Nie wzdrygał się odnośnie podpisywania tych papierów chyba tylko dlatego, że zdawał sobie sprawę z tego jak niezbędny był to krok na całej jego ścieżce do osiągnięcia celu. Trochę kusiło, żeby Robertowi zaproponować żeby się popodpisywał za niego, ale chyba niestety nie wypadało sobie nawet w ten sposób żartować.
— Mogę sobie tylko wyobrażać — uśmiechnął się lekko, chociaż dało się w tym wyłapać jakiś dystans, wynikający chyba kompletnym brakiem doświadczenia w tej materii. Nigdy przecież nie był żonaty, ale biorąc pod uwagę co robiły niektóre jego byłe, to w pewien sposób może był w stanie zobrazować sobie skalę problemu. Na szczęście nie miał też dziecka, które mogłoby stać pośrodku całego bałaganu, ani też nigdy takim nie był – bo jego rodzice przecież byli zgodnym małżeństwem, które przetrwało ze sobą cholernie długi czas.
— Tak, domyślam się, dlatego brałem to pod uwagę. Zabrzmię pewnie jak stary piernik, ale mam wrażenie że Hestii przyda się takie pchnięcie. Szansa? Równie dobrze może ją dostać ode mnie — wzruszył ramionami, trochę chyba faktycznie nie wierząc też, że akurat on mówił coś takiego. To chyba to sławetne dorastanie. — Nie chcę się nad tym jakoś zanadto uzewnętrzniać, tym bardziej że do faktycznego siadania nad tym wszystkim, zostało nam jeszcze trochę. Ale na pewno zaczniemy od Spalonej Nocy. Napłynęło po niej pełno zgłoszeń, ale część została już przefiltrowana przez Brygadę Uderzeniową. Potem pewnie sięgniemy dalej, do Beltane, gdzie chyba pierwszy raz od manifestu odstawili coś dużego. Pomyślimy — na przykład wtedy, kiedy dostaną swój własny pokój, a nie będą się cisnąć przy biurkach po swoich biurach. Ale no, na to jeszcze przyjdzie czas.