę. - Uniosłem brew. - „Benjy, mosesz mieś pałac i wielbłądy". Świetnie. A co dalej? Mam siedzieś na talasie i udawaś, sze intelesują mnie dwolskie plotki? Olganizowaś pszyjęcia? Losmawiaś o pogodzie? - Skrzywiłem się demonstracyjnie. - Bszmi koszmalnie. - To nie było już teatralne, dorastałem w świecie, w którym wszystko było już zaplanowane - odpowiednie nazwisko, odpowiedni status, odpowiednia żona, odpowiednie oczekiwania - wystarczyło się nie wychylać, nie zadawać pytań i robić to, czego ode mnie wymagano. Potem wyjechałem na drugi koniec świata, mogłem zostać w Ameryce, budować tam życie od nowa, nie wracać tutaj, nie pakować się w problemy, nie angażować się w sprawy, które nie dawały człowiekowi nic poza siwymi włosami i kolejnymi bliznami, a jednak wróciłem. To nie było poświęcenie, nie czułem żalu ani poczucia straty, przez lata żyłem dokładnie tak, jak uważałem za słuszne, czasem bardziej rozsądnie, częściej mniej, ale nigdy nie mogłem powiedzieć, że ktoś zmusił mnie do podejmowania konkretnych decyzji.
- Gdybym chciał pałaców, wygody i szycia, w któlym nic mnie nie obchodzi, wyblałbym inaczej jusz dawno temu. - Wzruszyłem lekko ramionami. - To nie jest tak, sze nie miałem okazji. Więc nie, nie maltwię się, sze kiedyś obudzę się s myślą „Melinie, mogłem pszeciesz mieś wielbłądy”, Pluey, myślę, sze jakoś się s tym pogodzę. - Pokręciłem głową z tym rodzajem bezradnego, nie defensywnego rozbawienia, które pojawiało się u mnie coraz częściej w jej towarzystwie, szczególnie wtedy, kiedy próbowała podejść do czegoś z właściwym sobie rozsądkiem, jednocześnie dochodząc do wniosków, które dla mnie były całkowicie absurdalne. Nawet jeśli pod tym wszystkim czaiło się jednak coś jeszcze, coś znacznie bardziej upartego i mniej racjonalnego, co nie podobało mi się szczególnie, bo nie pasowało do człowieka, który przez lata przekonywał samego siebie, że najlepiej funkcjonował w pojedynkę, starałem się tego nie nadanalizować.
Opierałem się biodrem o blat, wciąż trzymając nieotwartą kopertę w dłoni, prawda była taka, że już od dłuższej chwili przestała mnie interesować jej zawartość. O wiele bardziej zajmowało mnie to, jak Prudence z pełną powagą próbowała oddać mnie w ręce wyimaginowanej księżniczki w imię mojego hipotetycznego szczęścia.
- Jestem szczęśliwy, Sunny. Naplawdę. - Uśmiechnąłem się lekko. Nie oznaczało to, że wszystko było idealne, nadal żyliśmy w świecie, który regularnie próbował się rozpaść, nadal wykonywałem pracę, przez którą od czasu do czasu ktoś próbował mnie zabić, nadal istniało tysiąc powodów, dla których powinienem zachować ostrożność, ale byłem zadowolony z sytuacji, w której się znajdowaliśmy. - Nie tak abstlaksyjnie szczęśliwy, jak ludzie s leklam eliksirów wzmacniających - musiałem zauważyć - ale wystalczająco. To dobly okles, wiesz, jak mówiłem. - Lekko wzruszyłem ramionami, prawda była taka, że gdybym chciał innego życia, już dawno bym je sobie zorganizował. Nikt mnie tutaj nie trzymał siłą, nikt nie przywiązał mnie do brytyjskiej ziemi łańcuchem ani nie zamknął w tej rezydencji pod kluczem - to było tak proste, że aż absurdalne - przez całe życie podejmowałem decyzje impulsywnie, czasem głupio, czasem egoistycznie, ale niemal zawsze zgodnie z tym, czego naprawdę chciałem. Wyjechałem z kraju, kiedy przestało mi odpowiadać życie, które próbowano mi narzucić. Wróciłem, kiedy uznałem, że właśnie tutaj powinienem być. Nigdy nie brakowało mi odwagi do burzenia własnego świata i budowania go od nowa.
