• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence

[07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
14.10.2026, 15:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2026, 15:13 przez Benjy Fenwick.)  
Wesele przeciągnęło się znacznie dłużej, niż początkowo zakładałem, chociaż trudno było mi uznać to za szczególnie niefortunny ogród spraw czy też za powód do narzekań, skoro nie miałem najmniejszej ochoty wracać do domu zbyt wcześnie i przez większą część wieczoru bawiłem się całkiem nieźle - jedzenie było przyzwoite, nawet jeśli tort okazał się śmietankowo-truskawkowym gównem, głośna muzyka nie dawała zasnąć nawet najbardziej opornym gościom, zaś alkohol skutecznie przekonywał mnie, że niemal każda kolejna decyzja była równie dobra, co poprzednia - nie uważałem się za eksperta w dziedzinie libacji, ale liznąłem tematu wystarczająco, by wiedzieć, że następnego ranka będę prawdopodobnie żałował przynajmniej kilku kieliszków, których przecież nikt nie kazał mi wypijać, jednak w tym momencie czułem się naprawdę świetnie. Miałem naprawdę dobry humor, zmęczone nogi niosły mnie bez większych protestów, chociaż stroma, polna droga prowadząca w dół wzgórza wymagała ode mnie zachowania względnie prostej linii marszu, by nie zjechać na dupie po kamieniach, co przy obecnym stanie upojenia należało uznać za wyzwanie. Podjąłem je, rzecz jasna, bo ciemna, księżycowa noc zdążyła już na dobre rozgościć się nad okolicą, przykrywając dachy domostw ciemnością i pozostawiając na drodze jedynie mdłe plamy światła z rzadka rozmieszczonych latarni gazowych. Goście powoli się rozchodzili, zaś Prue musiała dostać się do Londynu, co oznaczało konieczność dotarcia do Little Hangleton i dalszego transferu. Oczywiście nie zamierzałem pozwolić jej wracać samej o tak późnej porze, chociaż gdybym powiedział to na głos, zapewne natychmiast usłyszałbym, że nie potrzebowała niańki, więc zachowywałem tę myśl dla siebie, zadowalając się własnym towarzystwem i perspektywą wezwania Błędnego Rycerza, kiedy już dotrzemy do miasteczka. Uznałem za całkowicie logiczne, że odprowadzę ją osobiście pod drzwi Bletchleyów i dopiero wtedy udam się do własnego domu, szczególnie że udawało nam się utrzymywać całkiem przyjemnie przebiegający rozejm, którego nie zamierzałem pochopnie wystawiać na próbę, choć oczywiście nie mogłem wykluczyć, że prędzej czy później powiem coś wyjątkowo głupiego i wszystko szlag trafi. Chwilowo odnosiłem wrażenie, że należało mi się co najmniej kilka punktów za okazaną rycerskość, które całkiem zgrabnie rekompensowały mi część przewinień, nawet jeśli moja aktualna forma nie pozwalała na szczególnie imponujące demonstracje tej nagle odkrytej cechy charakteru.
Na razie w miarę prostym krokiem szedłem przed siebie z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni, pogwizdując pod nosem melodię, którą zapamiętałem z parkietu, czując się całkiem dobrze z większością wyborów podjętych tego wieczoru.
- Wiesz, że podobno nie powinno się tutaj chodzić po zmroku? - Uśmiechnąłem się pod nosem, poprawiając kołnierz, po czym zerknąłem na żelazną bramę i dalszą trasę prowadzącą przez stary cmentarz - w gruncie rzeczy byłem nawet zadowolony, bo taki skrót wydawał mi się znacznie ciekawszy niż dreptanie wzdłuż pustej drogi, poza tym miałem w zanadrzu historię, którą od dawna powtarzano w okolicy - ruszyłem wzdłuż kamiennego ogrodzenia, za którym majaczyły krzywe nagrobki oraz stare drzewa o gałęziach poskręcanych przez wiatr, aby dostać się do wejścia. Ten sposób dojścia do miasteczka wydawał się całkiem logiczny i wygodny, bo znacząco skracał mile przemarszu, przynajmniej, dopóki nie uwzględniło się pomników rzucających długie cienie, księżyca w pełni, mgły oraz samej pory, w której nawet najbardziej zwyczajny krzak mógł wzbudzić dreszcze - mnie jednak perspektywa kluczenia między grobami raczej bawiła, niż niepokoiła, więc ruszyłem naprzód, wysuwając brodę i przyglądając się kamiennym płytom w odległej części nekropolii. Podobno pewnej listopadowej nocy przepadł tam bez śladu grabarz, który dorabiał sobie jako nocny stróż, pozostawiając po sobie jedynie płonącą latarnię oraz grób rozkopany do połowy, jak gdyby przerwał pracę w samym środku czegoś, czego nie powinien był nigdy zaczynać - jedni twierdzili, że uciekł z kochanką, korzystając z ciemności, by raz na zawsze porzucić dotychczasowe życie, inni zarzekali się, że widzieli tej nocy blade sylwetki przesuwające się między nagrobkami, które zabrały go ze sobą, nim zdążył podnieść alarm - z czasem historia obrosła w kolejne szczegóły, przekazywana przez starszych młodszym przy ogniskach oraz weryfikowana podczas nocnych wypraw podjętych w ramach wyzwań rzucanych krnąbrnym nastolatkom. Miejscowi wiekowi czarodzieje nie potrzebowali jednak zresztą podobnych doświadczeń, by trzymać się z dala od północnej części cmentarza, gdzie pośród omszałych płyt stał przekrzywiony nagrobek pozbawiony nazwiska, dat oraz jakiegokolwiek znaku pozwalającego ustalić, kto spoczywał pod ziemią - podobno próbowano go niegdyś wyprostować, lecz kamień za każdym razem wracał do poprzedniego położenia, zaś wszelkie próby naznaczenia go zaklęciem kończyły się fiaskiem, jak gdyby sama esencja magii odmawiała pozostawienia na nim choćby najdrobniejszego śladu. Wystarczyło wspomnieć o zaginionym stróżu, by nawet najodważniejsi zaczynali oglądać się przez ramię, mnie również akurat ta opowieść napełniała niepokojem, lecz nie trzymała z daleka od cmentarza - tym bardziej, że nie zamierzaliśmy zapuszczać się w tamte rejony - w końcu obiecałem odprowadzić moją narzeczoną praktycznie pod same drzwi rodzinnego szeregowca, więc zamierzałem doprowadzić sprawę do końca, nawet jeśli po drodze mielibyśmy spotkać całe zastępy nieboszczyków.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
14.10.2026, 19:20  ✶  

Rozejm trwał dłużej niż mogłaby się spodziewać, jednak aktualnie o tym nie myślała. Była zbyt zmęczona, aby się tym przejmować, nie zastanawiała się też nad tym, kiedy to chwilowe porozumienie się rozsypie, póki co było całkiem fajnie, więc po co było to psuć? To jeden wieczór, jedna noc - nie wątpiła, że wszystko wróci do normy całkiem szybko. Zmęczenie, które towarzyszyło jej w momencie w którym opuścili przyjęcie było tym przyjemnym, tak właściwie to nie pamiętała kiedy ostatnio, aż tyle się ruszała, nogi bolały ją od tańca, ale szło jej się całkiem dobrze, pomimo tego, że na stopach miała swoje pantofelki, które raczej nie były przystosowywane do pokonywania takich nawierzchni.

Nie pytała dlaczego idzie z nią, miała świadomość tego, że mieszkał w okolicy, raczej zakładała, że w miasteczku każde z nich ruszy w swoją stronę i to będzie na tyle, zapewne potraktują ten dzień jakby wcale nie istniał. Dobrze jednak było zobaczyć, że nadal potrafią zachowywać się przy sobie w ten sposób. Nie miała pojęcia dlaczego tak łatwo przyszła im ta zmiana nastawienie, jakby ktoś po prostu przełączył jakiś tryb i znaleźli się w innej rzeczywistości, w której potrafili znieść swoje towarzystwo, ale nie tylko, bo też dobrze się ze sobą bawić. Odnaleźli się w tym wyjątkowo.

Znaleźli się przed żelazną bramą, w którą Prue wpatrywała się dłuższą chwilę. - Jak rozumiem, skoro mówi się, że nie powinno się tędy chodzić po zmroku, to będzie właśnie nasza droga? - Nie znała okolicy jakoś szczególnie. Czasem bywała w miasteczku z babcią, to by było na tyle, nawet nie w miasteczku, a w okolicznych lasach, gdzie Ellie uczyła ją nieco na temat ich umiejętności.

Za bramą znajdował się cmentarz, uśmiechnęła się do siebie kiedy go zobaczyła. Być może nawet tego nie wiedział, ale Prudence uwielbiała takie miejsca, o tej porze były najpiękniejsze. Panowała w nich grobowa cisza, wokół nie kręcili się ludzie, czy mogłoby być coś lepszego? Jej zdaniem nie. Rookwood nie miał świadomości jaką przyjemność jej sprawił tym, że wybrał właśnie tę drogę, zresztą spodziewała się, że podjął taką, a nie inną decyzję z jakiegoś konkretnego powodu. Być może był to skrót, może chciał ją wystraszyć? Tego nie potrafiła jeszcze stwierdzić. Uniosła jeszcze głowę nad siebie, aby spojrzeć na księżyc, to jego światło miało ich prowadzić, nie martwiło jej to jakoś specjalnie.

Jej tymczasowy narzeczony ruszył pierwszy, a więc szła za nim. Uważała na to, gdzie stawiała kroki, głupio by było, gdyby wdepnęła w czyjś grób. Ciemność nie ułatwiała poruszania się, ale i tak szło jej to całkiem nieźle. Liście drzew szeleściły na wietrze, co jakiś czas było słychać ptaki które latały gdzieś nad nimi, a może były to nietoperze, trudno jej było stwierdzić. Atmosfera była iście grobowa, ale przecież byli na cmentarzu, nie mogło być inaczej. Nie wydawała się być jednak póki co jakoś zmartwiona tym, którędy mieli iść, wręcz przeciwnie - humor nadal jej dopisywał.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
14.10.2026, 21:39  ✶  
Nie musiałem szczególnie długo czekać na potwierdzenie, że Prudence nie zamierzała protestować przeciwko obranej przeze mnie trasie, co przyjąłem z zadowoleniem, chociaż nie mogłem jeszcze stwierdzić, czy wynikało to z jej dobrego humoru, zmęczenia, czy też ze zwyczajnej nieświadomości, że właśnie prowadziłem ją w miejsce, o którym niektórzy mieszkańcy Little Hangleton woleli nie rozmawiać po zapadnięciu zmroku. Właściwie, gdybym miał być zupełnie uczciwy, sam nie wiedziałem, na co liczyłem, wspominając o zakazie nocnych spacerów po cmentarzu, ponieważ gdzieś na dnie mojego umysłu, pomiędzy resztkami przyzwoitości a efektami bliższych spotkań pierwszego stopnia z kieliszkami alkoholu, tkwiło przekonanie, że powinienem był zachować się jak należy i wybrać zwyczajną drogę, pozbawioną starych nagrobków, lokalnych legend oraz potencjalnych okazji do przekonania się, czy opowieści powtarzane przez okolicznych czarodziejów miały w sobie choćby ziarnko prawdy. Z drugiej strony, skoro już znaleźliśmy się przy żelaznej bramie, a Prue nie wykazywała najmniejszej ochoty, by zawrócić i poszukać „bezpieczniejszego przejścia”, trudno było oczekiwać, że nagle porzucę pomysł, który wydawał mi się coraz ciekawszy, szczególnie że słodka wódeczka wypita tuż przed opuszczeniem sali weselnej wciąż trzymała mnie w swoich objęciach, nogi niosły mnie całkiem sprawnie, toteż świat, mimo pewnych trudności z zachowaniem idealnie prostej perspektywy, wyglądał na tyle przyjaźnie, że nawet wizja spotkania z nieboszczykiem nie wydawała mi się dostatecznie przekonującym powodem do zmiany planów. Oczywiście, gdyby wspomniany truposz postanowił przywitać się ze mną osobiście, prawdopodobnie miałbym na ten temat nieco odmienne zdanie, ale podobne zastrzeżenia mogłem rozważyć w chwili, kiedy rzeczywiście pojawiłby się ktoś zainteresowany zakłóceniem nam drogi, zamiast zawczasu psuć sobie nastrój problemami, które mogły nigdy nie nastąpić.
- Właśnie tak, panno Bletchley. - Odpowiedziałem, tym razem bez ironicznej nuty przy wypowiadaniu nazwiska, odwracając głowę w stronę Prue i posyłając jej uśmiech, który w moim własnym przekonaniu prezentował się całkiem niewinnie, chociaż miałem niejasne podejrzenie, że w obecnych okolicznościach niewinność była jedną z tych cech, których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien mi przypisywać bez uprzedniego sprawdzenia stanu zawartości butelek na weselnym stole. Nie zamierzałem zresztą wyprowadzać jej z błędu, jeśli w ogóle jakikolwiek błąd popełniła, zakładając, że miałem ku temu konkretny powód, ponieważ w mojej opinii skrót stanowił wystarczająco praktyczny argument, zaś możliwość doznania odrobiny rozrywki była jedynie przyjemnym dodatkiem, którego nie należało lekceważyć. Nie byłem pewien, czy w moim głosie zabrzmiał dostatecznie wyraźny brak złych intencji, ale uznałem, że moja towarzyszka potrafiła rozpoznać je bez większego wysiłku, zwłaszcza po tylu latach znajomości, podczas których zdążyła się przekonać, że kiedy przychodziło do podejmowania decyzji, moje rozumowanie nierzadko opierało się na przesłankach, które dla postronnego obserwatora mogły wydawać się co najmniej wątpliwe.
Nie zmieniało to jednak faktu, że w tej chwili czułem się w jej towarzystwie wyjątkowo swobodnie, nawet jeśli ta swoboda była czymś, czego nie zamierzałem analizować nazbyt dokładnie, dopóki nie pojawił się ku temu wyraźny powód. Przez większą część ostatnich lat każde nasze spotkanie przypominało stąpanie po podłodze, pod którą ktoś rozmieścił wystarczająco dużo pułapek, aby nawet najprostsza przeprawa mogła zakończyć się katastrofą, dlatego możliwość przejścia kilku mil bez konieczności odpierania słownych ataków albo zastanawiania się, czy przypadkiem nie powiedziałem czegoś, co za godzinę wróci do mnie w postaci wyjątkowo celnej riposty, wydawała mi się luksusem, do którego nie zamierzałem przyzwyczajać się zbyt szybko. Być może właśnie dlatego nie przyszło mi do głowy, że Prudence mogła mieć własne powody, by z przyjemnością przyjąć tę trasę, ponieważ całą uwagę skupiłem na braku protestu z jej strony, traktując go jako jeszcze jeden drobny sukces wieczoru, który zamierzałem zapamiętać z większą sympatią, niż pierwotnie zakładałem.
- Gotowa? - Uniosłem lekko brwi, zerkając na nią z nieznacznym uśmieszkiem, po czym oparłem dłoń na chłodnym pręcie bramy i pchnąłem zawiasy ostrożnie, czekając, aż ustąpią z przeciągłym jękiem metalu, który w ciszy nocnej zabrzmiał dostatecznie donośnie, bym mimowolnie spojrzał w głąb cmentarza, jak gdyby ktoś miał nam natychmiast odpowiedzieć. Wszedłem pierwszy, stawiając ciężki but na nierównej ziemi, po czym obejrzałem się przez ramię, upewniając się, że podążała za mną, ponieważ nawet w stanie lekkiego upojenia alkoholowego zachowałem wystarczająco dużo szeroko pojętej odpowiedzialności, by nie zostawiać jej samej przy bramie tylko dlatego, że postanowiłem odegrać rolę przewodnika po okolicznych osobliwościach.
Cmentarz okazał się jeszcze bardziej rozległy, niż pamiętałem z poprzednich wizyt, chociaż nie potrafiłem tak naprawdę powiedzieć, kiedy ostatnio rzeczywiście tędy przechodziłem, ani nawet czy kiedykolwiek zapuszczałem się w jego głąb dalej niż wymagała tego zwyczajna ciekawość. Za dnia miejsce to musiało wyglądać zupełnie inaczej, zapewne znacznie mniej złowieszczo, z wyraźnymi ścieżkami, widocznymi inskrypcjami, przetartymi ławeczkami oraz nagrobkami, które nie przypominały - tak jak teraz - pochylonych sylwetek obserwujących każdy nasz krok, jednak noc skutecznie odbierała im wszystkie cechy pozwalające uznać je za zwyczajne elementy krajobrazu. Księżyc oświetlał jedynie górne krawędzie kamieni, pozostawiając ich podstawy w ciemności, tylko gdzieniegdzie paliły się znicze, zaś stare drzewa rzucały na ziemię długie, poszarpane cienie, które zmieniały kształt przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru.
- Powinienem chyba uprzedzić cię o jednej rzeczy. - Odezwałem się po chwili, zwalniając kroku, gdy ścieżka zaczęła skręcać między rzędami starych grobów, a trawa porastająca jej brzegi sięgnęła mi niemal do kostek.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
14.10.2026, 22:10  ✶  

Prudence nie wiedziała jaką reputacją cieszyło się miejsce przez które mieli iść. Czy gdyby zdawała sobie sprawę z tego, czego nie wiedziała to wyraziłaby dezaprobatę wobec tego pomysłu? Kto wie. Była nieco podchmielona, miała dobry humor, a wtedy wcale nie była tą dziewczyną znaną ze szkolnych korytarzy. Bletchley lubiła dziwne miejsca, straszne historie, być może więc wręcz przeciwnie, nadal chciałaby tu wejść po to, żeby sprawdzić, czy w ogóle było o czym mówić. W końcu prawdziwa z niej naukowczyni, a jak wiadomo nie ma lepszego sposobu na dociekanie prawdy niż poprzez własne doświadczenia.

Tak się składało jednak, że nikt wcześniej nie opowiadał jej nic o lokalnym cmentarzu, nie wiedziała, że tu podobno straszy, że miejsce ma swoją wyjątkową historię, a że naprawdę lubiła przechadzać się między grobami to uznała pomysł Rookwooda za doskonały. Nawet nie wiedział, że uczyni tę noc jeszcze fajniejszą, może to i dobrze - na pewno nie chciałaby, aby się dowiedział jak wiele frajdy jej to wszystko sprawiło. Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy to sobie uświadomiła.

Nie doszukiwała się ironii w tym, jak się do niej odezwał. W jego przypadku dało się wyczuć różnicę, kiedy mówił o kimś lekceważąco i to nie był ten ton. Zabrzmiał zupełnie normalnie. W sumie dużo o nim wiedziała, potrafiła dostrzec drobne różnice w jego zachowaniu, których pewnie niewielu zauważało. Spędzali przecież ze sobą dużo czasu, nie powinno jej to wcale dziwić, czyż nie?

- Zero zaskoczenia. - Odpowiedziała jeszcze, bo przecież to była chyba najbardziej oczywista rzecz na świecie. Ktoś mówił, że nie powinno się gdzieś wchodzić, a Aloysius tylko czekał, aż się odwróci, aby postawić tam swoją stopę. W tym przypadku miała zostać jego partnerką w zbrodni, w sumie to była nią już od kilku godzin i nie czuła się wcale najgorzej w tej roli. Tak właściwie to dostrzegła, że nadal potrafią ze sobą współpracować kiedy wymagała od nich tego sytuacja, być może wręcz tak dobrze się ze sobą bawili, że zapomnieli o tym, że powinni się nie lubić. Czekać na swoje potknięcia, ostrzyć noże, wbijać szpile… to nie był ten dzień.

Odwzajemniła jego uśmiech, naprawdę była zadowolona z tego, że mieli złamać jakieś zasady. Oby jej tego później nie wypominał… ale znajdowali się przecież poza murami szkoły, to było codzienne życie, a też nie sądziła, aby istniał jakiś oficjalny regulamin, raczej było to coś na zasadzie gadania ludzi.

- Zawsze. - Odpowiedziała na jego pytanie. Tak naprawdę to nie mogła się doczekać, aż wejdą na teren cmentarza. Takie miejsca miały swój wyjątkowy klimat, swoją energię, którą bardzo lubiła się otaczać. Musiała tylko pilnować się, aby niczego nie dotknąć. Nie mogła sobie teraz pozwolić na to, aby zatracać się w czyichś wspomnieniach. Jeszcze nie do końca panowała nad swoim darem, Ellie poświęciła jej ostatnio naprawdę dużo czasu, ale jeszcze nie czuła się do końca pewnie. Miała świadomość, że mogłaby tu trafić na interesujące przedmioty, ale niekoniecznie chciała zagłębiać się w ich historie w towarzystwie Rookwooda, wolała, aby nie wiedział o jej umiejętności, tak właściwie to było raczej trzymane w tajemnicy, bo i bez tego Prue była uznawana za nieco nietypową, no, żeby nie mówić dziwną.

Ostrożnie podążała za Aloysiusem, starała się niczego nie dotykać, żałowała, że nie miała kieszeni w które mogłaby schować swoje dłonie. Nie mogła jednak odpuścić sobie chociaż krótkiego rozejrzenia się po okolicy - cmentarz był wielki, nocą w tym księżycowym świetle zrobił na niej naprawdę ogromne wrażenie.

Przystanęła na krótką chwilę, gdy wspomniał o tym, że powinien ją o czymś uprzedzić, trwało to moment, potem znowu ruszyła za nim. Czyli jednak był jakiś haczyk? Coś przegapiła? O czymś nie wiedziała? Mogła się tego spodziewać, po nim mogła spodziewać się przecież wszystkiego. - O czym powinieneś mnie uprzedzić? - Zapytała wprost, bo skoro już zaczął temat, to wypadało, aby go zakończył.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
14.10.2026, 22:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2026, 22:37 przez Benjy Fenwick.)  
Przez chwilę rozważałem, czy nie powinienem był pozostawić jej w niepewności nieco dłużej, ponieważ perspektywa obserwowania Prudence próbującej odgadnąć, co też mogłem mieć na myśli, wydawała mi się całkiem przyjemnym sposobem na urozmaicenie spaceru, szczególnie że przez ostatnie kilka godzin wyjątkowo dobrze wychodziło nam wspólne podejmowanie decyzji, których żadne z nas nie uznałoby w żadnych innych okolicznościach, nie zamierzałem jednak przesadzać, bo chociaż alkohol skutecznie rozluźnił mi język i przekonał mnie, że niemal każda myśl zasługiwała na wypowiedzenie na głos, wciąż zachowywałem wystarczająco dużo przytomności, by pamiętać, że Prue nie należała do osób, które cierpliwie znosiły cudze gierki, jeśli nie widziały w nich żadnego sensownego celu. Poza tym sam zacząłem temat, więc wypadało doprowadzić go do końca, zamiast zachowywać się jak jeden z tych kretynów, którzy rzucali tajemniczą uwagę, po czym odmawiali wyjaśnień, oczekując, że reszta towarzystwa będzie przez następne pół godziny zastanawiać się nad ich głęboko przemyślanymi słowami - nie miałem aż tak wygórowanego mniemania o własnej błyskotliwości, zresztą, nawet gdybym je miał, ciemny i pusty cmentarz nie wydawał się odpowiednim miejscem do wygłaszania skomplikowanych zagadek, szczególnie że wciąż musiałem pilnować drogi oraz tego, by nie potknąć się o wystający korzeń lub o własne nogi i nie zakończyć wieczoru w pozycji, która z pewnością dostarczyłaby Prudence materiału na najbliższe kilka miesięcy.
- O tym, że mieszkańcy mają dość osobliwe podejście do nocnych spacerów po tym konkretnym kawałku ziemi. - Wyjaśniłem, odwracając się w jej stronę, po czym zwolniłem kroku, żeby nie musiała nadmiernie się spieszyć. - Nie chodzi o żaden oficjalny zakaz, spokojnie, nie będziemy musieli składać zeznań przed radą miejską ani tłumaczyć się przed strażnikiem, dlaczego o tej porze uznaliśmy cmentarz za doskonałe miejsce na przechadzkę. Po prostu krążą tu różne historie. - Wskazałem ręką na odległe rzędy najstarszych nagrobków majaczące w oddali, które ciągnęły się po obu stronach wąskiej ścieżki, pozwoliwszy sobie na krótki uśmiech, ponieważ w świetle księżyca nawet najbardziej zwyczajny pomnik nabierał wyglądu czegoś, co mogło skrywać wyjątkowo nieprzyjemną tajemnicę, natomiast tamta część cmentarza mogła sprawiać upiorne wrażenie nawet w jasnym świetle słońca. - Jest pewna opowieść o grabarzu, który zniknął podczas nocnej zmiany, pozostawiając po sobie płonącą latarnię i rozkopany grób. Jedni twierdzą, że uciekł z kochanką, inni, że zabrało go coś, co przyczaiło się między mauzoleami, nim zdążył się zorientować, że powinien był zostać w domu. Podobno od tamtej pory zdarzało się, że ludzie widywali w tej części cmentarza blade sylwetki, chociaż, jeśli mnie spytasz, nie spotkałem dotąd nikogo, kto potrafiłby opowiedzieć o tym bez dodawania przynajmniej trzech szczegółów, które wykluczały się wzajemnie. - Mówiłem lekko, swobodnie, niemal zdawkowo, z rozbawieniem właściwym komuś, kto opowiadał ciekawą historię podczas spaceru, nie zaś właśnie wprowadzał towarzyszkę w miejsce obdarzone reputacją wystarczająco ponurą, by lokalsi woleli wybierać dłuższą drogę. Nie zamierzałem zresztą udawać, że sam wierzyłem w każdą wersję legendy, ponieważ przez lata nauczyłem się, że opowieści przekazywane z ust do ust potrafiły obrastać w tyle dodatkowych warstw, iż w końcu trudno było odróżnić pierwotne wydarzenie od wyobraźni osoby, która postanowiła ubarwić je dla własnej przyjemności. Mimo to istniały miejsca, w których podobne historie nie dawały się tak łatwo zignorować, może chodziło o sam układ terenu, o stare drzewa, które rosły tu na długo przed narodzinami większości mieszkańców Little Hangleton, albo o fakt, że w północnej części nekropolii rzeczywiście znajdował się nagrobek, którego nikt nie potrafił doprowadzić do porządku, choć próbowano tego na różne sposoby.
Zerknąłem na nią kątem oka, próbując ocenić, czy moja opowieść zrobiła na niej jakiekolwiek wrażenie, ale światło księżyca nie ułatwiało odczytywania szczegółów, a nie zamierzałem zatrzymywać się tylko po to, by się o tym upewnić - wystarczało mi, że nasza rozmowa nadal toczyła się bez charakterystycznego napięcia, które w innych okolicznościach pojawiało się między nami przy każdej bardziej osobistej uwadze, zamiast więc drążyć temat, pozwoliłem sobie na jeszcze jeden uśmiech i skierowałem wzrok ku ścieżce, gdzie pomiędzy nagrobkami prześwitywał wąski pas jaśniejszej ziemi, zupełnie nie spodziewawszy się nagłego gwałtownego podmuchu wiatru, który…

Zabiera coś Prue i wywiewa z tym w długą?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak

Rzut Strony 1d4 - 4
Zachód


Jak nie jej, to mi?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak

Rzut Strony 1d4 - 2
Południe


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
15.10.2026, 21:24  ✶  

Zapewne mogła się spodziewać tego, że trasa, którą wybrał nie była przypadkowa. Już wcześniej o tym przecież myślała, kiedy jednak wspomniał jej o tym, że o czymś powinien ją uprzedzić, cóż - zabrzmiało to jeszcze bardziej jakby miał plan. Wychowywał się tutaj, znał okolicę na pewno też wiedział coś interesującego o tym miejscu. Cmentarze często miały do opowiedzenia swoje historie, właśnie, jeśli chodzi o historie… spojrzała odruchowo na swoje dłonie, musiała pilnować, żeby niczego nie dotknęły.

- Ludzie zazwyczaj mają osobliwe podejście do nocnych spacerów po cmentarzach. - Nieszczególnie ją zaskoczyło to, co powiedział. Miała świadomość, że miejsca jak to wzbudzały w innych strach, raczej woleli je omijać szerokim łukiem kiedy słońce chowało się za horyzontem. Potrzebowała czegoś więcej, aby ją zaskoczył.

- Myślę, że nie jest to jedyne tego typu miejsce, o którym krążą różne historie. - Martwi ludzie wzbudzali niepokój, a przecież w sumie nie byli żadnym zagrożeniem. Z grobu nie wstaną, nie mogli skrzywdzić żywych. Zdaniem Prudence ten lęk przez cmentarzami był zupełnie zbędny. Bo czego właściwie się tu bać?

Nie wydawała się być szczególnie poruszona tym, co do tej pory powiedział Rookwood. Prue miała do tego nieco inne podejście niż większość, normalnych ludzi, którzy raczej woleli unikać cmentarzy, ona sama chętnie się w nich zapuszczała. Każdy wydawał się jej być na swój sposób wyjątkowy.

- Jest to opowieść… rozumiem. Czy spróbowałeś w tym nieco głębiej pogrzebać, znalazłeś jakieś dowody, jakieś artykuły, cokolwiek? Czy ktokolwiek to zrobił, czy raczej jest to słowo przekazywane kolejnym osobom? - Fakty, dla Bletchley fakty były najważniejsze. Ludzie lubili gadać, plotkować, dopisywać sobie różne historie, robić z igły widły. Zdecydowanie ktoś powinien to zweryfikować. - Bo z tego co mówisz, brzmi to raczej jak coś wyssane z palca, każdy mógł wymyślić sobie historię, tym razem padło na zagubionego grabarza. - Nie dziwiło jej to nawet jakoś specjalnie. Cmentarze miały taką aurę, że ludzie doszukiwali się w nich czegoś, co miało wzbudzać strach.

- Czy byłeś świadkiem czegoś dziwnego, co się tutaj działo, czy tylko o tym słyszałeś? - W końcu mieszkał w okolicy, mówił o tym tak, jakby chciał ją zaciekawić, ale sam nie do końca w to wierzył. Prue nie bała się legend, uważała, że warto jest je weryfikować, być może dzisiaj będą mieli ku temu okazję? Nie oceniała racjonalnie ewentualnego zagrożenia, bo przecież była lekko zawiana, a jak widać alkohol dodawał jej nieco odwagi. Zresztą podchodziła do tego, co mówił racjonalnie, próbowała wyciągnąć odpowiednie wnioski.

Niespodziewanie uderzył w nią podmuch wiatru, który zabrał ze sobą chustę, którą miała narzuconą na ramiona - prezent od Ellie, którego wolałaby nie stracić. Odruchowo od razu ruszyła za unoszącym się na wietrze przedmiotem, nie odwracała się za siebie, bo nie chciała stracić go z oczu. Nie chciała zgubić swojego prezentu, lawirowała między grobami, starając się niczego nie dotknąć, bo bała się, że wtedy byłaby już na straconej pozycji.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
16.10.2026, 17:52  ✶  
Ruszyłem dalej, wybierając ścieżkę prowadzącą pomiędzy starszymi nagrobkami, tym razem rzeczywiście skupiłem się na drodze, ponieważ nie miałem ochoty sprawdzać, czy moje nogi nadal potrafiły utrzymać mnie w pionie, kiedy przestanę zwracać uwagę na to, gdzie stawiam kroki. Wokół nas rozpościerała się milcząca nekropolia, wiatr poruszał gałęziami, gdzieś w oddali odezwał się puszczyk, którego głos zabrzmiał na tyle niepokojąco, że nawet ja, nie uważający się za łatwego do wystraszenia, przez moment miałem ochotę uznać go za dowód na prawdziwość wszystkich miejscowych opowieści - ostatecznie jednak doszedłem do wniosku, że jeśli zacznę przypisywać nadprzyrodzone znaczenie każdemu odgłosowi, jaki usłyszymy tej nocy, Prudence będzie miała z czego się śmiać przez następne kilka tygodni, a nie zamierzałem dostarczać jej aż tak wielu argumentów. Wystarczyło, że szedłem przodem, bo doskonale wiedziałem, dokąd zmierzaliśmy i tylko od czasu do czasu oglądałem się, by upewnić się, że nadal podążała za mną.
- Wiesz, Bletchley, gdybyś kiedyś postanowiła zająć się przesłuchiwaniem podejrzanych, mogłabyś okazać się całkiem skuteczna. - Stwierdziłem, obracając głowę w jej stronę, sam nie mogłem powiedzieć, żebym kiedykolwiek przeprowadził szczegółowe śledztwo w sprawie zaginionego grabarza, chociaż w szkole zdarzało mi się poświęcać czas na znacznie głupsze przedsięwzięcia, ale one przynajmniej w teorii miały przynieść mi jakąś korzyść, chociaż… Czy ten spacer był ich pozbawiony?
Nasza luźna interakcja sama w sobie stanowiła wydarzenie na tyle rzadkie, że powinienem był chyba zapamiętać tę datę i wpisać ją do kalendarza, szczególnie że jeszcze kilka tygodni wcześniej podobna sytuacja skończyłaby się zapewne wzajemnym wytykaniem sobie głupoty, po którym każde z nas poszłoby w swoją stronę, zadowolone przynajmniej z tego, że ostatnie słowo należało do niego. Tymczasem szliśmy sobie przez cmentarz, rozmawiając o lokalnych legendach, jak gdyby była to najzwyklejsza rzecz na świecie, wprawdzie perspektywa odprowadzenia jej bezpiecznie do domu wciąż pozostawała moim głównym zamiarem, ale nie oznaczało to, że musiałem dobrowolnie rezygnować ze wszystkich atrakcji, jakie oferował nam wieczór, szczególnie jeśli większość z nich ograniczała się do spaceru po nawiedzonym miejscu i odrobiny niepotrzebnego dreszczu emocji.
Nie mogłem powiedzieć, żebym jakoś wcześniej spodziewał się po Prudence szczególnego entuzjazmu na wieść o lokalnych opowieściach, choć z drugiej strony, gdyby ktoś zapytał mnie, czego właściwie należało się po niej spodziewać, musiałbym przyznać, że odpowiedź zależała przede wszystkim od tego, jak bardzo zamierzała uprzykrzyć mi życie danego dnia - znałem ją wystarczająco długo, by nie ufać pozorom, nawet tym całkiem przyjemnym, jednak tej nocy wyjątkowo dobrze wychodziło nam udawanie, że przynajmniej przez kilka godzin potrafiliśmy przebywać we własnym towarzystwie bez konieczności przypominania sobie wszystkich powodów, dla których w innych okolicznościach najchętniej posłalibyśmy się nawzajem do diabła. Nie zamierzałem psuć tego układu, szczególnie że Prue zdawała się przyjmować moje towarzystwo z zaskakującą swobodą, więc kiedy zaczęła wypytywać o wiarygodność historii związanych z cmentarzem, zamiast obrazić się w imieniu lokalnego folkloru, poczułem przede wszystkim rozbawienie - oczywiście, że chciała dowodów - Bletchley mogłaby natknąć się na świeżo otwarty grób, usłyszeć z niego głos własnej praprababki i prawdopodobnie pierwszą rzeczą, o którą by zapytała, byłoby to, czy istniały jakieś dokumenty potwierdzające ich pokrewieństwo, bo „to nielogiczne, więc podejrzane, nie upiorne”.
- Oczywiście, że to nie jedyne takie miejsce, ale przyznasz chyba, że nie każde ma własnego zaginionego grabarza, który uznał, że najlepszym sposobem na zakończenie kariery będzie rozpłynięcie się w powietrzu podczas nocnej zmiany. Poza tym to Little Hangleton. Las Wisielców i tak dalej, kolebka zjawisk niewyjaśnionych, co nie? - Zerknąłem na Prudence z rozbawieniem, poprawiając kołnierz koszuli, który uwierał mnie od dłuższego czasu, po czym przeniosłem wzrok na ścieżkę, bo chociaż dyskusja o lokalnych widmach sprawiała mi przyjemność, kamienie pod stopami wciąż pozostawały nieprzyjemnie rzeczywiste - spojrzałem przed siebie, starając się nie nadepnąć na wystający z ziemi korzeń, który przy obecnym oświetleniu mógł równie dobrze uchodzić za część jakiegoś szczególnie paskudnego truposza - poniekąd mogłem przewidzieć ten rozwój sytuacji, ale jednocześnie nie oznaczało to, że zamierzałem przyznać jej rację bez wcześniejszego podjęcia próby obrony lokalnych legend, zwłaszcza że zdążyłem już wejść w rolę samozwańczego przewodnika po miejscowych osobliwościach i nie widziałem powodu, dla którego miałbym rezygnować z niej po zaledwie kilku minutach. Tak naprawdę akurat w tej chwili podobna dociekliwość wydawała mi się przy tym nawet całkiem absorbująca, szczególnie że rozmawialiśmy o zaginionym kopidole, rozkopanym miejscu wiecznego spoczynku, potencjalnym wciągnięciu żywego w zaświaty i o mrocznych sylwetkach nadal przesuwających się nocą między nagrobkami, nie zaś o jakimś wyjątkowo interesującym zagadnieniu o bardziej realistycznym podłożu, któremu należało poświęcić kilka tygodni badań, a jednak mogliśmy wysnuć jakieś teorie, w których oboje moglibyśmy sobie podać dłoń. Na przykład taką, że ludzie rzeczywiście mieli paskudną skłonność do wymyślania historii wyssanych z końca różdżki, zwłaszcza jeśli wydarzenia od samego początku miały miejsce w miejscu pochówku oraz dotyczyły kogoś wykonującego pracę ze zmarłymi, kto zniknął w okolicznościach na tyle niejasnych, by dało im się przypisać wiele nadnaturalnych wyjaśnień.
Z czasem nawet najzwyklejsze zdarzenie mogło obrosnąć w tyle dodatkowych szczegółów, że po kilku pokoleniach nikt nie pamiętał już, od czego wszystko się zaczęło, za to każdy znał przynajmniej jedną osobę, która przysięgała, że jej pradziadek widział coś wyjątkowo niepokojącego, lecz w okolicy faktycznie zdarzały się rzeczy, o których rozsądniej było nie rozmawiać przy niedzielnym obiedzie, choćby dlatego, że połowa obecnych zaczęłaby się kłócić o to, czy za wszystkim stała magia, zwyczajna ludzka głupota, czy też ktoś po prostu postanowił wykorzystać cudzą łatwowierność.
- Nie chowamy tu krewnych. I tak, wiem. - Podjąłem, kiedy znów znaleźliśmy się na odcinku ścieżki, który pozwalał nam iść obok siebie, po czym uniosłem dłoń, zanim zdążyła cokolwiek wtrącić. - No, nie chowamy ich tu na ogół. Nawet w rodzinach są lepsi i gorsi, nie? Większość Rookwoodów spoczywa w rodzinnym mauzoleum. Byłem tu za dnia, przechodziłem obok kilka razy, ale nie urządzałem sobie zbyt wielu nocnych wypraw w poszukiwaniu dowodów na istnienie duchów. Mam wystarczająco dużo kłopotów bez dobrowolnego dokładania sobie następnych, choć oczywiście mógłbym zmienić zdanie, gdybyś bardzo nalegała. Dla dobra nauki, rzecz jasna. - Nie zamierzałem jednak przesadzać z optymizmem, co do powodzenia naszego wspólnego szukania dowodów, zbyt dobrze znałem własne skłonności do mówienia rzeczy, które w danej chwili wydawały mi się doskonałym pomysłem, by nie brać pod uwagę możliwości, że za moment wszystko zepsuję. Na razie mogłem jednak cieszyć się jej towarzystwem, a skoro Prudence wykazywała zainteresowanie moimi opowieściami, postanowiłem wykorzystać tę sposobność i pozwolić sobie na powiedzenie czegoś miłego, bez wywracania oczami i wytykania tego, że do wszystkiego chciała podchodzić na serio.
Być może trochę związku z tym miał również fakt, iż księżycowym świetle wyglądała inaczej niż podczas szkolnych zajęć, kiedy zwykle trzymała się własnych spraw i rzadko pozwalała sobie na podobną swobodę, wesele wyraźnie jej służyło, chociaż nie zamierzałem wypowiadać tej myśli na głos, bo nie chciałem, żeby uznała, iż próbowałem ją komplementować wyłącznie dlatego, że wypiłem za dużo, zresztą, gdybym już miał powiedzieć jej coś podobnego, wolałbym zrobić to w sposób, który nie dawałby jej zbyt wiele okazji do wykorzystywania moich słów przeciwko mnie w przyszłości. Tymczasem szło nam całkiem nieźle, więc nie zamierzałem zbyt gorliwie szukać problemów tam, gdzie ich jeszcze nie było.
- A jeśli chodzi o to, czy byłem świadkiem czegoś dziwnego, to zależy, jak zdefiniujesz „dziwne”. - Ostatnie zdanie okrasiłem bardzo samoświadomym uśmiechem, bo przecież doskonale wiedziałem, że Prudence potrafiłaby znaleźć w moim rozumowaniu wystarczająco dużo powodów do krytyki, by starczyło jej na kilka tygodni, jednak z jakiegoś powodu perspektywa usłyszenia jej uwag tego wieczoru wcale mi nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, miałem wrażenie, że mógłbym słuchać ich jeszcze całkiem długo, szczególnie gdyby nadal patrzyła na mnie w ten sposób, w jaki patrzyła na kogoś, z kim dało się porozmawiać bez konieczności przygotowywania się do kolejnej kłótni - było w tym coś niebezpiecznie przyjemnego, więc dla własnego dobra postanowiłem nie poświęcać temu zbyt wiele uwagi, jeszcze by się okazało, że zacząłbym wyciągać z tego jakieś wnioski, a na to byłem stanowczo zbyt zmęczony i zdecydowanie zbyt pijany - nie miało to oczywiście nic wspólnego z tym, co rzeczywiście planowaliśmy zrobić po zakończeniu tego wieczoru, ale skoro już wplątaliśmy się w całe to weselne przedstawienie, uznałem, że równie dobrze mogłem wykorzystać kilka przywilejów wynikających z naszej chwilowej umowy, choćby po to, by sprawdzić, jak daleko wolno było mi się posunąć, zanim dostanę po łapach. Znałem Prue wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że nie należało przesadzać, ale ta świadomość jakoś nigdy nie powstrzymywała mnie przed próbami, szczególnie kiedy okoliczności sprzyjały podobnym wybrykom, natomiast alkohol skutecznie osłabiał moją skłonność do wycofywania się w odpowiednim momencie.
- Tak czy siak, podobno nie znaleziono żadnych śladów ucieczki, nie było też wiadomo, do kogo należał ten grób ani dlaczego pracował nad nim o tak późnej porze, ale miejsce, w którym to miało się stać, faktycznie istnieje i jest, jeśli mnie spytasz, dosyć niepokojące. - Nie zdążyłem jednak rozwinąć tej myśli, ponieważ nagły podmuch wiatru przeszedł przez cmentarz z siłą wystarczającą, by poruszyć gałęziami drzew i poderwać z ziemi suche liście, które zatańczyły wokół naszych nóg. Odruchowo odwróciłem głowę, słysząc szelest materiału, a potem zobaczyłem chustę Prudence unoszącą się w górę i odpływającą w stronę bocznej alejki, niesioną przez wiatr, który najwyraźniej uznał, że nie mieliśmy wystarczająco wielu powodów, by przeklinać tę noc…
- Ej, zaczekaj! - Moje słowa poniosły się między nagrobkami, ale nie byłem pewien, czy w ogóle je usłyszała, ponieważ skoncentrowała się na uciekającej chuście i lawirowała pomiędzy kamiennymi płytami, starając się nie stracić jej z oczu. Zakląłem pod nosem i ruszyłem za nią, przeklinając zarówno pogodę, jak i własną decyzję, by wprowadzić nas na cmentarz, który okazał się znacznie mniej przyjazny, niż sugerował mój początkowy optymizm, alkohol nie zniknął z mojego organizmu tylko dlatego, że sytuacja przestała być zabawna, więc każdy gwałtowniejszy ruch wymagał ode mnie odrobiny większej uwagi, szczególnie kiedy ścieżka zwęziła się między grobami i musiałem obrócić się bokiem, żeby ominąć wystający kamienny narożnik. - Prue! Pruey! Bletchley! - Podążyłem za nią szybciej, niż pozwalały na to moje zmęczone nogi, jednocześnie próbując nie wpaść na jeden z pomników, których wystające obramowania trudno było dostrzec w księżycowym świetle, przez głowę przemknęła mi myśl, że pogoń za elementem garderoby po nocy na nawiedzonym cmentarzu była prawdopodobnie najgłupszą rzeczą, jaką zrobiłem tego wieczoru, co stanowiło niemałe osiągnięcie, biorąc pod uwagę konkurencję w postaci kilku dodatkowych kieliszków, kiepskiego tortu i decyzji, by wybrać właśnie tę drogę. Nie miałem zamiaru wygłaszać jej wykładu na temat bezpieczeństwa, bo nie było na to czasu, ale już układałem sobie w głowie odpowiednio złośliwą uwagę o tym, że jeśli straci obuwie albo skręci kostkę, będę zmuszony nieść ją do samego Little Hangleton, co mogłoby okazać się romantyczne, gdyby nie fakt, że po kilku godzinach tańca sam miałem ochotę usiąść na najbliższym kamieniu i odmówić dalszego marszu przez pole.
- Zostaw ją, do cholery, zaraz ją złapię! - Zawołałem ponownie, próbując dogonić Prudence, choć nie było to szczególnie łatwe, ponieważ ścieżka wiła się i skręcała, i musiałem wybierać, którędy przejść, żeby nie wpaść na kamienne płyty albo samemu nie skręcić sobie kostki na korzeniach - miałem wrażenie, że wiatr robił wszystko, by utrudnić nam życie, bo za każdym razem, gdy materiał zdawał się opadać w zasięgu ręki, kolejny podmuch unosił go wyżej i przesuwał w bok - w końcu chusta zaczepiła się o wystającą gałąź starego krzewu rosnącego przy jednym z nagrobków, lecz zanim zdążyłem dotrzeć do tego miejsca, materiał znów się poderwał, zahaczając o kamienną figurę stojącą przy grobie. Prue znajdowała się zaledwie kilka kroków dalej, miała znacznie krótsze nogi i mniej stabilne obuwie, ale i tak miałem coraz większe trudności z utrzymaniem jej w zasięgu wzroku, ponieważ nie chciałem deptać po płytach nagrobnych, momentami niemal klinowałem się przez to między nimi, zaś cienie drzew i nagrobków tworzyły między alejkami plątaninę ciemnych kształtów, wśród których łatwo było stracić orientację.
Przyspieszyłem, zaciskając zęby, gdy pod podeszwą buta przesunął mi się luźny kamień, udało mi się odzyskać równowagę, ale straciłem kilka cennych sekund, które wystarczyły, by pretendentka do roli łączącej Szukającą i Ścigającą zniknęła za rzędem wyższych nagrobków - zatrzymałem się na moment, próbując ustalić, w którą stronę pobiegła, po czym usłyszałem szelest materiału gdzieś po prawej stronie i natychmiast ruszyłem w tamtym kierunku - nie miałem zamiaru pozwolić, by ta idiotyczna chustka doprowadziła do tego, że zgubimy się w nekropolii, która była całkiem rozległa, jak na tę wielkość miasteczka i nie należała do najrówniejsztch terenów, szczególnie że sam odpowiadałem za wybór trasy, więc jeśli coś miało pójść nie tak, wolałem przynajmniej być na miejscu, kiedy się wydarzy. Przedarłem się między dwoma żelaznymi płotkami, odgarniając dłonią gałęzie różanego krzewu, które zahaczały o rękaw mojej koszuli, po czym dostrzegłem w oddali odrobinę jaśniejszy od otoczenia skrawek materiału, poruszający się tuż nad ziemią.
- Prudence, na litość boską, jeśli zaraz nie przestaniesz biegać, będę musiał cię złapać i zanieść do domu, a oboje wiemy, że nie mam najmniejszej ochoty tłumaczyć twojej rodzinie, dlaczego przyniosłem cię na ramieniu jak worek ziemniaków! - Zawołałem, próbując nadać mojemu głosowi ton, który sugerowałby, że wciąż miałem nad sytuacją jakąkolwiek kontrolę - prawda była taka, że zaczynałem tracić pewność, czy uda mi się dogonić ją, zanim wydarzy się coś naprawdę głupiego, chociaż jednocześnie nie mogłem powstrzymać myśli, że jeśli wyjdziemy z tego cało, będę miał materiał do żartów na najbliższe kilka miesięcy, o ile, rzecz jasna, Prudence nie postanowi mnie wcześniej udusić za samo wspomnienie o worku ziemniaków, bo w tej kwestii nie zamierzałem podejmować żadnych zakładów.
Przed nami ścieżka zwężała się między starymi grobami, wiatr, który dotąd popychał chustę w stronę zachodniej części cmentarza, nagle zmienił kierunek, unosząc ją ku niskiej kamiennej płycie ukrytej częściowo pod rozrośniętym bluszczem, materiał zaczepił się o jej krawędź, po czym zsunął się na ziemię, pozostając na tyle blisko, że wystarczyło tam dotrzeć i się po niego schylić - zwolniłem gwałtownie, próbując ustalić, w którą stronę pobiegła Prudence, ponieważ jej tam nie dostrzegałem - właśnie wtedy usłyszałem gdzieś za sobą suchy trzask, jakby coś ciężkiego przesunęło się po kamieniu… Zatrzymałem się, unosząc głowę, przez moment wpatrywałem się w ciemność między nagrobkami, próbując dostrzec cokolwiek, co mogłoby wyjaśnić ten dźwięk, nie miałem jednak czasu na dłuższe zastanawianie się, ponieważ z oddali dobiegł mnie odgłos kroków na żwirze, który brzmiał na tyle blisko, że w jednym długim susie złapałem brzeg materiału, pociągnąłem go, po czym ruszyłem w tamtym kierunku, przeklinając pod nosem własną głupotę, alkohol i wszystkie te historie, które w tej chwili wydawały mi się znacznie mniej zabawne niż jeszcze kilka minut wcześniej.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
2 godzin(y) temu ✶  

- Pewnie tak, jak również w wielu innych rzeczach, jednak mam dość jasno ukierunkowany cel. - Zamierzała zostać uzdrowicielką, tak jak jej ojciec, o czym w sumie wiedziała od zawsze. Nigdy nie myślała nad tym, że mogłaby być kimś innym, nie widziała w tym sensu, skoro od zawsze chciała być medykiem. Robiła wszystko, aby osiągnąć ten cel, zresztą nie wątpiła to, że niedługo, jak tylko zakończy swoją edukację w Hogwarcie to stanie się studentką Akademii Munga. Wszystko wskazywało na to, że jej się to uda. Nie bez powodu zresztą tak bardzo przykładała się do nauki. To było dla niej ważne, a że miała predyspozycje do pochłaniania wiedzy, to nic nie mogło stanąć jej na drodze. - Zresztą pacjentów też trzeba czasem przesłuchiwać. - Niektórzy niekoniecznie chcieli się dzielić tym, co im się przytrafiło. John opowiadał jej o różnych przypadkach, miała świadomość, że powinna znaleźć sposób na to, by ludziom rozwiązać język. Pewnie w praktyce będzie to nieco trudniejsze, ale niespecjalnie obawiała się tej części swojej przyszłej pracy.

Ten wieczór był na swój sposób wyjątkowy. Gdyby ktoś powiedział jej rano, że wyląduje na ślubie obcych osób z Aloysiusem udającym jej narzeczonego, a później będą spacerować po nawiedzonym cmentarzu to kazałaby mu się pewnie puknąć w czoło. Jednak to się wydarzyło, szli teraz razem i nadal całkiem miło sobie gawędzili. Była to odmiana od ich zwyczajnego zachowania, nie zamierzała jednak tego jakoś specjalnie głęboko analizować, bo to nie miało większego sensu. Miała wrażenie, że po nim trudno jest cokolwiek przewidzieć, mimo, że przecież znała go od lat, to nie przeskakiwał jej zaskakiwać, w większości raczej się rozczarowywała, ale dzisiaj całkiem wyjątkowo było zupełnie inaczej.

Podeszła do sprawy w typowy dla siebie sposób. Ludzie mogli sobie opowiadać legendy, plotki, sugerować różne rzeczy, ona jednak oczekiwała dowodu, dziwiło jej wręcz, że w sumie żaden taki się nie pojawił, w sumie czy powinno? To by oznaczało, to co jej się wydawało. To wszystko to była tylko i wyłącznie zmyślona historia. Właśnie dlatego zawsze bardzo dokładnie weryfikowała to, co usłyszała. Lubiła sięgać po prawdę, nie brała do siebie legend, czy miejskich opowieści, które miały wzbudzać strach, bo w większości była to tylko i wyłącznie bujda powtarzana od człowieka do człowieka.

- Nie każde miejsce ma zagubionego grabarza, to prawda. Niektóre z nich mają zaginione panny młode, dzieci, czy spacerujących. Różne krążą opowieści o różnych miejscach. - Miejskich legend było co nie miara. - Tutaj jednak muszę się z Tobą zgodzić, Little Hangleton jest na pewno bardzo wyjątkowe, Las Wisielców ma swoją energię, więc może być w tej całej historii odrobina prawdy. - Akurat jeśli o to chodzi, to nie widziała innej opcji, jak przyznać mu rację. Nie zamierzała przecież na siłę bronić swojego zdania. Okolica była dosyć upiorna - jej się to podobało, ale wiedziała, że u innych mogło to wzbudzać raczej różne emocje. Little Hangleton nie cieszyło się najlepszą opinią, raczej miało wiele tajemnic, być może podejrzanie zaginięcie grabarza było jedną z nich? Kto wie. Póki co nie wydawało jej się, aby większość z tej opowieści było prawdą, zresztą jak na razie na cmentarzu nie działo się nic nadzwyczajnego.

- No jasne, powinnam się domyślić, że macie swoje własne mauzoleum. - Skomentowała jeszcze jego słowa. Szła powoli przed siebie, starając się nie nadepnąć przypadkiem na żaden grób. Lawirowała między nagrobkami całkiem zwinnie, a co najważniejsze jeszcze żadnego z nich nie dotknęła, a więc nie musiała się martwić tym, że usłyszy historię, której by nie chciała. Nie wpadła na to, że mogą mieć swoje własne mauzoleum, a powinna, to było chyba typowe dla takich ludzi. Nie zamierzali mieszać się ze zwykłymi zjadaczami chleba, nawet po śmierci. Oczywista oczywistość, czyż nie? - Wszystko dla dobra nauki, jestem skłonna nawet nalegać, zwłaszcza, że już tutaj jesteśmy, szkoda byłoby nie skorzystać z okazji, nie sądzisz? - Wydawało jej się to naprawdę dobrym pomysłem. Mogliby co nieco zweryfikować. Uważała to za naprawdę świetną ideę, bo czemu by nie? Zresztą nie sądziła, aby musiała do tego zmuszać swojego kompana, sam przecież wpadł na pomysł, aby iść właśnie tędy, nie bez powodu.

Oczywiście pewnie to był tylko początek, jeśli chcieliby ustalić więcej musieliby współpracować w przyszłości, a nie miała wątpliwości, że jeśli o to chodzi mogły pojawić się komplikacje. To, że tego jednego dnia i wieczora dogadywali się całkiem nieźle nie oznaczało, że będzie trwało to wiecznie, wręcz przeciwnie - była niemalże pewna, że kiedy słońce wstanie wrócą do normalności. Ta nagła sytuacja uczyniła z nich chwilowych sojuszników, to tyle. Nie zmieniało to jednak faktu, że mogli chociaż teraz się nieco rozejrzeć.

Przystanęła na chwilę, zawiesiła wzrok, po czym mrugnęła i się odezwała. - Dziwny. W odniesieniu do sytuacji lub pomysłu: taki, którego w danej okoliczności nie można było się spodziewać i który przykuwa uwagę. W odniesieniu do człowieka: taki, który wygląda lub zachowuje się w sposób niezwykły bądź niezrozumiały. - Powiedziała bardzo szybko, później odetchnęła. - Jaka jest moja własna definicja, w sumie to nie wiem, muszę zobaczyć, żeby to skategoryzować. W sumie trudno mnie zaskoczyć, więc myślę, że nie używam słowa dziwny tak często. - Być może przez to, że sama odbiegała od normy, a wcale nie wydawała się sobie jakoś szczególnie dziwna, to ludzie ją jako taką widzieli, ale to przez to, że nie dopuszczała ich do siebie zbyt blisko. Nie uważała, że miało to większy sens, kiedyś sobie na to pozwoliła i do dzisiaj niekoniecznie rozumiała jak ta więź się mogła rozsypać, więc wolała zapobiegawczo unikać podobnych sytuacji.

- Dlaczego uważasz to miejsce za niepokojące? - To, co powiedział ją zainteresowało, bo zdawała sobie sprawę, że nie tak łatwo wzbudzić w nim niepokój, czy lęk. To, że istniało miejsce, czy też grób, który kopał grabarz przed zniknięciem również było ciekawe. Być może w tej legendzie była jakaś prawda. Naprawdę chciałaby ją poznać. Lubiła odkrywać tajemnice, dochodzić do prawdy, której nikt wcześniej nie odnalazł. W końcu na tym polegało bycie naukowczynią, czyż nie?

Później zerwał się podmuch wiatru, zwiało jej chustę, a ona wyrwała się za nią w pościg. Zupełnie nieprzemyślanie. Niby była to tylko chusta, kawałek materiału, ale dostała do od babci i nie chciała go zgubić podczas tej nocnej wędrówki po cmentarzu. Ruszyła więc przed siebie, ile tylko miała siły w nogach - okazało się, że miała jej więcej niż zakładała. Słyszała głos Rookwooda za swoimi plecami, ale go ignorowała. Miała teraz jeden cel, złapać w locie przedmiot fruwający na wietrze, to na tym się skupiła. Miała nadzieję, że jej to wybaczy, ale potrafiła być cholernie zdererminowana, kiedy jej na czymś zależało.

Lawirowała między grobami, nie wbiegła w żaden, wiatr nie przestawał bawić się z nią w kotka i myszkę, co chwila przesuwał chustę przez co i ona oddalała się od swojego towarzysza. Zależało jej na tym, żeby złapać prezent od babci. W końcu jej się to udało, niestety wtedy została zaskoczona przez ducha, który raczył ją jakąś opowieścią w nieznanym dla niej języku. Przez dłuższą chwilę próbowała się od niego oddalić, ale nie dawał jej spokoju. Wiedziała którędy przyszła i tą samą drogą musiała wrócić, więc nieco się przemęczyła w towarzystwie tamtego dziwnego nieżyjącego typa.

