— Prawdę ci powiem: o to by się trzeba dowiadywać, bo nie wiem. — Bo czy on znał kogo, kto by umiał takie sztuczki artystyczne? Jest to pytanie, na które ja sama nie umiem udzielić odpowiedzi, więc pass. — Może Millie się na tych obrazach lepiej zna. Widziałaś no, jak nam dziewucha ostatnio tu na Stawie sufit odstrzeliła. Pełna profeska. Szafkę też by można zorganizować, wiadoma rzecz. — Stary poklepał się kolejno po kieszeniach gaci i skórzanej kurtki za jakim długopisem i karteluszką. Nie było nic. — Bym zaczął zapisywać te twoje pomysły, ale nie ma czym. Nic to, tym prędzej trzeba wracać, bo uleci z głowy i figa.
Machnął ręką. Na szansę bycia zjedzonym przez te rzekome potwory z obrazu również kusiło go machnąć ręką.
— A co ty się będziesz takim zgredem przejmowała, pannico — podpuścił Dorę w żartobliwym tonie, aby nieco rozluźnić upiorną atmosferę, w jaką wtłaczała ich ta sztuczna sceneria. — Jak się na mnie co połasi, to biada temu nieborakowi, bo się mną co najwyżej struje to cholerstwo.
Lecz szkoda było czasu wystawać tu i dywagować wciąż, komu przyznać pierwszeństwo. Jeśli nie młodziutka panienka przodem i nie pan starszy przodem, to razem.
— Damy radę, nie bój żaby. Chodź tu, młoda. — Zaoferował zielonemu elfikowi ramię, w drugą rękę ujął różdżkę, spróbował ich teleportować… i nic. Już mu się ta sytuacja przestała podobać. — Coś nie poszło. Ty, Dorka, próbuj — mruknął, ale znać było, że już po jednym niepowodzeniu zdążył nabrać nieprzyjemnych podejrzeń.