- Po pielwsze, nie istnieje szaden lanking. - Pokręciłem głową stanowczo. - Po dlugie, jeśli jusz istniałby lanking, to musiałabyś naplawdę mocno się postalaś, szeby spaść w nim poniżej jakiejkolwiek hipotetycznej księszniczki, o któlej jedyne, co wiemy, to sze posiada wielbłądy i nie ma własnego zdania, skolo zgadza się wyjść za landoma. - Przesunąłem językiem po wnętrzu policzka, przyglądając jej się z wyraźnym zadowoleniem z tego, co usłyszałem. Nigdy nie byłem szczególnie odporny na ludzi, którym na mnie zależy. - Szczególnie, sze podejszewam, isz byłbym fatalnym mateliałem na księcia. Za duszo pszeklinam, za mało szanuję autolytety i mam skądinąd wyjątkowo niefoltunny zwyczaj zadawania pytań, kiedy kaszą mi lobiś coś bez sensu. - Raz jeszcze skwitowałem wszystko prostym wzruszeniem ramionami.
Przez krótką chwilę obserwowałem jej twarz, zastanawiając się, dlaczego tak trudno było jej uwierzyć, że mogła być wystarczająca.
- Poza tym - dodałem po kilku sekundach, kącik moich ust uniósł się nieco wyżej - jesteś hipoklytką. - Uniosłem dłoń, zanim zdążyła zaprotestować. - Skoro jusz sowa zastała tu nas dwoje i bawimy się w podobne loswaszania, lównie dobsze moglibyśmy załoszyś, sze to ty pewnego dnia wyjedziesz na specjalne listowne zaploszenie na sympozjum do Amelyki Łacińskiej. - Oparłem się mocniej o blat. - Poznasz jakiegoś egzotycznego czalnoksięsznika s imponującą kolekcją ksiąg zakazanych, wielką hacjendą i doskonałym wyczuciem chwili. Kogoś, kto będzie potlafił plowadziś s tobą wielogodzinne dyskusje o teolii magii i nie będzie zostawiał moklych lęszników w pszypadkowych miejscach, choś wilgotny klimat by temu spszyjał. I? - Zmarszczyłem nos, coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie w żołądku, kiedy zacząłem rozwijać własną wersję tej rozmowy. Spojrzałem jej prosto w oczy, patrzyłem na nią przez dłuższą chwilę, próbując zrozumieć, jakim cudem ta rozmowa o egzotycznych księżniczkach i wielbłądach przerodziła się w coś, co sprawiało, że jednocześnie chciało mi się śmiać i przewracać oczami.
- Zmieszam do tego, sze nie potszebuję niczego więcej, Pluey. Wiem, sze to wszystko jest… Skomplikowane… Ale… - Nie mówiłem o przyszłości, nie składałem wielkich deklaracji, po prostu stwierdzałem fakt. Nadal nie byłem pewien, czy zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele rzeczy przychodziło jej nieoczekiwanie naturalnie, jak wiele drobnych gestów wykonywała bez zastanowienia, a które uderzały we mnie z siłą znacznie większą, niż powinny były, właściwie to właśnie te najprostsze rzeczy okazywały się najgroźniejsze - nie spektakularne deklaracje czy wielkie romantyczne uniesienia, ale fakt, że pamiętała, jaką herbatę lubiłem, że czekała, aż wrócę, albo że tak po prostu zakładała, iż będzie czytać moją ministerialną korespondencję. Jeśli zaś o to chodziło, nie miałem problemu z wyobrażeniem sobie Prudence siedzącej za biurkiem z miną sugerującą, że jeśli ktoś źle wypełnił formularz, powinien głęboko przemyśleć wszystkie swoje życiowe decyzje - co ciekawsze, było w tym coś absurdalnie pociągającego i… Prawdopodobnie nie powinienem był dochodzić do takich wniosków…
- Zupełnie nieświadomie? - Powtórzyłem za nią z wyraźnym powątpiewaniem, unosząc brew. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że od dłuższej chwili mój wzrok zatrzymywał się na jej ustach częściej, niż wypadało. - Naplawdę nie wieszę, sze cokolwiek lobisz zupełnie nieświadomie. - Przesunąłem kciukiem po krawędzi koperty, coraz poważniej rozważając porzucenie wszelkich obowiązków na rzecz znacznie przyjemniejszych zajęć. Byliśmy przecież sami, a zaległości mieliśmy całkiem sporo…
Przez moment naprawdę rozważałem rzucenie tego przeklętego listu gdziekolwiek, przyciągnięcie jej bliżej i odebranie pocałunku, który wydawał mi się równie naturalny jak oddychanie, potem kolejnego, może jeszcze jednego, wyłącznie w trosce o utrzymanie odpowiedniej atmosfery podczas walki żywiołów…