W końcu wyłoniła się zza nagrobków. Włosy miała w lekkim nieładzie, bieg, wiatr zrobiły swoje. Znalazła się na znajomej ścieżce. - Aloysius. - Powiedziała cicho, bo nie chciała, żeby przypadkiem duch, którego wcześniej spotkała znowu się tutaj pojawił, miała dość jego gadania. - Wish, jesteś gdzieś tutaj, czy już poszedłeś do domu? - Nie zdziwiłoby jej to, w końcu wbiegła w ciemność, nie zważając na to, że ją wołał. Westchnęła ciężko, zrobiła kolejny krok w przód. Mrok powodował, że każdy grób i każda ścieżka wydawała się wyglądać tak samo. To ją nieco zmartwiło, bo przez to mogłaby tu błądzić godzinami.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
46 minut(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 45 minut(y) temu przez Benjy Fenwick.)  
Przez pierwsze kilka minut naprawdę wierzyłem, że ten wieczór mógł zakończyć się bez żadnych większych komplikacji, co samo w sobie powinno było wzbudzić moją czujność, ponieważ ilekroć dochodziłem do podobnego wniosku, los najwyraźniej uznawał, że należałoby mi przypomnieć, jak niewielki miałem wpływ na przebieg wydarzeń, zwłaszcza kiedy w grę wchodziła Prudence Bletchley.
- Jasna sprawa. - Skinąłem głową, przyglądając się ciemnym sylwetkom nagrobków, których kształty zacierały się w słabym świetle, po czym wróciłem spojrzeniem do Prue, gotów wysłuchać kolejnej porcji jej rozważań, bo kiedy wpadała na jakiś trop, potrafiła mówić o nim z takim skupieniem, że trudno było nie dać się wciągnąć w tok jej myślenia. W innych okolicznościach pewnie poświęciłbym więcej uwagi temu, jak łatwo potrafiliśmy przystać na pomysł, który za dnia oboje uznalibyśmy za zupełnie bezzasadny, lecz tej nocy nie miałem szczególnej ochoty wracać do domu, gdzie czekały na mnie rzeczy, takie, których nie dało się załatwić kilkoma godzinami udawania. Przez chwilę naprawdę mogłem uwierzyć, że byliśmy po prostu dwójką młodych ludzi zainteresowanych tajemnicą starego cmentarza, nie zaś Prudence Bletchley i Aloysiusem Rookwoodem, którzy potrafili znaleźć sobie powód do sporu nawet wtedy, gdy oboje doskonale wiedzieli, że w gruncie rzeczy chodziło im o to samo.
- Dziękuję za definicję, profesor Bletchley. Czuję się znacznie mądrzejszy, niż byłem przed chwilą. - Odparłem, pocierając dłonią czoło. - Zapamiętam ją na przyszłość, szczególnie tę część o ludziach zachowujących się w sposób niezrozumiały. - Przez chwilę miałem ochotę zapytać, czy przygotowała sobie podobne objaśnienia również dla innych słów, których używała na co dzień, ale powstrzymałem się, bo nie chciałem, by pomyślała, że lekceważyłem albo wręcz bezczelnie wyśmiewałem jej odpowiedź - tym razem naprawdę tak nie było - w gruncie rzeczy interesowało mnie, jak postrzegała to, co odbiegało od normy, szczególnie że sama potrafiła zachowywać się w sposób, który dla wielu osób byłby trudny do zrozumienia, podczas gdy dla mnie stanowił już całkiem znajomy element jej osobowości.
Nie postanowiłem jednak rozwinąć tej myśli, ponieważ jej kolejne pytanie skierowało rozmowę na znacznie ciekawszy tor. Dlaczego uważałem to miejsce za niepokojące? Zatrzymałem wzrok na odległym rzędzie najstarszych nagrobków, częściowo zasłoniętych przez drzewa, przez chwilę szukałem odpowiedzi, która nie sprowadzałaby się do banalnego stwierdzenia, że cmentarze nocą miały w sobie coś nieprzyjemnego, bo nie należałem do osób, które łatwo ulegały nastrojowi miejsca, zaś strach sam w sobie nigdy nie stanowił dla mnie szczególnie użytecznego doradcy, lecz istniała różnica między zwykłą niechęcią do przebywania po zmroku wśród grobów a przekonaniem, że pewne rzeczy nie wyglądały tutaj tak, jak powinny. Nie bałem się grobów, nie bałem się też samej śmierci, przynajmniej nie w sposób, który można byłoby łatwo wyjaśnić, ponieważ w naszym świecie istniało wystarczająco dużo rzeczy zdolnych odebrać życie, żeby szybko przestawało się traktować ten temat jako abstrakcję.
- Ponieważ znam tę okolicę, Bletchley. - Odpowiedziałem, tym razem bez żartobliwego tonu, przyglądając się ciemnym sylwetkom drzew po drugiej stronie ścieżki. - Mieszkam w Little Hangleton od urodzenia, nie przyjechałem tu wczoraj na wakacje i nie opowiadam ci zasłyszanych historii tylko po to, żebyś miała o czym myśleć przed snem. Wiem, co ludzie mówią o tym cmentarzu, wiem też, że niektóre z tych opowieści powtarzano na długo przed tym, zanim ktokolwiek z nas przyszedł na świat. To jeszcze nie dowód na istnienie atrakcji, które mogłyby umilić nam noc, ale wystarczający powód, żeby nie traktować tego miejsca jak szkolnego boiska, gdy jest się z… - Machnąłem ręką w powietrzu. - No, sama wiesz. - Zerknąłem na nią, próbując ocenić, czy dotarła do niej różnica między moim wcześniejszym teatralnym tonem a tym, co mówiłem teraz. Nie zdążyliśmy jednak rozwinąć tematu, gdyż wiatr, który dotychczas jedynie poruszał gałęziami i strącał na ziemię suche liście, nagle uderzył w nas z taką siłą, że usłyszałem szelest materiału, po czym zobaczyłem zsuniętą z ramion Prudence chustę, która uniosła się w powietrze - potem wszystko wydarzyło się błyskawicznie - lekka tkanina przemknęła między nami, zatoczyła krótki łuk nad ścieżką i popłynęła w stronę nagrobków, a moja towarzyszka ruszyła za nią, zanim zdążyłem choćby otworzyć usta. Pobiegłem zatem za nią.
- Prue, zostaw tę chustę! Kupię ci nową! - Krzyknąłem, próbując ją dogonić. - Mogę ci kupić dziesięć, jeśli dzięki temu przestaniesz zapierdalać, jakby ogłosili, że rozdają darmowe miotły! - Oczywiście, że mnie nie posłuchała, co w gruncie rzeczy nie powinno było być dla mnie dziwne, bo przecież znałem ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jeśli coś postanowiła, równie skutecznie można było próbować przekonać nadciągającą burzę, żeby zmieniła kierunek. Lawirowała między grobami, podczas gdy ja usiłowałem nadążyć, nie potykając się przy tym o wystające korzenie ani nie wpadając na płyty nagrobne albo nie nadziewając się na niewielkie, ale ostro zakończone płotki, które pojawiały się przede mną w najmniej odpowiednich momentach, dosłownie wyrastając z ciemności. Chusta co chwilę zmieniała kierunek, podrywana przez kolejne podmuchy, zaś Prue oddalała się coraz bardziej, najwyraźniej całkowicie pochłonięta pościgiem, w pewnym momencie straciłem ją z oczu, więc zatrzymałem się, nasłuchując uważnie, lecz wiatr szumiał w koronach drzew, zaś gdzieś dalej rozległ się ten dźwięk, którego nie potrafiłem od razu przypisać żadnemu ze znanych mi źródeł.
Nie zamierzałem panikować, ale nie miałem też zamiaru udawać, że sytuacja była szczególnie zabawna, bo nawet jeśli Prudence potrafiła doprowadzić mnie do szału, nie należała do osób, które pragnąłbym zgubić w środku nocy na nawiedzonym cmentarzu. Ruszyłem więc dalej, trzymając różdżkę w pogotowiu i starając się nie dać ponieść wyobraźni, która w podobnych miejscach potrafiła być równie nieprzyjemna, co nieprzydatna. Zatrzymałem się ponownie na rozwidleniu ścieżek, nasłuchując przez chwilę, po czym wybrałem tę, która prowadziła w stronę starszych grobów, nawet jeśli wolałbym tam nie iść, miałem nadzieję, że udało jej się złapać chustę i że wkrótce zamierzała wrócić na główną ścieżkę, lecz im dłużej jej nie widziałem, tym bardziej zaczynałem żałować, że nie spróbowałem złapać jej i zatrzymać w miejscu, zanim pobiegła w ciemność, chociaż przecież dobrze wiedziałem, że próba powstrzymania Bletchley przed zrobieniem czegoś, na czym jej zależało, zwykle kończyła się jedynie tym, że robiła to z jeszcze większą determinacją.
Kiedy wreszcie usłyszałem coś, co zabrzmiało jak odzew, zatrzymałem się tak gwałtownie, że pod moim butem zachrzęścił żwir - przez sekundę nie byłem pewien, czy rzeczywiście usłyszałem swoje imię, czy też wiatr postanowił zakpić sobie ze mnie jeszcze jeden raz, ale zaraz potem dobiegło mnie znajome wołanie - ulga, która pojawiła się na myśl, że jednak żyła i znajdowała się gdzieś niedaleko, była tak silna, że aż poczułem ją w żołądku, zaraz potem wróciła jednak złość, ostrzejsza niż wcześniej, podsycana świadomością, że przez ostatnie minuty zdążyłem wyobrazić sobie tyle możliwych nieszczęść, ilu nie chciałem rozpatrywać przez całe życie. No, a potem mnie dobiła - „Wish, jesteś gdzieś tutaj, czy już poszedłeś do domu?” - zacisnąłem szczękę.
„Do domu. Naprawdę?! Kurwa, serio?!” Przez cały ten czas biegałem po cmentarzu, szukając jej między nagrobkami, wyobrażając sobie wszystkie możliwe sposoby, na jakie mogła wpakować się w kłopoty, ona zaś najwyraźniej dopuszczała możliwość, że po prostu zostawiłem ją tutaj i wróciłem do domu.
- Tutaj! - Odkrzyknąłem, ruszając w stronę jej głosu. - Stój w miejscu, do cholery, nie ruszaj się już nigdzie! - Dodałem, nie przejmując się już tym, ilu miałem obudzić zmarłych, zwracając na siebie uwagę wszystkich duchów w promieniu kilku mil. Chodziło o to, że znajdowaliśmy się na cmentarzu, po zmroku, w miejscu, o którym przed chwilą rozmawialiśmy w kontekście zniknięcia grabarza, niepokojących szczegółów oraz legendy, której prawdziwości nie zdążyliśmy jeszcze zweryfikować, Prudence zaś uznała za stosowne pognać na oślep w ciemność, nie informując mnie nawet, dokąd dokładnie zamierzała się udać. W końcu dostrzegłem ją pomiędzy nagrobkami, za figurą skrzydlatej postaci, miała potargane włosy, zaróżowione policzki i tę swoją nieszczęsną chustę, którą najwyraźniej udało jej się odzyskać, ale nie to zwróciło moją uwagę jako pierwsze. Rozejrzała się wokół, najwyraźniej próbując rozpoznać ścieżkę, po czym zrobiła kolejny krok w nieznanym kierunku, co wystarczyło, żebym przyspieszył i dopadł do niej, zanim zdążyła ponownie zniknąć mi z oczu.
- Prue.
Przez krótką chwilę tylko na nią patrzyłem, próbując zdecydować, od czego właściwie powinienem był zacząć. Od tego, że zniknęła mi z oczu? Od tego, że ignorowała moje wołanie? Od tego, że przez ostatnie kilka minut miałem ochotę roznieść na kawałki każdy nagrobek, za którym mogła się znajdować, tylko po to, żeby upewnić się, że nie leżała gdzieś nieprzytomna? Ostatecznie uznałem, że nie było sensu wybierać jednego powodu, skoro wszystkie były równie dobre, tylko spojrzałem jej prosto w twarz, nie próbując nawet ukrywać emocji, które od kilku minut rozsadzały mi klatkę piersiową.
- Czy ty kompletnie postradałaś rozum?! - Mój głos zabrzmiał znacznie ostrzej, niż zamierzałem, ale w tej chwili nie potrafiłem się tym przejąć, zamiast tego przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, sprawdzając, czy nie miała żadnych obrażeń, czy oddychała normalnie, czy nie wyglądała na kogoś, kto przed chwilą przeżył coś, o czym nie zamierzał opowiadać, po czym znów spojrzałem jej w oczy. - Nie, kurwa, nie musisz odpowiadać. - Nie chodziło o to, że nie potrafiła o siebie zadbać - wiedziałem, że potrafiła, czasem nawet lepiej niż większość osób, które znałem - właśnie dlatego byłem tak wściekły, ponieważ nie mogłem zrozumieć, dlaczego dziewczyna, która potrafiła dostrzec zagrożenie tam, gdzie inni widzieli wyłącznie przypadek, nagle postanowiła zignorować wszystko, co znajdowało się wokół niej, dla kawałka materiału.
- Czy ja, przepraszam, „poszedłem do domu”? - powtórzyłem, nie dowierzając własnym uszom, po czym pokręciłem głową i zaśmiałem się krótko, bez cienia rozbawienia. - Nie, Prudence, nie poszedłem do domu. Nie uznałem, że skoro postanowiłaś pobiec w ciemność, ignorując wszystkie moje wołania, to zaje–kurwa–biście będzie zostawić cię na cmentarzu i wrócić do siebie, żeby położyć się spać. Wyobraź sobie jednak, że zamiast być, kurwa, frajerem, przez ostatnie kilka minut robiłem coś znacznie mniej, kurwa, przyjemnego. - Zacząłem od nowa, zanim zdążyłem uznać, że może lepiej byłoby najpierw odetchnąć i policzyć do dziesięciu, choć w tej chwili nawet setka mogłaby nie wystarczyć. - Szukałem cię! Wiesz, jakie to wspaniałe uczucie? - Zacisnąłem szczękę, bo samo wypowiedzenie tych słów nie przyniosło mi żadnej ulgi, wręcz przeciwnie, uświadomiło mi tylko, jak bardzo byłem wściekły, i jak niewiele brakowało, żebym powiedział jej coś, czego później nie dałoby się już cofnąć. Przesunąłem dłonią po włosach, odwróciłem się na moment w stronę ścieżki, z której właśnie wyszła, po czym znów spojrzałem na nią, dalej bez cienia rozbawienia. Wciąż czułem w nogach bieg między nagrobkami, w gardle drapanie od wołania jej po imieniu, w głowie zaś miałem tę cholerną pustkę, która pojawiała się za każdym razem, gdy docierałem do kolejnego zakrętu i nie widziałem przed sobą niczego poza ciemnością. Nie zamierzałem oczywiście roztrząsać teraz, dlaczego tak bardzo mnie to obeszło, bo nie miałem ani ochoty, ani cierpliwości do zajmowania się własnymi uczuciami w środku nocy na cmentarzu, szczególnie kiedy ich bezpośrednim powodem stała przede mną Prudence Bletchley, która potrafiła w ciągu kilku minut przeprowadzić mnie od względnego spokoju do stanu, w którym najchętniej zamknąłbym ją w jakiejś szafie i wyrzucił klucz do najbliższej studni.
- Nie jesteś tutaj sama, Prue. - Powiedziałem w końcu, już ciszej, lecz z taką stanowczością, że sam poczułem ciężar tych słów, więc zaraz naturalnie ponownie wszedłem w wyższe oktawy. - Nie przyszłaś tutaj sama! Nie umawialiśmy się, że każde z nas będzie robiło, co mu się podoba, bez względu na to, co stanie się z drugim! Przynajmniej daj mi, kurwa, możliwość wiedzieć, co zamierzasz zrobić, zamiast zostawiać mnie tutaj i zmuszać do zgadywania, czy jeszcze cię zobaczę! Twoi Starzy z pewnością woleliaby, żebyś wróciła do domu cała, zamiast żebyś zginęła podczas pościgu za, kurwa, apaszką! Babka by wolała! Elias by wolał! - To była chusta, ale równie dobrze mógł być też szalik, nie o to mi chodziło. - Ja, na chuja Merlina, też wolałbym, żebyś wróciła cała, więc może na moment przestaniesz zachowywać się tak, jakbyś była jedyną osobą na świecie, która ma prawo podejmować decyzje?! Byłem tuż za tobą, wołałem cię, próbowałem cię zatrzymać, a ty nawet nie raczyłaś się obejrzeć! - Ta myśl tylko pogłębiła moją frustrację, bo choć miałem ochotę obarczyć ją całą winą, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że sam również powinienem był zachować się inaczej. Nie byłem przecież idiotą, wiedziałem, że ludzie potrafili robić głupie rzeczy, kiedy reagowali impulsywnie, byli przestraszeni, zdenerwowani albo po prostu przestawali myśleć, lecz Prudence nie należała do osób, po których spodziewałem się tak bezmyślnego zachowania - mogła być uparta, mogła być nieznośna, mogła doprowadzać mnie do szału samym sposobem, w jaki potrafiła patrzeć na mnie z przekonaniem, jakobym to ja był największym kretynem, jakiego kiedykolwiek nosiła ziemia, ale zwykle miała przynajmniej dość rozumu, by nie rzucać się w nieznane bez żadnego planu.
- Ja pierdolę, Pruey. - Spojrzałem na nią krótko, potem znów skierowałem wzrok przed siebie, znajdowaliśmy się w nieznanej mi części cmentarza, architektura nie przypominała już tej, którą pamiętałem z wejścia, chociaż nie potrafiłem od razu określić, jak daleko odeszliśmy od głównej ścieżki. „Zajebiście…”


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6748), Prudence Fenwick (2848)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa