Guinevere już dawno straciła poczucie czasu i miejsca. Prawdopodobnie przechodziła obok charakterystycznych punktów Magicznych Dzielnic tyle razy, że w normalnych warunkach już dawno by się nauczyła, gdzie się znajduje i jak trafić na przykład do Nory Nory. Dzisiaj jednak nie było normalnie. Kurs, dym i pył skutecznie zaburzały orientację w terenie komuś takiemu jak ona: gubiącego się na Pokątnej i Horyzontalnej ilekroć zostawić ją samopas na dłużej. Tak, po jakimś czasie znajdowała właściwie miejsca, ale to trwało, nie odwiedzała też serca magicznego świata w Wielkiej Brytanii zbyt często, a już z pewnością nie sama. Dzisiaj jednak na własne życzenie gubiła się w tych ulicach i zaułkach. Na własne życzenie wdychała pozostałości spalonych budynków i mebli czy ubrań, których wspomnienie ulatywały w powietrze, by potem osiadać warstwą na bruku, pozostałych budynkach i oczywiście ludziach. Kręciło ją od tego wszystkiego w nosie, drapało w gardle (i nawet nie o głębiej, w płucach), nawet pomimo posiadania chusty zawiązanej na nosie i ustach, by łatwiej było oddychać, ale starała się to wszystko ignorować. Nie chodziło tu przecież o nią, a o innych, którzy być może nie mogli się dostać do szpitala, czy otrzymać pomocy z Ministerstwa. O tych, dla których jej obecność tutaj robiła ogromne znaczenie, jak pomiędzy być a nie być, bo… przecież widziała to na własne oczy: budynki wybuchały. Zawały się. Płonęły. Nie każdy zdążył uciec na czas, czasami to było przecież tak nagłe. Jak to, że musiała na poboczu udzielać jednej kobiecie pierwszej pomocy połączonej z… operacją w bardzo niesprzyjających, polowych i zupełnie nie sterylnych warunkach, ale albo to, albo kobieta straciłaby nogę, a może nawet w ogóle by z tego nie wyszła.
Nie pytała czy ktoś potrzebuje pomocy, w takich warunkach już nawet nie chciała słuchać wymówek, by zostawić ich w spokoju: widziała, że ktoś leżał, kulał, kuśtykał, trzymał się za różne części ciała, to… starała się pomóc w miarę możliwości. A to, że noc była tak głęboka, że trwało to już co najmniej kilka godzin, nie polepszało sytuacji, bo wiedziała, że prędzej czy później dopadnie ją zmęczenie. Póki co działała na adrenalinie, na tym, że trzeba pomóc komu się tylko da, i ignorowała myśli o tym, że potrzebuje sobie usiąść. Że potrzebuje odsapnąć. Odsuwała zmartwienie o swoich dziadków, Cathala, Anthonego, Thomasa i innych bliskich jej osób, czy nawet tych, z którymi na co dzień pracowała w Walii, choć jakiś niepotrzebny głosik w głowie już pytał: jak długo to jeszcze potrwa?
Ile by jednak nie potrwało, teraz miała jeszcze siłę. Przemierzała tę ognistą noc, jasną od wciąż licznie płonących budynków, polegając na swoim kocim wzroku, który znacznie lepiej sprawdzał się w tak zmiennych warunkach. Być może dlatego nikt jej do tej pory nie zaatakował, bo była w stanie zobaczyć ruch i jakoś go podświadomie uniknąć? Nie myślała o tym. Ale właśnie w takiej chwili, gdy szła (nie była już w stanie biec) ulicą, światła i cienie zdawały się załamywać w jednym punkcie, inaczej niż powinny się zachowywać, i Ginewra dostrzegła sylwetkę. Z początku nie rozpoznała tego kształtu dobrze, ale wystarczyło zrobić kolejne pięć kroków i wtedy miała już pewność: pod jednym z budynków, w którym chyba wyleciały w powietrze wszystkie okna i drzwi wejściowe (jaki wybuch musiał tam nastąpić? Czy to szkło nie wytrzymało pod wpływem ciepła? Ginny na tym etapie była przekonana, że to nie jest zwykły pożar, bo ogień się nie zachowywał w ten sposób), leżała nieprzytomna kobieta.
To znaczyło, że kolejna osoba potrzebuje pomocy, bo gdy ktoś tracił przytomność, to oznaczało różne rzeczy i to nie pozytywne.
Znalazła w sobie siłę, by podbiec i kucnąć obok. Ciężko postawiła na ziemi swój drewniany kuferek, w którym już zaczynało brakować eliksirów czy maści i w pierwszej kolejności sprawdziła puls tej kobiety. Był. Tlił się po palcami, które przyłożyła do jej nadgarstka, a następnie odrobinę poprawiła jej pozycję (upewniwszy się jednak przed tym, czy żadna kończyna nie wystaje pod niepokojącym kątem sugerującym złamanie). Dopiero wtedy dostrzegła, jak wiele z tego szkła osiadło na nieznajomej. Na jej podartym ubraniu, we włosach, wbite w skórę, hamując krwawienie…
Krwawienie.
Czy miała jeszcze eliksir uzupełniający krew? Zaraz będzie jej bardzo potrzebny. Ale zanim to, wyciągnęła z kuferka masywny moździerz lecz nie po to, by coś w nim ucierać, a by… wyczarować wodę. Chciała schłodzić kark i czoło tej kobiety. Delikatnie obmyć jej twarz i zobaczyć, czy i tam nie ma żadnych ran… Ruchy Ginny były zgrabne, wyćwiczone i nie było w nich zawahania, robiła to w końcu już tak wiele razy – nie tylko dzisiaj.
// Kształtowanie ◉◉◉○○ – wyczarowanie wody;
Oprócz tego użyte przewagi: Animagia III, Chimera, Leczenie III
Sukces!