• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[10.07.1972r.] Czasu nie cofniesz | Laurence & Camille

[10.07.1972r.] Czasu nie cofniesz | Laurence & Camille
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#1
14.03.2024, 18:04  ✶  

10 lipca 1972r.
Szpital Św. Munga.


Im bardziej chciałby unikać tego szpitala, to miejsce samo go wołało do siebie. Nie zawsze chodziło sprawy rodzinne. Przeprowadzanie wykładów, o których uprawnienia się postarał. Ale na ordynatora, nie myślał startować. Nie miał na to raczej siły. Praca w Ministerstwie Magii najbardziej mu odpowiadała. Odnalazł się w tym zawodzie. Łatwiej było mu piąć się po szczeblach kariery. Z pewną dozą poświęcenia. Swojego czasu, nieprzespanych nocy. Pracowania i doskonalenia swoich umiejętności w zakresie tworzenia, przeważnie eliksirów. Lecz po śmierci żony, musiał to zmienić. A na pierwszym miejscu, postawić syna, który potrzebował go przecież bardziej niż wcześniej.

Kiedy musiał pojawiać się w szpitalu, najpewniej liczył na jakiekolwiek spotkanie z Camille. Ale też obawiał tego. Być może specjalnie nie szukał jej po piętrach, tylko przychodził ze sprawami i odchodził. Wyrzuty sumienia? Kochać jej nie przestawał. Zrezygnował ze swojego szczęścia, pozwalając na to, aby rodzice ustawili mu życie. Co i tak, nie sprawiło, że nie spełnił ojca oczekiwania. On nie był mu teraz potrzebny, a jego młodszy brat. Bo nagle niespodziewanego odkrycia dokonał. Odkrycia leku, którego teraz potrzebował właśnie Laurence.

Wracał akurat z badań. Miał tutaj zaufanego przyjaciela uzdrowiciela. Tylko z nim konsultował wszystkie problemy zdrowotne. Przepisywał mu eliksiry, które Laurence bardziej sam robił w domu. Jednakże może przyjść kiedyż taki moment, że już ich nie stworzy. Miał tak mało czasu. A tak wiele do zrobienia. Przez moment siedział na krześle w poczekalni. Rozmyślał. Może powinien ją odwiedzić? Chociażby, zobaczyć? Ten jeden raz. Nawet jak każe mu się wynieść.

Wstał i ruszył na odpowiednie piętro. Tam, gdzie podejrzewał, że mogła pracować. Jeżeli nic się nie zmieniło na przestrzeni lat. Często jednak o nią pytał, kiedy z kimś ze szkolenia rozmawiał.

Zbliżył do drzwi jej gabinetu. Ale nie zapukał. Może kogoś miała? Nie chciał przeszkadzać. A może też jej nie było? Nie sprawdził. Cofnął się i schował ręce do jasnych popielatych spodni od garnituru. Również i tego koloru miał marynarkę. Białą koszulę rozpiętą pod szyją. Może to jeszcze nie czas, aby ją zobaczyć.

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#2
14.03.2024, 20:32  ✶  
Być może to nie był jeszcze czas, by ją odwiedził. Być może było za wcześnie - lub za późno. Być może ten plaster został oderwany w chwili, gdy oświadczył jej, że rodzice ułożyli mu życie, a on się na to zgodził. Być może to nie był właściwy moment i właściwe miejsce, bo przecież znał Delacour: życie prywatne starała się odgradzać od pracy grubą kreską. Nie pozwalała przekraczać tej granicy, ściśle trzymała się tej zasady. Blondynka miała wiele zasad, ale tej nigdy nie łamała. Jednak on był wyjątkiem.

Od momentu, kiedy jej powiedział od wszystkim, Camille nie kontaktowała się z nim. Nie słała listów, nie błagała o zmianę zdania, nie wystawała pod domem. Uszanowała jego zdanie, chociaż trzeba było przyznać, że nie najlepiej je przyjęła. Było dużo łez, na które z reguły sobie nie pozwalała, dużo krzyków. Nawet rękoczynów, przed którymi kobieta się zawsze wzbraniała. Tego, czego jednak zabrakło, to błagania o to, by zmienił zdanie. Delacour była cholernie dumną kobietą i w życiu by nie zniżyła się do poziomu, w którym to ona by musiała biegać za mężczyzną i prosić go o cokolwiek. Zdawać by się mogło, że po prostu zapadła się pod ziemię.

