08.06.2026, 21:20 ✶
Lorraine milczała przez moment, a w tym wyznaniu, które w końcu zostało wypchnięte ze starszej piersi, która nigdy nie zaznała dziecięcego głodu, Josephine nie znalazła ulgi, którą szukała. Prędzej w uścisku, który nie wymagał słów, który przez chwilę zaskoczenia przebiegł znów ku komfortowi w geście, w ruchu dłoni po nazbyt pochudłych ostatnim czasem plecach. Zapadała się w sobie i w siebie, zapadała w sztukę, bo tylko ta jej pozostała, a i to stało pod znakiem zapytania w ostatnim czasie niemych oskarżeń i krzywych spojrzeń.
Armand nie żyje.
Powiedziała istota zrodzona jego życiem, najlepsze co - według Jospehine - mu się w ogóle udało w jego życiu. Wiersz, którego nie dało się tak łatwo spalić w imię artystycznego performance'u. Poemat liczony nie w wersach a latach doświadczeń mniej lub bardziej kształtujących wrażliwość czy może wyostrzających osąd i myśl. Język muzyki, język poezji, język zwrotów, którymi próbowała obok ruchu dłoni przynieść spokój jej duchowi.
Wybrzeże ciągnęło się bez końca, jakby ktoś rozwinął wzdłuż świata zwój pergaminu zapisanego wyłącznie odcieniami szarości. Morze nie szumiało – raczej oddychało głęboko i miarowo, wtłaczając mgłę pomiędzy kamienie, w szczeliny klifów, w zagłębienia pamięci. Woda i niebo od dawna zawarły między sobą cichy układ, przez który nie sposób było rozpoznać granicy jednego i drugiego; wszystko rozpływało się w mlecznej nieokreśloności, gdzie barwy istniały jedynie jako wspomnienie dawnych barw. Daleko, na krańcu tej rozwodnionej pustki, tkwiła latarnia – nie tyle budowla, co pionowa myśl wbita w pejzaż, cienka igła znaczenia przeszywająca bezkształtną tkaninę mgły. Nie obiecywała schronienia. Nie przywoływała. Istniała po prostu, samotna jak ostatnie słowo w zapomnianym liście. Droga ku niej wiła się pomiędzy wilgotnymi głazami, pośród wydm przypominających grzbiety śpiących stworzeń, a powietrze było ciężkie od niewypowiedzianych rzeczy, od pytań rozcieńczonych przez czas tak bardzo, że utraciły już swoje znaki zapytania i stały się częścią krajobrazu.
Lorraine mówiła. Mówiła o Baldwinie, jak o najdroższej istocie jej istnienia, ta miłość zdawała się niemal namacalna, łaskocząca palce, ciepła, choć Josephine nie była w stanie ocenić w tamtej chwili bliskości między kobietami czy jest to ciepło ognia, który chroni, czy płomienia powoli pełzającego po ścianach domostwa. Ogień… nie… nie chciała ognia w swoim życiu. Chciała poszum fal. Chciała chłód północnego morza kołyszący ku kojącej, ale smutnej w swej istocie prawdzie.
– Tak właśnie było tam napisane… – odpowiedziała cicho, dając znać, że podąża za nią prądem morskiej toni, słucha argumentów, kolejnej fali słów, kierunku, który próbowano nadać rzece jej własnych myśli i oceny. Słowa docierały do niej całe, nienaruszone, osiadały na nagich, pomarszczonych stopach przemierzających kamienistą plażę. Widziała troskę w spojrzeniu rozmówczyni tak wyraźnie, jak dostrzega się światło latarni przez mgłę, lecz czy właśnie dlatego nie wydaje się ona tym odleglejsza. Światło zawsze oznaczało czyjąś obecność; nigdy nie gwarantowało możliwości dotarcia do niego.
W jej wnętrzu od dawna istniał tylko jeden korytarz i prowadził teraz jedno miejsce. Ku morzu.
– Remington… Nie kojarzę go, ale spytam swojego sekretarza dziecko. Spytam go – wtrąciła krótko słuchając dalej, słuchając o tym co mogła poznać tylko z opowieści, bo sama źle się w tamtym tygodniu poczuła i poprosiła młodą ambitną artystkę i aspirującą organizatorkę, córkę szwagra o to, żeby przejęła na tym wydarzeniem pieczę. – Zbyt wiele łez zostało wylanych nad tym namiotem… nad rozsypanymi kwiatami – przyznała, wplatając swoje ciche słowa w poszum fal opowieści snutej przez Lorraine. O panice, o namiocie, o policjantce i zranionej dziewczynie, która jeszcze wtedy nie była świadoma, że żyje na pożyczonym czasie. Niewesoły parsknięcie, krótkie i niestosowne pojawiło się na wspomnienie listów pisanych przez blondynkę, której los pozostał zasnuty mgłą.
– Dobrze więc. Rozumiem. Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś. Cieszę się, że byłaś pod jego opieką, zawsze cieszy mnie myśl, że jest ktoś, kto ma na Ciebie oko, jest Twoim opiekuńczym duchem. – Uśmiechnęła się przez mgłę własnych myśli, głaszcząc jasną głowę pełną nieściętych włosów, wpatrując się w szklane oczy pełne smutku, nie wrzasku bólu czy jęku błagania.
Dobrze więc.
Słowa Raphaeli osiadły na niej solą bryzy. Palce mimowolnie zadrżały w poszukiwaniu pędzla.
– Dość już o tym, moja droga. Chodźmy do pracowni. – Łagodnym gestem poprowadziła Lorraine korytarzem w głąb domu, do przeszklonego zimowego ogrodu, który teraz pośród szklanych ścian stał się jej domem, prawdziwym domem. Płótno stało na sztaludze wciąż puste, ale jej drżące serce wypełniało go płat po płacie i zależało jej, chciała bardzo by Lorraine też to zobaczyła. Ujęła twardy rysik i zaczęła błądzić.
– To ma być wybrzeże, ale nie takie, które można odnaleźć na mapie. Potrzeba będzie wody, dużo wody. Niebo i morze powinny się spotkać jeszcze zanim dotknę ich pędzlem. Chcę pozwolić pigmentowi płynąć samodzielnie, żeby granica między wodą a chmurami powstała przypadkiem. Akwarela jest tak dobra w takich rzeczach. Czasami wygląda, jakby sama pamiętała krajobrazy. Jakby sama je wymyślała… – Na moment utkwiła wzrok gdzieś ponad ramieniem swojego gościa, a potem sięgnęła do szafki i zaczęła wyciągać pudełka z małymi niepozornymi prostokącikami pigmentów.
– Może użyję Phthalo Blue, może odrobiny Payne's Grey. Nie za dużo czerni. Czerń jest zbyt pewna siebie. Mgła powinna być zbudowana z kolorów, które udają ich brak. Rozwodnione szarości, chłodne fiolety, ślady błękitu rozciągnięte szerokim pędzlem… o tym… – Uśmiechnęła się blado. O ileż bardziej wolała być w tym miejscu niż w namiocie w którym jej nie było? Wierzyła słowom Lorraine, czemu miała by im nie wierzyć. Była bezpieczna. Czy miało to jeszcze znaczenie, które chciałaby w tym zobaczyć? Czy strach był tak bolesny, gdy patrzyło się na niego przez mgłę unoszącą się nad wodami u podnóża samotnej latarni?
– Najtrudniejsza będzie latarnia. Jeśli namaluję ją zbyt dokładnie, stanie się bohaterką obrazu. A ona nie jest bohaterką. Jest znakiem zapytania… Prawdopodobnie zostawię jej kształt jako rezerwę bieli papieru, a później bardzo cienkim riggerem dodam kilka pionowych akcentów. Nic więcej. Człowiek powinien się zastanawiać, czy naprawdę ją widzi, czy tylko bardzo… bardzo chce ją zobaczyć. Co sądzisz Lorraine? Co myślisz o tym? – dopytywała, korzystając z czasu, który ofiarowała ją córka innej kobiety, na moment jeszcze zapraszając ją do świata, w którym wciąż miała resztki kontroli.
Armand nie żyje.
Powiedziała istota zrodzona jego życiem, najlepsze co - według Jospehine - mu się w ogóle udało w jego życiu. Wiersz, którego nie dało się tak łatwo spalić w imię artystycznego performance'u. Poemat liczony nie w wersach a latach doświadczeń mniej lub bardziej kształtujących wrażliwość czy może wyostrzających osąd i myśl. Język muzyki, język poezji, język zwrotów, którymi próbowała obok ruchu dłoni przynieść spokój jej duchowi.
Wybrzeże ciągnęło się bez końca, jakby ktoś rozwinął wzdłuż świata zwój pergaminu zapisanego wyłącznie odcieniami szarości. Morze nie szumiało – raczej oddychało głęboko i miarowo, wtłaczając mgłę pomiędzy kamienie, w szczeliny klifów, w zagłębienia pamięci. Woda i niebo od dawna zawarły między sobą cichy układ, przez który nie sposób było rozpoznać granicy jednego i drugiego; wszystko rozpływało się w mlecznej nieokreśloności, gdzie barwy istniały jedynie jako wspomnienie dawnych barw. Daleko, na krańcu tej rozwodnionej pustki, tkwiła latarnia – nie tyle budowla, co pionowa myśl wbita w pejzaż, cienka igła znaczenia przeszywająca bezkształtną tkaninę mgły. Nie obiecywała schronienia. Nie przywoływała. Istniała po prostu, samotna jak ostatnie słowo w zapomnianym liście. Droga ku niej wiła się pomiędzy wilgotnymi głazami, pośród wydm przypominających grzbiety śpiących stworzeń, a powietrze było ciężkie od niewypowiedzianych rzeczy, od pytań rozcieńczonych przez czas tak bardzo, że utraciły już swoje znaki zapytania i stały się częścią krajobrazu.
Lorraine mówiła. Mówiła o Baldwinie, jak o najdroższej istocie jej istnienia, ta miłość zdawała się niemal namacalna, łaskocząca palce, ciepła, choć Josephine nie była w stanie ocenić w tamtej chwili bliskości między kobietami czy jest to ciepło ognia, który chroni, czy płomienia powoli pełzającego po ścianach domostwa. Ogień… nie… nie chciała ognia w swoim życiu. Chciała poszum fal. Chciała chłód północnego morza kołyszący ku kojącej, ale smutnej w swej istocie prawdzie.
– Tak właśnie było tam napisane… – odpowiedziała cicho, dając znać, że podąża za nią prądem morskiej toni, słucha argumentów, kolejnej fali słów, kierunku, który próbowano nadać rzece jej własnych myśli i oceny. Słowa docierały do niej całe, nienaruszone, osiadały na nagich, pomarszczonych stopach przemierzających kamienistą plażę. Widziała troskę w spojrzeniu rozmówczyni tak wyraźnie, jak dostrzega się światło latarni przez mgłę, lecz czy właśnie dlatego nie wydaje się ona tym odleglejsza. Światło zawsze oznaczało czyjąś obecność; nigdy nie gwarantowało możliwości dotarcia do niego.
W jej wnętrzu od dawna istniał tylko jeden korytarz i prowadził teraz jedno miejsce. Ku morzu.
– Remington… Nie kojarzę go, ale spytam swojego sekretarza dziecko. Spytam go – wtrąciła krótko słuchając dalej, słuchając o tym co mogła poznać tylko z opowieści, bo sama źle się w tamtym tygodniu poczuła i poprosiła młodą ambitną artystkę i aspirującą organizatorkę, córkę szwagra o to, żeby przejęła na tym wydarzeniem pieczę. – Zbyt wiele łez zostało wylanych nad tym namiotem… nad rozsypanymi kwiatami – przyznała, wplatając swoje ciche słowa w poszum fal opowieści snutej przez Lorraine. O panice, o namiocie, o policjantce i zranionej dziewczynie, która jeszcze wtedy nie była świadoma, że żyje na pożyczonym czasie. Niewesoły parsknięcie, krótkie i niestosowne pojawiło się na wspomnienie listów pisanych przez blondynkę, której los pozostał zasnuty mgłą.
– Dobrze więc. Rozumiem. Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś. Cieszę się, że byłaś pod jego opieką, zawsze cieszy mnie myśl, że jest ktoś, kto ma na Ciebie oko, jest Twoim opiekuńczym duchem. – Uśmiechnęła się przez mgłę własnych myśli, głaszcząc jasną głowę pełną nieściętych włosów, wpatrując się w szklane oczy pełne smutku, nie wrzasku bólu czy jęku błagania.
Dobrze więc.
Słowa Raphaeli osiadły na niej solą bryzy. Palce mimowolnie zadrżały w poszukiwaniu pędzla.
– Dość już o tym, moja droga. Chodźmy do pracowni. – Łagodnym gestem poprowadziła Lorraine korytarzem w głąb domu, do przeszklonego zimowego ogrodu, który teraz pośród szklanych ścian stał się jej domem, prawdziwym domem. Płótno stało na sztaludze wciąż puste, ale jej drżące serce wypełniało go płat po płacie i zależało jej, chciała bardzo by Lorraine też to zobaczyła. Ujęła twardy rysik i zaczęła błądzić.
– To ma być wybrzeże, ale nie takie, które można odnaleźć na mapie. Potrzeba będzie wody, dużo wody. Niebo i morze powinny się spotkać jeszcze zanim dotknę ich pędzlem. Chcę pozwolić pigmentowi płynąć samodzielnie, żeby granica między wodą a chmurami powstała przypadkiem. Akwarela jest tak dobra w takich rzeczach. Czasami wygląda, jakby sama pamiętała krajobrazy. Jakby sama je wymyślała… – Na moment utkwiła wzrok gdzieś ponad ramieniem swojego gościa, a potem sięgnęła do szafki i zaczęła wyciągać pudełka z małymi niepozornymi prostokącikami pigmentów.
– Może użyję Phthalo Blue, może odrobiny Payne's Grey. Nie za dużo czerni. Czerń jest zbyt pewna siebie. Mgła powinna być zbudowana z kolorów, które udają ich brak. Rozwodnione szarości, chłodne fiolety, ślady błękitu rozciągnięte szerokim pędzlem… o tym… – Uśmiechnęła się blado. O ileż bardziej wolała być w tym miejscu niż w namiocie w którym jej nie było? Wierzyła słowom Lorraine, czemu miała by im nie wierzyć. Była bezpieczna. Czy miało to jeszcze znaczenie, które chciałaby w tym zobaczyć? Czy strach był tak bolesny, gdy patrzyło się na niego przez mgłę unoszącą się nad wodami u podnóża samotnej latarni?
– Najtrudniejsza będzie latarnia. Jeśli namaluję ją zbyt dokładnie, stanie się bohaterką obrazu. A ona nie jest bohaterką. Jest znakiem zapytania… Prawdopodobnie zostawię jej kształt jako rezerwę bieli papieru, a później bardzo cienkim riggerem dodam kilka pionowych akcentów. Nic więcej. Człowiek powinien się zastanawiać, czy naprawdę ją widzi, czy tylko bardzo… bardzo chce ją zobaczyć. Co sądzisz Lorraine? Co myślisz o tym? – dopytywała, korzystając z czasu, który ofiarowała ją córka innej kobiety, na moment jeszcze zapraszając ją do świata, w którym wciąż miała resztki kontroli.
Koniec sesji