20.09.2026, 02:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.10.2026, 17:20 przez Gareth Rowle.)
Początek Spalonej Nocy
W tej przeklętej piwnicy powietrze było nie dosyć że stęchłe i przechodzone tyloma obcymi płucami, że zdążyło skwaśnieć jak mleko ukiszone w cieple, to jeszcze krążyło w kółko między czterema spoconymi ścianami, bez dostępu do żadnego okna. Fajkowy dym, męski pot, ziejące niedomytymi, gnijącymi zębami oddechy, a pod tym wszystkim słodkawa nuta czegoś, co zdechło pod podłogą jeszcze latem, ale nikomu nie chciało się dostatecznie długo szukać, aby znaleźć i pogrzebać. Ludzie, którzy w takich miejscach dobrowolnie przesiadywali, nie zasługiwali w życiu na nic lepszego. A Rowle siedział z nimi już trzecią godzinę.
Gary trzymał w łapie dwie damy i nic poza tym. Nad wkurwieniem panował umiarkowanie i sam już nie wiedział czy stoicyzm go bardziej zdradzał czy wydawał. Przekładał sobie tę swoją damę do damy, zauważając że na początku otworzyli niby świeżutką talię, ale teraz te same karty lepiły się do palców jak łuska do noża, jakby wilgoć i cudzy pot wrastać tu mogły we wszystko. Równie dobrze w przeklętych kartach mogła być sama ślina, łącznie z wczorajszym podwieczorkiem zasiadających obok oblechów. Obrzydziłoby to go zapewne bardziej, gdyby tylko nie kończył każdego dnia ubabrany w różnorodne zwierzęce mazie — a tej zgrai i zwierząt naprawdę nie dzieliło wiele.
Jeden fagas beknął na głos, co skłoniło Garego do kontemplacji nad kolejnym trunkiem. Szklanka stała przy nim pusta już od dziesięciu minut. Pili przy tej zabójczej rozgrywce coś, co gospodarz oraz lewa etykieta, miały czelność nazywać ognistą, a co smakowało jak przegotowany torf, w którym moczono od dawna stare gwoździe. Schodziło przełykiem chropowatą, ciepłą strugą, zostawiając za sobą zarówno metaliczny posmak rdzy jak i woń utraty kolejnego punktu honoru, którego z jakiegoś powodu, wciąż się strzegł, mimo warunków, w których wyznaczył sobie wieczorne rozrywki. Przy stole siedziało bowiem trzech nieciekawych typów, których prawdziwych nazwisk nie chciał znać ani pamiętać, był też czwarty, wyjątkowo gruby i obleśny, nawet jak na starego kucharza. A każdy gruby i na dodatek stary, miał jeden spory problem — kiepskie pole widzenia.
Jego pozłacany zegarek leżał szczęśliwie w kieszeni Garetha od godziny. Ale Garethowi, ani Grubasowi szczęścia najwidoczniej nie przyniósł, bo obaj wciąż przegrywali od samego początku spotkania. Cóż, przynajmniej jeden z nich wyjdzie z tej nory z czymś na własność.
Nagle na schodach zadudniło, ktoś leciał po stopniach po dwa, potknął się na ostatnim i wpadł do środka razem z drzwiami, które huknęły o kamień.
— Pali się! — Chwycił framugę, żeby nie runąć, gardło miał zdarte do krwi. — Londyn się pali!
Cała czwórka siedziała dalej, z rękami na kartach jak tresowane harty, którym nikt nie pozwolił wstać od miski. Gareth dopiero wtedy usłyszał, jak z góry leci fertyczny tupot i zbite szkło. Krew zaczęła mu walić w podniebienie, wysoko, tuż pod zębami, i nie był to ten rodzaj bicia, który człowiek próbowałby zbyć. Tak się nie robiło, na pewno nie, kiedy chciało się kiedyś wrócić. Ale teraz? Teraz zaufał elektrycznemu impulsowi.
Jedno mrugnięcie, jeden półoddech, a ręka, wprawna i zwinna wnet zgarnęła pulę, różdżka zaś zmiotła resztki resztek, które manewr strącił na podłogę. Wszystko, zwłaszcza cudze monety, które jeszcze nie były jego i nigdy nie byłyby jego.
Wypruł na zewnątrz, jak na zadowoloną z siebie, szuję przystało.
Niebo nad Londynem nie płonęło, jątrzyło się niczym dojrzewająca od kilku dni, paskudna, ropiejąca rana. A na nim brzuch chmur nabrzmiał od spodu ceglastym światłem, baniastym, tłustawym niczym kurze żółtko, i pulsował leniwie, niemalże sennie, jak coś, co po sowitym posiłku właśnie zaczęło trawić. Czyżby znalazł się w samym epicentrum smoczego piekła? Chciał się przekonać.
Dym nie szedł do góry słupem, tylko rozlewał się bokiem, szerokim, brunatnym językiem, zachłannie wylizując szarawe dachy do czysta. Kominy stały w nim cienkie jak sterczące z gardła ości. Wyżej, tam gdzie powinny być gwiazdy i ich konstelacje, wisiała zielona łuna — chłodna oraz jadowita, wstawiona w to całe pomarańczowe ciepło jak witrażowe szkiełko w asymetrycznej ramie. Popiół prószył z góry niespiesznie, osiadając mu na barkach, w rudych, krótko przystrzyżonych włosach i na wargach. Smakował jak coś, czego ludzki język posmakować nigdy nie powinien. Rowle ten smak skądś znał.
Ulica była pełna ludzi, którzy biegli, albo uciekali, nie był w stanie stwierdzić.
Czując na sobie oddech wypłoszonych i oskubanych frajerów, Gary ruszył w tłum.