Czy go widziała kiedykolwiek w szpitalu na przestrzeni tych lat? Jeżeli tak, to nie podeszła nigdy. Być może przyspieszała wtedy kroku, być może odwracała się na pięcie i wracała tam, skąd przyszła. Mijali się jak obcy ludzie, a przecież byli kiedyś kimś znacznie więcej. I to chyba bolało najbardziej: świadomość, że kiedyś znało się kogoś na wylot, a ta osoba nagle i bez ostrzeżenia stała się obca. Bolało wtedy, bolało i teraz. Teraz jednak podwójnie, bo nie miała jak uciec. Gdyby przyszła z korytarza do gabinetu, to mogłaby po prostu się odwrócić i zniknąć, tak jak robiła to do tej pory. Teraz jednak kończyła dyżur, wcześniej niż zwykle. Była zmęczona, fizycznie i psychicznie. Odkąd Laurence zniknął z jej życia, rzuciła się w wir pracy. Skakała z jednej do drugiej, wyciskając z każdej doby absolutne maksimum. Nie można było powiedzieć, by łapała każdą chwilę i okazję - po prostu skupiła się na doskonaleniu swoich umiejętności. Utwierdzała się tym w przekonaniu, że jest coś warta, że podjęła słuszną decyzję. Bo mimo milczenia od lat męczyły ją wątpliwości. Męczyły ją, gdy spotykała się z kolejnymi mężczyznami i gdy odtrącała kolejne próby zeswatania jej. Matka nie odpuszczała, chociaż odrobinę poluzowała smycz. Teraz zdawało się, że wysyłając do niej kolejne dzieciaki, po prostu się nad nią pastwiła. Co jakiś czas posyłała coraz młodszych, by przypomnieć Camille o upływających latach. A jednocześnie wymagała, by była na każde skinienie. By ratowała dzieci jej przyjaciół. By robiła coś natychmiast. By służyła pomocą każdemu, kogo ona wskaże. Jej łapa, sięgająca aż z Francji, tylko z pozoru się wycofała, a tak naprawdę zaciskała się na jej szyi coraz mocniej, powodując że Delacour po prostu nabawiła się cholernej nerwicy. Z każdym pukaniem sowiego dzioba w szybę podskakiwała. Każdy list od matki otwierała trzęsącymi się rękami. Każde zdanie czytała po kilka razy. Przestawiała rzeczy w domu. Sama wycierała czyste blaty. Poprawiała skrzatkę, którą miała do dyspozycji. Nie mogła spać. Była podejrzliwa w stosunku do każdego mężczyzny, który nie nosił obrączki na palcu.

I gdy już, już miało się okazać, że w końcu otworzy swoje serce po raz pierwszy od zerwania, to typ się po prostu ulotnił. Olał ją, potraktował jak ducha. Do diabła ze wszystkimi facetami na tym świecie. Nie byli jej przecież potrzebni, prawda? Ten drugi cios tylko utwierdził ją w przekonaniu, że nie potrzebuje nikogo w swoim życiu, że coś takiego jak miłość nie miało znaczenia, nie istniało po prostu w jej słowniku. Nie było jej pisane i tyle. I już powoli godziła się z tą myślą, chociaż jej duma bolała jak jasna cholera, bo przecież prawie nikt jej nie odtrącał - aż do dzisiaj, gdy otworzyła drzwi do gabinetu, by stanąć oko w oko z demonami przeszłości.