Zapadła między nami krótka cisza, wypełniona jedynie odgłosami burzy - deszcz szumiał za oknami, nawałnica przetaczała się nad wrzosowiskami, a ja przez kilka długich sekund zastanawiałem się, czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach przejmowałby się teraz jakąś kopertą. Szczerze wątpiłem… Najchętniej odłożyłbym ją gdzieś na bok, przyciągnął Prudence bliżej i odebrał sobie wszystkie impulsywne namiętności, których nie zdążyliśmy wymienić od chwili, gdy pojawiła się w kuchni. A może też jeszcze kilka dodatkowych, tak na zapas, skoro najwyraźniej zamierzała oddawać mnie w ręce egzotycznych księżniczek przy pierwszej lepszej okazji.
- Nienawidzę odpowiedzialności. - Mruknąłem, odkładając kopertę na blat tylko po to, by po chwili znowu wziąć ją do ręki. Pragnąłem zrobić wystarczająco, żeby przestać myśleć o egzotycznych księżniczkach, ministerialnych procedurach i całej reszcie świata, niestety, gdzieś na granicy świadomości przypomniałem sobie, że prawdopodobnie istniał powód, dla którego ta biedna sowa przedzierała się przez burzę. - Naplawdę nie mogła przylecieś piętnaście minut później? - Mruknąłem bardziej do siebie niż do niej, zanim westchnąłem z rezygnacją, opuszczając wzrok na list trzymany w dłoni. - Dobla. - Skrzywiłem się z wyraźną niechęcią. - Chyba jednak powinniśmy splawdziś, co jest w ślodku. - Spojrzałem na nią jeszcze raz. - Ale jeśli okasze się, sze to formulasze z Ministelstwa, to pszysięgam, oddaję je tobie. - Jeszcze przez moment patrzyłem na Prudence, wyraźnie niezadowolony z konieczności zachowania choćby resztek odpowiedzialności, po czym uniosłem kopertę nieco wyżej i uwolniłem zawartość…
Szur…
Najpierw nie zrozumiałem, na co patrzyłem… Przez moment po prostu spoglądałem na blat, całkowicie bez ruchu, jakby mój umysł potrzebował dodatkowej chwili na przetworzenie tego, że anonimowy nadawca postanowił komunikować się właśnie w taki sposób. W pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana jedynie odgłosem deszczu bębniącego o szyby, powietrze jednak stało się cięższe niż jeszcze kilka sekund wcześniej. Być może był to tylko efekt burzy, może sposób, w jaki grzmot przetoczył się gdzieś nad wrzosowiskami niemal równocześnie z prawie bezgłośnym upadkiem fotografii na blat, a może zwyczajnie instynkt, ten sam, który przez lata uczył mnie zwracać uwagę na rzeczy pozornie nieistotne - najważniejsze, iż mój mózg na ułamek sekundy odmówił połączenia poszczególnych elementów w spójną całość, potem jednak wzrok wyłapał znajome twarze, znajome miejsce, uchwycone momenty, których ktoś nie powinien był oglądać. Poczułem, jak coś gwałtownie zacisnęło mi się w klatce piersiowej, całe rozbawienie zniknęło tak nagle, jakby nigdy go tam nie było.
To, co czułem, nie było niepokojem, jaki ogarniał mnie przez całą noc spędzoną na śnieniu koszmarów. Nie był to również strach. Czułem wściekłość - nagłą, gwałtowną i tak intensywną, że przez ułamek sekundy zagłuszyła wszystko inne. Wyprostowałem się powoli, moje palce zacisnęły się na krawędzi blatu tak mocno, że pobielały knykcie. Patrzyłem na fotografie jeszcze przez krótką chwilę, próbując znaleźć w sobie choć odrobinę zdrowego rozsądku.
Nie znalazłem.
- Ja pieldolę. - Wysyczałem przez zaciśnięte zęby, a gdy oderwałem wzrok od zdjęć, wszystko wydarzyło się błyskawicznie, odwróciłem się na pięcie tak gwałtownie, że stojące na blacie naczynia zadźwięczały cicho od nagłego ruchu. - Zajebię gnoja. - Syknąłem z absolutną pewnością człowieka, który właśnie podjął decyzję i nie zamierzał jej konsultować z nikim obecnym.
Nie czekałem.
Nie tłumaczyłem.
Nie analizowałem.
Adrenalina uderzyła we mnie gwałtownie, wyostrzając wszystkie zmysły, już po chwili ruszyłem szybkim krokiem w stronę wyjścia z kuchni, a potem niemal wypadłem na korytarz, zostawiając za sobą szum burzy, porzuconą kopertę i fotografie rozsypane na blacie. Tylko jedna myśl wybijała się ponad wszystkie pozostałe.
„Znajdę go”.
A potem dopiero zastanowię się, co zrobić dalej…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
20.06.2026, 21:20  ✶  

- Czyli tak właściwie jest prawdopodobne też to, że może wcale już nie chcą Cię zabić, a zajmują się kimś innym. - jeśli nie pamiętali jaka była przyczyna, być może mogli mu odpuścić. Starała się szukać pozytywów, chociaż sama wiedziała, że czasem można było być bardzo zaślepionym chęcią zemsty, nawet jeśli ona nie miała najmniejszego sensu. Można było nie pamiętać podstaw, nie pamiętać niesnaski, a tylko i wyłącznie osobę, która przez moment sprawiła, że poczuliśmy się niekomfortowo i to wystarczało. Cóż, póki co jednak nie wyglądało to tak źle, skoro Benjy nadal żył, najwyraźniej jego oponenci nie mieli zbyt wielkiej siły przebicia, albo umiejętności.

Nie do końca potrafiła sobie też wyobrazić, jak to jest mieć wrogów, bo sama nigdy nie była na tyle interesująca, aby ktoś chciał się jej pozbyć. No, może nie to, że nie była na tyle interesująca… bardziej chodziło o ostrożność, starała się podejmować decyzje, które miały nie doprowadzić jej do grobu, bo w sumie wcale jej się do niego nie spieszyło. Wiedziała, że nie wszyscy mieli szansę na to, by kierować się podobnym podejściem, każdy człowiek był inny i niósł na swoich ramionach zupełnie inne brzemię.

Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. - Wiesz, tylko ja tak naprawdę nigdy nie chciałam Cię zabić, więc nie do końca wiem, czy to powinno się liczyć. - Fakt, bywały momenty, gdy miała ochotę go rozszarpać, wydrapać mu oczy, czy coś, jednak pewnie nigdy by tego nie zrobiła, bo jej życie bez niego było zdecydowanie zbyt nudne, więc musiała się powstrzymywać, aby mieć jeszcze jakąś rozrywkę. Nie dało się jednak nie zauważyć, że zdarzało jej się strzelać w niego piorunami z oczu, czego się jednak nie robiło, aby oszukać samego siebie. Miała do niego sentyment, czy jej się to podobało, czy nie. Nigdy nie pozwoliłaby go skrzywdzić, no chyba, że sama wbijała mu właśnie jakąś szpileczkę, ale na pewno nie zamierzała pozwolić na to komuś innemu.

Po raz kolejny bardzo łatwo im było zacząć gdybać. Od zawsze zdarzało im się rozważać scenariusze, które nigdy miały się nie wydarzyć, najwyraźniej to nie miało się zmienić pewnie nigdy. - Fakt, to brzmi koszmarnie, aleee zawsze jak już będziesz miał pałac i wielbłądy to będziesz mógł zacząć wprowadzać swoje roszczenia, coś zmienić, wiesz jak jest, każdy władca może wybrać sobie swój własny sposób na życie. - Starała się znaleźć jakiś pozytyw w tej bajce. Skoro dostałby księżniczkę, stał się jej mężem, to chyba byłby jakimś księciem, czy królem, a Ci byli na tyle majętni, że mogli robić, co tylko im się podobało… no, może nie do końca, ale właśnie zawsze można było doprowadzić do jakichś zmian, być może udałoby mu się wprowadzić własną wizję królestwa i mógłby robić wszystko, na co miałby ochotę.

- Skoro tak mówisz, to nie będę Ci wpychać na siłę tego pałacu, wielbłądów i księżniczek, w sumie akurat Ty naprawdę masz w tym pewne doświadczenie, wiesz, co jest dla Ciebie najlepsze. - Doskonale przecież zdawała sobie sprawę z tego, jak wyglądała jego historia. Gdyby chciał siedzieć w pałacu i mieć jakąś arystokratkę za żonę, to nie uciekłby od tego ponad dekadę temu. Zawsze był ponad tym, dusiło go takie życie.

- Powiedzmy, że Ci wierzę. - Wyglądał na szczęśliwego, nie powinna więc tego negować. Nie zastanawiała się jaki procent jego szczęścia wynikał z tego, że ona znajdowała się obok, bardziej wydawało jej się, że była tymczasowym dodatkiem, chwilową odskocznią, jednak nie miała nic przeciwko temu, bo tez tego chciała. Bawiła się z nim wyjątkowo dobrze, tak właściwie to nie pamiętała, kiedy i ona sama była równie szczęśliwa. Wolała jednak nie rozkładać tego na części pierwsze, bo doskonale wiedziała, że powodowała to jego obecność, dobrze było mieć Benjy'ego u swojego boku, móc mu mówić o wszystkim, pokazać mu to, czego nie pokazywała nikomu innemu. Nie oceniał jej, nie lekceważył, po prostu był i najwyraźniej nie miała jak do tej pory pojęcia, jak to jest mieć kogoś takiego przy sobie. Było to naprawdę miłą odmianą, której nie wiedziała, że potrzebuje. Odpuszczała, przestawała analizować, pozwalała sobie na zdecydowanie więcej.

- Czyli jakby istniał to jestem ponad księżniczkami, fantastycznie, nie mam się czym martwić. - Teraz już czuła się zupełnie bezpiecznie na swoim stanowisku. Nie, żeby oczekiwała, że będzie stawiał ją na piedestale, bo przecież doskonale zdawała sobie sprawę na czym miał polegać ich układ, był tymczasowy, chwilowy, miał określony termin ważności, a jednak mimo to gdzieś tam w środku chciałaby, żeby zawsze o niej pamiętał, tak jak ona miała pamiętać jego, niezmiennie od dawien dawna.

- Z tym mogłabym się nie zgodzić, bo w sumie zawsze możesz odmienić wizję księcia, stworzyć zupełnie nową. - Oczywiście, że do typowego księcia było mu daleko, jednak nikt nie mówił o tym, że nie mógł być odpowiedzialny za odczarowanie takiego wizerunku.

Już miała zamiar się odezwać, tyle, że dostrzegła jego uniesioną dłoń, co spowodowało, że pozwoliła mu dokończyć myśl - niech mu będzie, była nową, lepszą wersją siebie w ich relacji, kiedyś pewnie nie ruszyłoby jej to wcale. - Cóż, pewnie bym się skusiła, ale Ameryka Łacińska jest za daleko… - Jasne, bo chodziło tylko o odległość. - Zresztą, my też prowadzimy wielogodzinne rozmowy, niekoniecznie o teorii magii, ale z kim innym mogłabym dyskutować tyle godzin na temat rzeczy, które nigdy się nie wydarzą, hmm? - Tak, doskonale wiedziała do czego zmierzał. Nie wydawało jej się, aby ktoś potrafił ją zainteresować równie mocno, co on. Od zawsze ich do siebie ciągnęło, ich zainteresowania mogły być różne, tak samo jak charaktery, ale jednak od zawsze mieli do siebie sentyment, to on miał mieć specjalne miejsce w jej hierarchii, chociaż nigdy właściwie tego nie systematyzowała. Benjy był dla niej istotny i tyle, nikt nie mógł go wygryźć z tego miejsca.

- Ale nie będziemy się teraz tym przejmować, dobrze? - Być może było to nieco skomplikowane, nie mogło być inaczej, znaleźli się w dość nietypowej sytuacji, doskonale zdawali sobie sprawę jak to wygląda, mieli z tego wyciągnąć chwilę wytchnienia, trochę zabawy, wykorzystać ten czas jak najlepiej i tylko to było istotne, nie było sensu skupiać się na komplikacjach, te czasem się pojawiali. Grunt, że wiedzieli z kim chcą spędzić ten czas, nic innego nie było istotne.

- Zupełnie, nie było w tym nawet odrobiny świadomości. - Dodała jeszcze, bo faktycznie to nie do końca było w jej stylu, ale przy nim najwyraźniej działała nieco inaczej niż miała w zwyczaju. Musiała do tego przywyknąć, w sumie kiedyś też tak to wyglądało, gdy był obok zupełnie się nie kontrolowała.

Zauważyła to, że zawiesił na niej swoje spojrzenie, widziała, że patrzył na jej usta, tak właściwie to nie miałaby nic przeciwko temu, żeby na moment zapomnieli o całym świecie, zasługiwali na to, zresztą mieli sporo do nadrobienia, a czas ich naglił bo przecież niedługo miał stąd wyjechać, warto byłoby więc się odpowiednio sobą nacieszyć. Niestety sowa przerwała im ten obiecujący wieczór, a koperta nadal tkwiła w dłoni jej tymczasowego chłopaka. Wypadałoby więc ją otworzyć, kto wie, co znajdowało się w środku.

- Im szybciej to sprawdzimy, tym szybciej będziemy mieli czas dla siebie, i jasne, jak będą to formularze z ministerstwa to je przejmuję. - Próbowała znaleźć w tym jakiś pozytyw, powinni zajrzeć do środka, sprawdzić, co się tam znajdowało i zająć się tym jutro. Raczej nie powinno to być nic naglącego, chociaż, czy inaczej sowa przyleciałby tutaj o tej porze i w taką pogodę, starała się jednak myśleć całkiem optymistycznie, co nie do końca było do niej podobne.

Benjy otworzył list. Prue wpatrywała się w niego przez chwilę, później zawartość koperty wysypała się na blat. Widziała jak jego mimika się zmienia, widziała tę nagłą irytację, może nawet bardziej wkurwienie, była w stanie wyczytać to z jego twarzy. Właśnie dlatego niemalże od razu zerknęła na to, co zobaczył. W przeciwieństwie do Benjy'ego ona zamilkła, zrobiła się bledsza. Faktycznie czuła, że ktoś ją obserwował przez cały dzień, ale myślała, że działo się to tylko we śnie, we śnie, w którym była ze swoim chłopakiem. Najwyraźniej to wcale nie było takie proste, bo na fotografiach znajdowali się oni, razem i osobno. Ktoś ich obserwował. Nie do końca wiedziała, co powinna powiedzieć, nie spodziewała się tego, że w kopercie znajdzie się coś takiego.

- Poczekaj… - Nie mogła pozwolić mu na to, aby zaczął szukać nadawcy listu, jeszcze nie teraz, nie w taką pogodę. Musieli to wszystko przemyśleć i przegadać, przynajmniej zdaniem Prue - mogło być to ciężkie, bo Benjy działał zupełnie inaczej.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7155), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (5468)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa