— Miały się mnie słuchać!— biła się w drobną pierś, gdy tylko ślizgiem wybiegli zza ostrego zakrętu Pokątnej. Pomarańcze biegły za nimi, nie ważąc na londyńskie kałuże w kolorze szamba i na skonfundowane gołębie, które żwawo konsultowały między sobą, czy warto było naznaczać teren na czymś, co należało ewidentnie do ulubionych akcesoriów Szatana.
Zaczęło się od niewinnego żartu. Skończyło się na Pomarańczowej Rebelii — przygodowej sadze zapisanej w wielu grubych tomach.
Tę cholerną, szczerzącą się gębę widziała absolutnie wszędzie przez kolejne kilka tygodni i to o niej właśnie pomyślała, przekraczając próg Dziurawego Kotła. Bo to w Dziurawym Kotle oboje zdołali upchnąć nieszczęsne pomarańcze jednemu z naiwnych i bardzo podpitych stałych bywalców knajpy.
„— Są piękne…myślicie, że spodobają się mojej żonie?”
„— To były ulubione pomarańcze mojej zmarłej mamy—” załgała paskudnie, dłonie wsuwając w ręce Leviego, niby to na znak młodocianej rozpaczy wydzierającej oddech z piersi — potrafią śpiewać arie Pucciniego i Schuberta.
Zarobili na tym interesie kilka knutów i za te kilka knutów sprawili sobie drinki tak wybitne, że nawet niebieskowłosy barman przesłał im spojrzenie pełne politowania. A potem po nich rzygali, ale żadne nigdy nie chciało się do tego przyznać ani trochę.
Stare dobre czasy — jaka szkoda, że już czasów nie ma.
Przez cały dzień nadrabiała zaległości pozostawione przez ponad miesiąc nieobecności. Listy, zamówienia, klientów, dokumenty, i każde załatwione zadanie odsłaniało dwa kolejne, ukryte pod spodem z podstępnością, która sugerowała, że te sprawy ewidentnie knuły i to przeciwko niej. Nie pomagał również Sam.
Właściwie nie mogła mieć mu tego za złe. Kanapa w salonie od dawna przestała być kanapą, stając się czymś bardziej złożonym ekosystemowo, regularnie zasilanym przez książki, ubrania, kubki po napojach i samego właściciela, którego wciąż niezręcznie było spotykać w stanie półleżącym. A Levi, jak to Levi, podejrzewała, że zajęty był swoimi zdzirami pilnymi sprawami, bo przecież miał ich wiele.
Spotkanie w karczmie było po prostu prostsze, zwłaszcza że ich placem zabaw mógł się równie dobrze stać Londyn.
Po miesiącu spędzonym na bliskim wschodzie, to miasto wydawało się przywołane z pamięci przez kogoś, kto widział je tylko raz i zapamiętał głównie miałką szarość nieba oraz to, że wszyscy zawsze gdzieś się spieszyli. Fakt faktem, przepraszali i to namiętnie, nawet gdy to twoja miotła wybiła komuś przez przypadek szybę z półobrotu, ale to ofierze było przykro, że miotle przypadł los pospolitego tłuczka. Lata były krótkie, a wiatr zawsze galopował arteriami ulic tak jakby uciekał przed szatańskimi pomarańczami. Ulice prawie zawsze błyszczały od wilgoci i Septima patrzyła na nie przez mleczną szybę jak na coś, co należało do innego snu niż ten, w którym właśnie siedziała.
Jej dłoń powędrowała mimowolnie do torby spoczywającej obok krzesła. Przywiozła z podróży niewiele. Kilka ksiąg, suszone zioła, notatki, drobiazgi dla znajomych i garść wspomnień, których nie była jeszcze gotowa rozpakować. Notatkami z chęcią podzieliłaby się dziś z Levim, jeśli tylko byłby zainteresowany. W bazgrołach i urywanych strumieniach świadomości nikt poza Timmy, nie znalazłby większej wartości, ale odszyfrowanie grafomańskich wyczynów mogło zwycięzce wynagrodzić. Bo coś tam nawet tym razem odkryła.
Oparła się o krzesło i poczuła, jak karczma obrasta wokół niej swoim gwarem, rozmowami, których nie słuchała, ciepłem, którego nie szukała, obecnością innych ludzi, którzy siedzieli w podobnych stolicach własnych nieobecności i też prawdopodobnie czekali na kogoś.
Potem drzwi skrzypnęły dramatycznie, wpuszczając do środka wieczorne powietrze oraz zapach mokrego bruku. Septima poczuła, jak coś w niej prostuje się nieznacznie, tak jakby cudze spojrzenia naprawdę miały moc wypalania skóry.