Postarzała się, chociaż postarzała ładnie. Zrezygnowała z długich włosów na rzecz krótszych blond pukli, teraz związanych w niedbały, acz jednak starannie upięty, kok. Jeden z tych rodzajów, które się robiło godzinami przed lustrem, by inni myśleli, że wystarczyła tylko minuta, by stworzyć fryzurę idealną. Sińce pod oczami były doskonale zamaskowane. Zmarszczki praktycznie niewidoczne. Makijaż stał się tylko odrobinę bardziej wyrazisty. Ubranie jaśniejsze, lecz bardziej stonowane niż te kilka lat temu. Kitel zostawiła w szafie w gabinecie, z którego planowała teraz wyjść. Przez ramię miała przewieszoną niewielką torebkę, w dłoni zaś trzymała teczkę, wypchaną po brzegi. Zabierała pracę do domu? Ona, ta która zawsze dbała o to, by Laurence tego nie robił?
- ... - wyglądała, jakby złapał ją na czymś nieprzyzwoitym. Pobladła okropnie, jakby zobaczyła ducha. Krew odpłynęła jej z twarzy, oczy się zaszkliły, a usta rozchyliły, jakby w poszukiwaniu powietrza. Zaskoczył ją. Nigdy nie przychodził pod jej gabinet, nigdy też nie chodził za nią po Mungu. Unikali siebie, byli dla siebie obcy, wymazując te wspólne kolacje, noce i śniadania. Kasując z pamięci słowa otuchy, przekomarzanie się, śmiech w otoczeniu śnieżnobiałej pościeli, skąpanej w porannych promieniach słońca, gdy wiedzieli, że spóźnią się do pracy, ale jednocześnie nie mogli się zebrać by wstać. Wymazali wszystkie chwile, które spędzali ze sobą. Ale czy na pewno bez zaklęć dało się tak po prostu o tym zapomnieć? Rzucić za siebie tak intensywne wspomnienia?

Chyba nie, bo teczka, którą trzymała, wypadła jej z dłoni. Trzasnęła o ziemię, momentalnie przywracając odpływającą do wspomnień Camille do pionu. Dźwięk ją otrzeźwił, sprawił że odruchowo kucnęła, chcąc podnieść swoją własność. I, na wszystkich bogów, nie patrzeć na jego twarz.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#3
17.03.2024, 14:38  ✶  

Był głupcem, że w tamtym czasie się nie postawił, skoro miał już wybrankę życia. Był młody i o ile miał odwagę zmienić pracę, postawić się pod tym względem ojcu, to jednak nie kwestionował sprawy z wybraniem mu żony. Popełnił największy błąd swojego życia. A zmiana miejsca pracy, tylko pozwoliła żyć im z dala od siebie. Nie widzieć się codziennie. Żałował tego. Żałował całe życie. Choć doczekał się syna, to gdyby się zastanowić, mógłby mieć przecież to dziecko z nią. Z Camille.

Szanował Jessicę. Może i ją także kochał. Ale nigdy nie zapomniał o Camille. Jego serce wciąż pragnęło jej bliskości. Je obecności.

Niestety czasu nie cofnie.

Od śmierci żony, dużo myślał. Dużo rzeczy zwaliło mu się na głowę. Sięgnęło nawet zdrowia. Musiał zwolnić. Być teraz potrzebnym bardziej synowi. Minęło parę miesięcy, a on wciąż o niej rozmyślał. Może i ukradkiem w szpitalu ją obserwował, z końca korytarza, kiedy miał sprawy do załatwienia. Może była na jakimś bankiecie, kowenie a on nie podchodził.

Do dzisiaj.

Wziął się za odwagę, twierdząc, że dłużej tak nie może. Ten jeden choć raz w życiu, móc z nią porozmawiać. Świadomym będąc, że żadne kwiaty tego nie naprawią. Żadne czekoladki zastąpią smaku goryczy. Żadna kolacja przy świecach nie sprawi, że na powrót będą żartować i się uśmiechać, patrząc sobie w oczy.

Musiał zaryzykować.

Dlatego stał w pobliżu jej gabinetu. Również i jemu przybyło nieco lat, doszła także charakterystyczna broda, gdzie boki miał tylko zgolone. Kosmyki siwych włosów były widoczne po obu stronach głowy. Niewielkie. Jak zawsze był zadbany, elegancko ubrany. Milczał, kiedy zobaczył jak wychodziła. Stanęła i zaniemówiła. Także milczał. Lecz wciąż w nią patrzył. Tak samo jak kiedyś. Choć nie wiedział jak się wysłowić. Co powiedzieć. Jak zacząć? Był durniem. Wiedział o tym.

Zauważył, że jej twarz nagle pobladła. Gdyż tym razem nie unikał jej. Nie uniknęli siebie. Nie patrzyli z oddali, ale dość blisko. A kiedy teczki upuściła, podszedł do niej i kucnął, aby pomóc je pozbierać. Niespodziewane, że brała pracę do domu. Ale przez tyle lat, mogło się bardzo wiele zmienić.

W milczeniu, jeżeli pozwoliła, pomógł jej pozbierać teczki i dokumenty.
- Zgodzisz się na krótką rozmowę?
Być może nie miał u niej już żadnych szans naprawienia znajomości, relacji. Być może musieliby zacząć dosłownie od nowa. Od zera. Ale czy by tak umieli? Poprosił o chwilę. Pięć minut. Przepraszał ją już parę lat temu. Mógłby to zrobić i teraz. Czy warto? Czy to, że był wdowcem, wolnym, coś zmieniało?
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#4
17.03.2024, 19:35  ✶  
Bolało jak diabli. Bolało wtedy, bolało teraz. I boleć będzie w przyszłości, bo czegokolwiek by nie zrobili, to ta rana nadal będzie tkwiła w jej sercu. Będzie jątrzyła się i ropiała, powodując ból z każdym kolejnym powrotem do przeszłości. To tak bardzo bolało tym bardziej, że ona wszystkie propozycje małżeńskie odrzucała. Odrzucała i wtedy, odrzucała i teraz. Zbywała rodzinę, przeciwstawiała się jej, chociaż nieoficjalnie, po prostu gnając dalej i dalej przed siebie, mówiąc że ten za młody, ten za stary, a ten by chciał dzieci a ona już tuż-tuż blisko awansu była. Skąd mogli wiedzieć, że to nie była prawda? Nie wiedzieli do końca, czym Delacour się tu zajmowała - nie sprawdzali jej. A może właśnie sprawdzali ale podjęli tę dziwną grę, lubili bawić się z nią w kotka i myszkę? To było najgorsze: to, że tak naprawdę nigdy nie będzie na sto procent wiedzieć, na czym stoi.
- Myślałam, że powiedziałeś mi już wszystko kilka lat temu - powiedziała zimno, zbierając dokumenty z podłogi. Głos jej tylko odrobinę zadrżał. Uważała przy tym, żeby przypadkiem go nie dotknąć, bo mogła grać niedostępną, mogła go odpychać, ale wiedziała że to tylko fasada. Maska i to wyjątkowo krucha, jakby zrobiona została z tak cieniutkiego szkła, które gotowe było się rozpaść w chwili, gdy tylko poczuje ciepło jego dłoni na swojej skórze.

Camille wstała, poprawiając teczki. Odwróciła się i zamknęła drzwi gabinetu. Przekręciła klucz w zamku - nie musiała nakładać zabezpieczeń, Mung był miejscem względnie bezpiecznym. Poza tym obojętnie czy był dzień, czy noc, kręcili się tu ludzie. Pracownicy, ochroniarze, sprzątaczki - nasłuchiwali, sprawdzali czy wszystko w porządku. W jej gabinecie nie było zresztą niczego ważnego, być może poza kartami niektórych pacjentów i niektórymi lekami.

Kusiło dodać, że nie mają o czym rozmawiać. Że nie chce z nim rozmawiać. Kusiło unieść się honorem, wyminąć Laurenca i po prostu wrócić do domu. Tak samo kusiło, żeby unieść dłoń i po prostu mu strzelić za to, że w ogóle pomyślał, że TERAZ jest idealny moment. Bo wstrzelił się koszmarnie, tragicznie wręcz. Była ostatnio rozchwiana, chociaż nie dawała po sobie tego poznać. Nie mógł tego wiedzieć, tak jak nie wiedział nikt inny. Więc być może ten koszmarny, tragiczny moment był jego szczęśliwym trafem? Darem od losu? Bo pewnie Delacour by po prostu poszła w cholerę, zostawiając go bez odpowiedzi. Ale nie - teraz zamknęła drzwi i odwróciła się. Zacisnęła mocniej ramiona na teczkach. Kolory nadal nie wróciły na jej twarz. Nie pasowała jej taka chorobliwa bladość, ale musiał mieć świadomość, że to on był powodem, dla którego w tej chwili tak wyglądała. To on to spowodował - tym, że się pojawił, że nie uciekł. Że się do niej odezwał, że w ogóle się jej o coś pytał. Jak mógł: po tym wszystkim, co się stało?

A jednak nie potrafiła odejść. Nie w chwili, gdy na niego w końcu spojrzała, chociaż tak pilnowała się, żeby tego nie robić. Wszystko wróciło. Biała pościel, promienie wschodzącego słońca. Wspólne przemilczenie planów na przyszłość. Zapach świeżych rogalików na śniadanie, które tak uwielbiała. Koniecznie wytrawne. Woń wina, którego miała pod dostatkiem. Zapach świeżo zaparzonej kawy z samego rana. Woń wstydu i jednoczesnej ekscytacji, gdy przemykali ulicami Londynu, modląc się by nikt ich nie zobaczył. Nie, tego nie dało się tak po prostu wymazać i tak po prostu zapomnieć. Bo przecież mieli więcej dobrych wspomnień niż złych, nawet jeżeli te złe były ogromnego kalibru.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#5
21.03.2024, 23:06  ✶  

Nie ułożyła sobie życia. Nie założyła rodziny. Odmawiając, wyglądało jakby czekała na niego. Może liczyła, że zmieni zdanie. Ale nie mógł. Czego wtedy się obawiał? Reakcji rodziców? Miał odwagę odejść ze szpitala, nie sprzeciwił się zaaranżowanemu mu małżeństwu. On też cierpiał. Nie tylko ona.

Starał się pomóc jej pozbierać dokumenty. Oddać je, kiedy wyprostowali się i ona mu odpowiedziała. Chłodno. Nie dziwił się tego podejścia. Westchnął, spuszczając na moment głowę. Aby zaraz podnieść i spojrzeć jej w oczy. Jej chłód, jego prośba o wybaczenie.

- Wiem, że nawaliłem. Nie powinno to mieć miejsca.
Być może i teraz źle się do tego zabierał. Lecz o nic innego jej nie prosił. Nie o to, aby wrócili do siebie. Nie zapraszał jej nawet na kawę, herbatę, coś słodkiego. Ale mógł. Przeczuwał, że mogłaby mu odmówić. Skrzywdził ją, ale ona czekała. Nie słyszał, aby kogoś miała. Mieli tutaj wspólnych znajomych, od nich dowiadywał się tego, co potrzebował wiedzieć. Co chciał wiedzieć. O kim konkretnie. W tej chwili prosił ją tylko o chwilę rozmowy.

Pozwolił, aby zajęła się zamknięciem gabinetu. Zadecydowała. Jeżeli odejdzie, zrozumie. Jemu samemu teraz nie było łatwo. Dał jej tę chwilę czasu na zebranie myśli. Podjęcie decyzji. Zrozumie, jeżeli odejdzie nawet bez słowa. Po tylu latach, da mu ponownie jasny komunikat, że nie chce go znać.

Momenty, które przeżyli wspólnie nie da się zapomnieć. Nie chciał tego zapominać. Choć podobne chwile miał żoną, nie zastąpią mu one tych, które zapamiętały się mu bardziej z Camille.

Delacour, nie odeszła. Została. Czekała na jego słowa, czyny, gesty. Dała mu szansę na wyrażenie siebie ponownie. Przekonania? Wytłumaczenia się?

- Gdybym mógł. Cofnąłbym czas. Chciałbym żebyś mi po prostu wybaczyła błąd życiowy, jaki popełniłem. Że nie postawiłem się narzuconemu wyborowi przez rodzinę. Byłem młody, głupi. Doświadczyłem pokaźnego bólu w sercu, że to nie Ciebie poślubiłem. Choć chciałbym.
Mówił szczerze. Nawet złożył dłonie ze sobą, jakby do modlitwy, chcąc ją prosić o przebaczenie. Chciał mieć czyste sumienie? Chciał poczuć wewnętrzną ulgę. Mogła zauważyć, że jego obrączka, była na palcu drugiej dłoni, że jest wdowcem.
- Zrozumiem, jeżeli się nie zgodzisz. Jeżeli odmówisz. Więcej nie będę Ci się pokazywać. Zepsułem, chciałbym to naprawić rozpoczęciem znajomości na nowo. Ale tylko jeżeli Ty na to zezwolisz. Wciąż Cię kocham. I nigdy nie przestanę.
Nie prosił wiele. Ale czy może to było zbyt wiele? Był z nią szczery. Niektórzy powiadają, że miłość pokona przeszkody, poczeka cierpliwie latami. Może to ten czas, żeby spróbowali ponownie? Czy one tego chce?
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#6
23.03.2024, 10:03  ✶  
To, czy ułożyła sobie życie czy nie, było kwestią dyskusyjną. Bo miała przecież stabilną pracę, a nawet dwie, miała jako-takie życie prywatne. Po prostu brakowało w tej całej układance partnera i ewentualnie dzieci. I chociaż mogło się wydawać, że kobiety ze szlachetnych rodów powinny determinować swoje jestestwo mężem i dziećmi, to Camille zdawała się mieć inne wartości. Była ambitna, najlepsze lata na ewentualne macierzyństwo poświęciła samorozwojowi - teraz być może po prostu było za późno na to, by zmieniać zdanie. Bo nie mogła pozwolić sobie na przerwę w karierze, zaprzepaściłaby wszystko. Być może chodziło o to. A być może o to, że po prostu nie widziała siebie u boku innego mężczyzny, niż Laurence.
- Dokonałeś swojego wyboru - powiedziała, zaciskając dłonie na teczkach. Tak mocno, że aż skóra na nich zbielała, a kartki i karton wygięły się niebezpiecznie. Wraz z kolejnymi jego słowami, Camille odczuwała... Sama nie wiedziała, co konkretnie. Radość? Przerażenie? Albo obie te emocje. Ale było też coś jeszcze: dyskomfort. Byli przecież w szpitalu, tu wciąż kręcili się ludzie. Nie tylko pacjenci, ale i pracownicy. A tyle lat unikała plotek, że po prostu nie mogła pozwolić sobie na to, żeby teraz wścibska sprzątaczka czy początkujący uzdrowiciel ich podsłuchał. Uniosła więc dłoń. - Nie tutaj.
Syknęła, mrużąc oczy, w których odbiła się irytacja. Co on sobie w ogóle wyobrażał? Że tak po prostu zaskoczy ją w pracy, wyzna miłość i ona wpadnie mu w ramiona, na oczach tych wszystkich ludzi? Bo właśnie zza winkla wychodziła jakaś kobieta, młodziutka, w towarzystwie jednego z uzdrowicieli. Wyglądała, jakby była jeszcze na stażu. Starszy uzdrowiciel skinął im głową, a w jego oczach mignęła ciekawość. Och, cudownie, tylko tego jej brakowało.
- Nie mam zamiaru rozmawiać z tobą na takie tematy w miejscu mojej pracy - powiedziała ostro, prostując się dumnie. To była ta granica, którą wyrysowała na nowo i tym razem nie pozwalała jej przekraczać. - Niech ci będzie. Pięć minut, gdziekolwiek wybierzesz, ale nie tutaj.
Wtedy mu powie, że nie da się przecież zacząć na nowo tej znajomości. Nie z takim bagażem doświadczeń, nie po jego wyznaniu, że wciąż ją kocha. I że popełnił błąd. Jak niby chciałby to zrobić? Jak chciałby wymazać wszystko i sprawić, że zaczną na nowo? Przecież to nie było możliwe - nawet jeśli by mu wybaczyła, to przecież czasu się nie cofnie.

Kiwnęła głową w kierunku korytarza, zaciskając mocno usta w wąską kreskę. Złość do niej nie pasowała, ale nie potrafiła jej ukryć. Laurence nadepnął jej nie na jeden, a co najmniej dwa lub trzy odciski. Mogła nie zamykać gabinetu i zaprosić go do środka, byłoby bezpieczniej, a na pewno bardziej prywatnie. A jednocześnie nie chciała tutaj rozmawiać o takich sprawach. Co poniekąd znaczyło, że na samą rozmowę była otwarta, bo przecież nie pogoniła go w diabły, tylko powiedziała, że dostanie pięć minut jej czasu. Wiedziała, że jest wdowcem - słyszała o śmierci jego żony. Słyszała o dziecku. Słyszała o pracy w Ministerstwie. Być może sama się poniekąd dowiadywała. Ale nigdy nie zdecydowała się wtargnąć do jego życia po tej tragedii. Bo miała swoją dumę, a wpychanie się na siłę w rodzinę, która przeżyła tragedię, było poniżej jej godności i człowieczeństwa.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#7
26.03.2024, 18:04  ✶  

Dokonał wyboru, trudnego. Był wtedy młody, działając pod presją rodzicielską. Ale kiedy się od tego odciął, mogło być za późno. Miał już żonę. Później i dziecko. Zrozumiał jak wielki błąd popełnił, ale żył z tym. Tak samo jak Camille nie musiała na niego czekać. Mogła założyć sobie życie z innym. Nie zrobiła tego. Oddała się pracy. Całkowicie. Czuł, że musi jej na nowo wyjaśnić. Że chce to naprawić na tyle, na ile będzie to możliwe, aby ich znajomość nie pozostawała sobie bierna, ale żeby nadal mogli mieć ze sobą kontakt. Pozytywny. Do niczego nie zamierzał jej przekonywać.

W te zapewne niecałe i niespodziewane pięć minut, wypowiedział od razu. Póki miała jego uwagę, zanim stanowczo mu zaznaczyła, że nie chce prywatnych spraw poruszać tutaj. No tak. Rozejrzał się, bo widocznie w tym momencie przeszła dwójka osób, zwracająca na nich uwagę. Ciekawość. Nie dbał o to. Nie odezwał się, póki Ci nie zeszli im z oczu. Rozumiał jej wybór. Decyzję. Na potwierdzenie, zrozumienie, kiwnął głową, na tak zwane ”tak”.

Skierował się z nią w kierunku korytarza. Dała mu pięć minut, choć w sumie może wykorzystać je na coś jeszcze.
- Skoro nie tutaj. Dasz się zaprosić na kawę? Albo obiad, kolację. Spacer?
Rzucał propozycjami, gdzie mogliby na spokojnie porozmawiać. Nawet mógłby ją odprowadzić pod dom, wychodząc z terenu Kliniki. Mogli nawet obejść spacerkiem jej teren.
- Gdybym wysłał list, a nawet kilka, pewnie byś nie odpisała. Dlatego przyszedłem osobiście.
Wyjaśnił kolejną rzecz. Miał w planie, rozważał to, aby pisać do niej list. Obawiał się jednak odmowy. Może już jedną taką metodę zastosował? Nie odpisała mu? Czy może list nie dotarł? Nie wnikał. Nie był nachalny. Czekał na jej decyzję. Zarejestrował jej wcześniejsze reakcje. On sam by chciał znów z nią być. Naprawić to, co zepsuł. Na tyle, ile było to możliwe.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#8
27.03.2024, 09:50  ✶  
Nie trzęsła się, nie strzelała spojrzeniem byle dalej od niego. Miała wyprostowaną sylwetkę i postawę, która zmieniła się błyskawicznie w chwili, gdy tylko dotarło do niej, że przecież są na terenie szpitala i każdy mógł słyszeć, o czym rozmawiają. Zniknęła niepewność, zniknął też strach, który na początku jej towarzyszył. Zupełnie jakby poruszył strunę, która sprawiła, że nagle coś w jej mózgu zrobiło ciche klik. Nadepnął nie na to miejsce, przychodząc tutaj, ale w zasadzie... Gdyby nie to, to czy w ogóle by mieli okazję porozmawiać? Bo jeżeli słał jakiekolwiek listy, to Camille nawet ich nie otwierała. Wyrzucała je od razu do kosza bez zapoznania się z zawartością. Bo wiedziała, że gdyby pozwoliła sobie na otwarcie chociaż jednego, na jedną małą iskierkę nadziei, to wszystko by się posypało jak domek z kart.
- Możemy iść na kawę - powiedziała w końcu, odrobinę łagodząc ton. Była zła i zraniona, ale to nie znaczyło, że odczuwała przyjemność z faktu, że ktokolwiek miałby się przed nią płaszczyć. Laurence co prawda tego nie robił, ale widziała w jego oczach tyle emocji, że żal był tylko jedną z nich. Dlatego oderwała wzrok od jego twarzy i schowała teczki do torby. Powoli, starannie, dbając o to, by nie pojawiło się przypadkiem żadne zagniecenie na papierze. - Masz rację, nie odpisałabym.
Dodała jeszcze, poprawiając obszerną torebkę na ramieniu, tak różną od tych, które zwykle nosiła na co dzień. Była na tyle duża, że spokojnie pomieściła wszystkie dokumenty. Camille wyprostowała się i zrobiła krok w stronę Laurenca. Zdecydowany, jakby mający go zmusić, żeby się przesunął. Skoro mieli iść, to dobrze by było, gdyby zrobił jej przejście. Nie chciała bawić się w dziecinne wymijanie się bokiem.
- Masz na myśli konkretne miejsce, czy idziemy do pierwszej lepszej kawiarni? - a najlepiej klubokawiarni, chociaż alkohol nie działał na nią tak, jak na innych. Przeklinała czasem ten "dar". Żałowała, że nie może po prostu się upić tak, by na chwilę zapomnieć o przeszłości. I owszem, wiedziała że to żadne rozwiązanie, ale czasem... Czasem dobrze by było móc tak normalnie wprowadzić się w euforyczny stan. Delacour zrobiła jeszcze dwa małe kroki. Lestrange mógł poczuć, że przez te lata zmieniła perfumy. Były cięższe, mniej orzeźwiające, było tam mniej wyczuwalnych, kwiatowych nut. Bardziej do niej pasowały, przynajmniej w takim stanie, który reprezentowała teraz. Dała mu znak ręką, by prowadził. Jeśli nie miał na myśli niczego konkretnego, wejdą po prostu tam, gdzie zobaczą szyld i tyle. Dla niej najważniejsze było to, by opuścić teren Munga.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#9
01.04.2024, 10:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2024, 11:13 przez Laurence Lestrange.)  

Mógł wysyłać jakieś listy, z wyjaśnieniami, prośbami czy nawet i przeprosinami. Lecz także nie musiał tego robić, jeżeli po jednym nie otrzymał odpowiedzi. Zaprzestał. Nie chciał jej nachodzić, być tym irytującym byłym, jak to mawiają inne kobiety. Dał jej spokój. Dał jej żyć po swojemu. Lecz na pewno im obojgu było ciężko.

Zgodziła się iść na kawę. Uszanował to, że nie chciała o sprawach prywatnych rozmawiać w tym miejscu. Już wtedy, kiedy się zeszli, unikali tego. Lepiej zaś byłoby to utrzymywać nadal.

Camille nawet przyznała się do tego, że na ów listy nie odpisywałaby. Może i nawet tego nie robiła, dlatego odpowiedzi nie dostał. Skoro wyjaśnił jej wszystko w cztery oczy. Nie wysłał nawet zaproszenia na ślub, aby nie ranić jej jeszcze bardziej. A także, samego siebie.

Zrobił jej przejście. Aby mogli ruszyć razem w kierunku wyjścia z budynku.
- Wystarczy, że przejdziemy do pobliskiej. Nie będę zabierał Ci za dużo czasu. Dostosuję się do Ciebie.
Zgodzi się na jakiekolwiek miejsce, jakie wybierze Camille, aby tylko zechciała z nim porozmawiać. Spędzić te kilka dodatkowych minut, po których jasno może wyjaśniliby sobie przyszłość między sobą. Czy mu wybaczy i zechce utrzymywać kontakt. Czy może nie chce go widzieć do końca życia i mieć jakiekolwiek relacje. Jemu zależało na odbudowaniu tego, co sam zniszczył.

Kiedy zeszli już na dół, na parter. Pamiętał, że nie lubiła za bardzo tego dżentelmeńskiego zachowania, aby otwierano jej drzwi. Uczyniłby to, ale powstrzymał się, pozwalając jej jako pierwszej wyjść z budynku. Pogoda dopisywała. Pozostało tylko wybrać kierunek, do jakiego lokalu się udadzą. Zostawił jej tę decyzję.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (2406), Laurence Lestrange (1705)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa