• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12.10.1972, rano, West Yorkshire] If hell is empty, it's because we are here

[12.10.1972, rano, West Yorkshire] If hell is empty, it's because we are here
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#1
30.06.2026, 13:42  ✶  

Donald umarł od obrażeń ósmego października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku. Umarł samotnie w świeżo zmienionej pościeli, wciąż jeszcze podpięty do magicznej armatury, która z początku nie wykryła błędów. No może poza faktem, że pacjent już nie żył.
I choć literacki poetyzm wymagałby dodania, że umarł z jej imieniem na ustach, to tak naprawdę umarł w milczeniu, do końca pogrążony w swojej magifarmakologicznej śpiączce. A szkoda.
Umarł, bo każdy w końcu umrzeć musi i taka jest rzeczywistość. Przyjdzie jeszcze czas, gdy pogrążona w żałobie Lorien dopowie swoją własną historię i kto wie - może prawda przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie?

Na razie jednak pani Mulciber nie wiedziała, że Donald umarł. Serce jej nie pękło, dusza nie rozerwała się naraz na dwie części. Jej świat wypełniały proste sprawy - nowa huśtawka w nowym ogrodzie nowego domu; wizyta ukochanego ojca, który chciał na własne oczy zobaczyć nabytek i akurat musiał coś załatwić przy okazji w Anglii; schłodzony aperol z sokiem pomarańczowym, który popijała przez słomkę z ulubionej szklanki raz po raz zerkając na Aarona i Philipa.
Czytała książkę (próbowała czytać), gdy panowie dyskutowali o czymś zawzięcie pochyleni nad rysunkami czegoś co miało być (ale sądząc po poziomie niezgody raczej nieprędko) jej nowym salonem.
To było miłe popołudnie. Wyjątkowo przyjemne jak na październik.
Skąd mogła wiedzieć, że właśnie w tej chwili na obrzeżach Doliny Godryka, rzut beretem od jej nowego domu, jedna kobieta zdołała uczynić to czego nie udało się zastępcom śmierciożerców ze swoim Panem na czele.
Świat pani Mulciber runął w posadach, bo ćpunka nie potrafiła kazać niedołężnemu staruchowi rezydującemu w jej ślicznej główce… się zwyczajnie w świecie zamknąć.

Lorien dowiedziała się pod wieczór. Pożegnała ojca, obiecała, że nazajutrz go odwiedzi i pomoże uprzątnąć stary księgozbiór na strychu. Paul przyleciał z listem opieczętowanym przez Lovegooda. Ostatnią rzeczą jaką pamięta z tego dnia było to jak wspólnie z Aaronem orzekli, że to “całkiem dziwna pora na przesłanie korespondencji medycznej” i fakt, że wiadomość była wyjątkowo krótka. Przywykła do otrzymywania całkiem potężnej dokumentacji z ośrodka.
Przeczytała list raz. I jeszcze jeden. A potem stwierdziła, że powinni już wracać do Londynu.
Pękła dopiero parę godzin później w połowie mugolskiego filmu, którego fabuły nie rozumiała od samego początku. Łkała w objęciach Aarona tak długo aż się sama swoim łkaniem ukołysała do snu. Nie pytał. Może to i lepiej, bo rozedrgana czarownica nie była w stanie wydobyć z siebie nic ponad żałosny zduszony płacz.

Donald miał zostać pochowany dwunastego października października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku. Niewiele się działo przez kilka poprzedzających pogrzeb dni. Pracowała jak zwykle. Dobierała kolory do nowego domu. Odpowiadała na korespondencję. Załatwiała wszystkie niezbędne sprawy związane z pogrzebem na jakąkolwiek próbę pomocy reagując równie ostro co niegrzecznie. Płakała tylko i wyłącznie nocami. Milczała przez większość czasu.
Wybór własnej szaty zostawiła na sam koniec.
Obudziła się przed świtem, choć nie pamiętała, żeby w ogóle zasnęła. Aaron spał obok. Musiał być zmęczony. Nią zmęczony. Nią i tym całym bólem, którego nie potrafiła mu wytłumaczyć. Wyślizgnęła się z łóżka. Nie chciała zrobić nic złego, chciała tylko wypić szklankę wody.
Powstrzymało ją własne odbicie w lustrze zawieszonym na przedpokoju.
Żałosna. Jakaż ty jesteś żałosna Lorien.- Szepnęło. Miało rację. Przecież wszyscy wiedzieli, że ma rację. Wszyscy to widzieli. Aaron znalazł ją chwilę zapłakaną później pośród kawałków strzaskanego szkła. A potem znów się obudziła, słońce wpadało przez uchylone zasłony i tylko opatrunek na dłoniach, które musiała pokaleczyć był dowodem, że nie śniła.
Nie czuła nic, gdy ucałował poranione palce. Niepocieszone były koty, które liczyły na trochę czułości - nieważne jak mocno się jej dopominały, pozostała kompletnie obojętna.
- Wróć do mnie wieczorem.- Poprosiła tylko nim wyszedł do pracy. Nie była pewna czy wróci. Chyba potrafiłaby zrozumieć, gdyby nie zechciał. Jaka jest przyjemność w patrzeniu jak twoja partnerka szlocha nocami po niespełnionej miłości?


Przygotowane i zabezpieczone ciało Donalda Mulcibera spoczęło poprzedniej nocy w rodzinnej kaplicy Mulciberów. Znała dalszy plan. Będzie w niej spoczywał do wieczora, a wieczorem nastąpi oficjalne złożenie do trumny i przeniesienie na miejsce wiecznego spoczynku. Tak nakazywała tradycja. Należało dać czas bliskim i przyjaciołom na pożegnanie zmarłego. Prawdę powiedziawszy, najchętniej zatrzasnęłaby im drzwi przed nosem. Nie zasługiwali żeby go widzieć. Nie, gdy przez tyle lat ich ostrzegała. Ale milczała. Tradycję należało uszanować.
Teraz jednak, zaledwie parę minut po świcie, kaplica była pusta. Teleportowała się wprost do środka. Nie potrzebowała odprawiać żałobnego pochodu przez cały cmentarz. Nie chciała płakać. Chciała po prostu przy nim jeszcze chwilę pobyć.

- Dobrze wyglądasz, anima mia.- Szepnęła praktycznie do siebie, obchodząc katafalk. Tylko tyle mogła przecież zrobić.- Wiesz, że nie pozwoliłabym im cię pochować w tej okropnej szpitalnej koszuli. I trumnę. Trumnę też ci wybrałam lepszą niż to paskudztwo, w którym pochowali Roberta.
Nie pamiętała już nawet w czym spoczął jej nieświętej pamięci mąż. To tak naprawdę nie miało żadnego znaczenia. Na pewno wybrała lepiej niż Richard, bo oczywiście problemem nie był sam zasób Necronomiconu, a okropny gust szwagra. Uśmiechnęła się z trudem. Tak. Wyglądał odpowiednio. Babka na pewno będzie zadowolona.

Uniosła dłoń co by poprawić jeden niesforny kosmyk włosów, ale zamarła słysząc szczęk starych drzwi do kaplicy. Cofnęła się o krok.
Nie musiała podnosić głowy, żeby wiedzieć kto stanął na progu. Znała jego krok, znała oddech. Zacisnęła tylko mocniej usta. Był czas, gdy bez zastanowienia rzuciłaby się w jego objęcia. Był czas, gdy Alexander Mulciber miał jeszcze prawo całować jej dłonie i nazywać ją panią na Mulciber Manor. Nie przestała go kochać. Jak mogłaby go przestać kochać? Bogowie jedni wiedzieli, że nie było takiej mocy na świecie.
A jednak cisza jaka zapadła między nimi daleka była od tej, która towarzyszyła im we wrześniowe wieczory.
- Po co tu przyszedłeś Alexandrze? - Zapytała bez większego cienia zainteresowania.
Czemu w ogóle pokazujesz mi się na oczy?
Obwiniała go. Obwiniała go tak bardzo, że nie potrafiła już rozdzielić bólu między jego zdradą, a stratą jakiej doznała. Ostrzegała go. Ostrzegała ich wszystkich.
Nie czekała na odpowiedź. Po prostu mówiła dalej.
- Pamiętasz jak przed Mabon stwierdziłeś, że powinnam była przynieść Amortencję nie eliksir wielosokowy? Zrobiłam to. - Powiedziała. Nawet nie podniosła wzroku na to jawne wyznanie swoich win. Nie dbała o to co się stanie; nie dbała nawet o to, że ktoś może ich podsłuchiwać.- Ale nie dałam jej Tobie. Chcę wierzyć, że umarł, do samego końca czując do mnie to co ja czułam przez całe życie.
Chciała go dotknąć. Chciała go pogłaskać po chłodnym policzku, błagać bogów, żeby się obudził. Przecież wiedziała, że to niemożliwe. Nie było siły na ziemi, która by go przywróciła.
- A potem ofiarowałeś mi portret. Ofiarowałeś mi miejsce przy rodzinnym stole i ochronę przed tymi, którzy mnie nienawidzą. Obiecałam Ci, że nigdy więcej nie wspomnę o błędach, które popełniłeś, o dziwkach które stawiałeś całe życie nade mną. Powiedziałeś mi wtedy “czyż nie kochałem cię bez tego?” Oto twoja miłość Alexandrze.
Wskazała drżącą dłonią na Donalda. Drugą zacisnęła niemal rozpaczliwie na szalu, którym okryła ramiona przed porannym chłodem.
- Był mój. MÓJ. Tylko tyle miałam na własność, gdy przestał być wartościowym dla was. Czym ja zawiniłam, że mi to odebrano? - Wciągnęła ostro powietrze do płuc, ze wszelkich sił próbując zachować spokój. Jeśli się posypie, nie będzie czego zbierać.- Myślisz, że nie wiem o co mnie myślą? Ta żałosna dziewucha. Naiwna dziewucha. Gdzie popełniłam błąd? W tym, że go kochałam? A może w tym, że uczyłam się kochać Ciebie?
Nie było w niej złości. Była tylko rozpacz, której nie potrafiła nawet ubrać w odpowiednie słowa.
Przez cały ten czas stała pochylona nad katafalkiem. Nieruchoma jak sęp, który czeka aż jego kolacja wyzionie ducha. Ale nie było w Lorien już nic ptasie. Zdawać by się mogło, że nie ma też nic ludzkiego. Oto wynędzniała kapłanka, a przed nią niczym na groteskowym ołtarzu ku czci nienazwanych bogów spoczęło ciało.
Nie dbała o to, że głos jej się łamie. Nie miała już siły płakać. Nie miała siły się złościć.
- Nie tego chciałaś stając się jedną z nas? Pamiętasz? Pamiętasz jak mnie o to spytałeś?
Wieczór u Agnes Delacour był tylko kolejnym gwoździem do trumny. Nie widziała tego wtedy. Nie widziała, że z każdym kolejnym dniem dobija wieko. Ocknęła się dopiero, gdy znalazła się na sześć stóp pod ziemią.

- Jedyne czego chciałam to być jedną z was. Mogłam mieć wszystko. Mogłam mieć każdego. Ale kochałam Twojego ojca i kochałam Twoją matkę. Nie miało znaczenia, że nie kochają mnie. Rozumiałam, że nie oddaje się takim jak ja pierwszemu synowi. Ale wzgarda drugiego - to zdrada, której nie potrafiłam pojąć.
W pewnym momencie przestała nawet mrugać. Przypominała w tej chwili wykute w kamieniu posągi starożytnych bogiń i rusałek, które tak sobie umiłowali mugole, oświetlana przez miękkie światło zachodzącego słońca. Przebijało się przez witraże otulając jej martwą twarz ciepłem czerwieni, złota i pomarańczu.
- Powiedziałam ci, że nic do ciebie nie należy. Twój ród nie jest twój. Sygnet, który nosisz po ojcu nie jest twój. Nie masz dziedzictwa. Ale przez ten cały czas miałeś mnie. Wróciłam z tobą do domu, który był mi tak bliski. Siadałam z tobą do stołu, po twojej prawicy.  Byłam przy twojej matce. Nie dbałam czy mają mnie za twoją kolejną przygodę. “Pani na Mulciber Manor”. Co za farsa. Wiesz do kogo należał ten tytuł. Pozwoliłeś by w to wierzyli. Znosiłam to. Ale to nie wystarczyło, prawda? Przecież zawsze byłbyś drugim synem. Tylko drugim synem. No dalej, każ mi baczyć na słowa. Już raz to usłyszałam od twojej babki. - Po raz pierwszy wykonała jakikolwiek ruch od samego początku swojej tyrady. Drżącymi dłońmi uniosła bezwładną rękę Donalda, składając krótki pocałunek na grzbiecie jego dłoni i dociskając do niej czoło. Odłożyła ją z powrotem. Poprawiła wymięty materiał szaty, którą sama dla niego przecież wybrała dzień wcześniej. Nie żył. Przecież wiedziała, że nie żył.
- Nie obroniłeś go. Nie dopełniłeś swojego obowiązku. Jesteś równie winny co ona.- Zacisnęła powieki. Za parę godzin wszystko się skończy. Złożą go w grobie, a jej ból… jej ból w końcu przeminie. Będzie musiał.
Niewypowiedziane oskarżenie zawisło między nimi. Bratobójca. Nie powiedziała tego. Tej jednej granicy Lorien zdawała się nie być w stanie przekroczyć, choć bogowie jedni wiedzą jak bardzo chciała.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#2
02.10.2026, 10:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2026, 10:25 przez Alexander Mulciber.)  
Kaplica zalana była światłem. Kolorowe powidoki witraży odbijały się od strzelistych ścian, wspinały po wysokim sklepieniu.
Ojciec urządził ją taką dla matki, aby ta mogła zanosić modły swoich bogów. To miało było jej miejsce, a jednak w niczym nie przypominało Seliny Ayers, Seliny Mulciber. Alexandrowi mieniące się kolorami szyby kaplicy zawsze przywodziły na myśl ojca: ojca obdarzonego darem aurowidzenia. Ojciec zawsze mrużył oczy jak do uśmiechu, gdy patrzył na aurę Alexandra. Była przecież tak podobną do jego własnej. Jego ojciec był słońcem, w którego blasku wszyscy pragnęli się grzać: wystawiali ku niemu twarze jak główki kwiatów, chcąc, aby to na nich zwrócił uwagę. Nie chowaj się po kątach, grzmiał często śmiechem, ciągnąc młodszego syna gdzieś na środek pomieszczenia, które zagarniał dla siebie tak, jak wstające słońce zagarnia nieboskłon. Alex tego nie znosił. Wciskał ręce w kieszenie, na upartego wbijał wzrok w przestrzeń… Nie dlatego, że się wstydził. Nie wstydził się wcale. Alexander był słońcem, którego blask zbyt był porażającym, aby zaryzykować spojrzenie na wprost. Gotów byłby zmienić świat w bezludną pustynię, gdyby mógł zostać wtedy pozostawionym samemu sobie. A jednak lubił patrzeć, jak ludzie oblegają ojca. Czuł dumę, że szukają jego porady, protekcji, jego przewodnictwa. Zupełnie odmiennymi były jego ambicje, a jednak wyobrażał sobie, że mógłby kiedyś nieść podobne oświecenie jako jasnowidz, jako wróżbita. Mógłby być oazą pośród piasków pustyni. Jego blask falowałby nagrzane powietrze w fatamorganie wizji. Gdy ludzie próbowali się do zbuntowanego nastolatka odezwać, ten wyobrażał sobie, że skoławaciałe ich języki ledwie odrywają się od podniebienia, spragnione wody. Łatwiej było mu wtedy wydobyć z siebie głos. Odpowiedzi udzielał krótkich, konkretnych, ledwie otwierając usta. Tak należało czynić, aby przetrwać przejście konwersacji, niby burzy piaskowej. Ojciec kręcił wtedy tylko głową, górując nad synowską pustynią na wzór piramid, a może sfinksa, nieodgadnionym było bowiem jego spojrzenie, zwłaszcza, gdy patrzył w stronę Donalda.
Gdy patrzył w stronę Donalda zawsze lekko rozszerzał oczy, jak gdyby z pełnego słońca zmuszony był wejść do pomieszczenia wypełnionego ciemnością.
Jak gdyby nie dawał wiary temu, co widzi.

Alexander w milczeniu zamknął za sobą ciężkie drzwi. W milczeniu podszedł do Lorien. Właściwie nie rozmawiali ze sobą od czasu tego, co stało się z Donaldem. Bo Donald nie żył. Alexander nie wiedział, co powinien w związku z tym czuć, więc milczał. Milczał, bo czuł zbyt mało, a jednocześnie zbyt wiele.

— Kochać mężczyznę niezdolnego do wzajemności. — Jego głos był łagodnym, gdy wreszcie przemówił. — Powiedz, czy to mężczyznę kochałaś? Czy to za nim tęskniłaś przez te wszystkie lata? Czy to może za kobietą, którą byś się stała, gdyby cię kochał, tęskniło twoje serce?
Wiedział, o co go zapyta. Mówisz o sobie, czy o swoim bracie, zapytałaby, gdyby miała w sobie siłę, aby mu przerwać. A jednak uprzedził jej pytanie.
— Chciałem być nim tylko wtedy, gdy na niego patrzyłaś. Nigdy nie zazdrościłem mu niczego więcej ponad spojrzenie.
Donald miał oczy po matce. Zawsze sobie o tym przypominał, gdy napotykał nieobecne spojrzenie ciemnych oczu Seliny Mulciber. Tak ciemnych, że niemal czarnych. Nie sposób było bowiem powiedzieć, gdzie się kończą źrenice, a gdzie zaczynają tęczówki. To dzięki pracy w Departamencie Tajemnic wiedział, że było to efektem przewlekłej ekspozycji na amortencję. Gdy na starych zdjęciach oczy zdawały się bardziej brązowymi, przekonywał się, że to wina aparatu. Nawet jeżeli nie były robione w pełnym słońcu, gdy struktura ludzkiej tęczówki zwykła ujawniać swe prawdziwe kolory niby witraż w oknie, za którym kryje się dusza. Nie bez powodu oczy nazywano oknami duszy. "Oczy są najważniejsze", odpisał mu portrecista, którego wybrał, aby wykonał portret Lorien. A jednak klisza aparatu mogła ulec prześwietleniu. Kolory na portrecie zakłamaniu. Bo przecież matka na swoim portrecie ślubnym też miała brązowe oczy. Wspomnienia były jeszcze bardziej ulotnymi. We wspomnieniach Alexandra matka miała oczy czarne jak najczarniejsza noc. Były takie odkąd tylko pamiętał. Ale przecież po kimś Donald musiał odziedziczyć brąz swoich. Alexander zawsze zazdrościł bratu, że dostał oczy po matce. To jemu należały się z racji daru, jaki otrzymał. Jemu, nie Donaldowi.
A wystarczyło przecież kilka kropel amortencji, żeby jego oczy z jasnoniebieskich stały się kobaltowe jak oczy Lorien… A potem czarne, jak oczy jego matki.
Jaki kolor mogły mieć teraz oczy Donalda?, zastanawiał się, jakie byłyby, gdyby rozwarł zamknięte w wiecznym śnie powieki?
Być może nie chodziło o oczy. Być może chodziło o samo spojrzenie. Alexander nigdy nie był zbyt dobry w utrzymywaniu spojrzenia. W patrzeniu ludziom w oczy. Może gdyby nie odwrócił wtedy wzroku, może wtedy…
— Nigdy nie chciałem niczego innego. Nie zależało mi na niczym innym, co posiadał Donald. Wyrzucasz mi tak wiele, Lorien, a ja nie chciałem żadnej z tych rzeczy, o której mówisz. — Nadal nie chciał. — Wiesz czego chciałem?
Wcześniej zatrzymał się tuż przed podestem prowadzącym na katafalk. Teraz… Powoli zaczął obchodzić trumnę. Okrążył ciało brata. Nie od strony głowy, lecz od strony nóg, choć dotarłby do Lorien szybciej, gdyby przeszedł za głową zmarłego. Być może kierował się przesądem… A być może wciąż żywą była obawa, że truchło brata stanowić może zagrożenie.
Wplótł delikatnie rękę we włosy Lorien.
Nawet stojąc na podwyższeniu nie była od niego wyższą.
— Chciałem uczynić mojego ojca dumnym. Chciałem zostać prorokiem jak moja matka. — Coś na kształt uśmiechu rozświetliło jego twarz, choć gorzkim był to uśmiech. Nie mogła go jednak widzieć. Nie, gdy odchylił jej włosy tak, aby odsłonić gołą skórę. — Chciałem być chcianym — wyszeptał do jej szyi. — A ty zawsze zachowywałaś się tak, jak gdybyś mnie nie chciała. Więc które z nas było bardziej żałosne? Które było bardziej naiwne? — Głos nagle mu zadrżał. — Teraz już wiesz, jak to jest, być jedną z nas, Lorien. Zawsze ktoś inny dostaje to, czego chcesz ty.
Pocałował jej szyję. Jego oddech był tak samo krótki jak pocałunek. Na początku nie mógł zmieścić w nim słów.
— Mój ród, mówisz. Mój ród… Pierdolę mój ród. Moja matka przeklęła go zanim zdążyliśmy jeszcze przyjść na świat. Żadne z was nie wie, jak straszliwe modły wznosiła pośród ścian tej kaplicy. Co szeptała przed tym ołtarzem. Ale je się na nich wychowałem. Wzrastałem tak na jej mleku, jak przekleństwach. Przeklęte niech będą owoce przeklętego łona — dodał na krótką chwilę płynnie przechodząc na romski, zanim powrócił do angielszczyzny. — Przeklęła wszystko, a ja kocham ją mimo to, bo jak mógłbym nie kochać mojej matki.
Alexander puścił włosy Lorien, pozostał jednak niewygodnie blisko.
— Mój sygnet. Cóż powiesz mi o moim sygnecie? Noszę go, bo chciałem być synem mojego ojca bez brzmienia nazwiska, jakie nosił. Powiedziałem mu kiedyś… Powiedziałem, że wolałbym być Ayersem niż Mulciberem. Niczego nie żałuję tak, jak tego. Nieważne, co zrobił mój ojciec: nie zasługiwał, żeby to usłyszeć. A już na pewno zasługiwał na lepszego syna niż ja. A teraz, gdy już go nie ma, został mi po nim tylko ten sygnet. Teraz noszę go z dumą, i będę nosił go aż do śmierci. Nie dlatego, że widnieje na nim rodowy herb Mulciberów. Dlatego, że widnieje na nim herb mojego ojca. A ja kochałem ojca… Ojca, nie ojcowskie dziedzictwo. Cóż bowiem z dziedzictwem, o którym mówisz tak wiele? Nie mam żadnego dziedzictwa, Lorien. Nie mam i nigdy nie będę miał. Nie będzie pomników, nie będzie pamiątkowych tablic. Nie będzie nawet grobu. Nie będzie pogrzebu. Nie zostawię po sobie na tym świecie żadnego śladu. Zostaną po mnie tylko popioły rzucone na wiatr, wspomnienie słów, które poniesie pośród wrzosowisk. W pewnym sensie zawsze wiedziałem, że tak się to skończy. A jednak… Wciąż jeszcze zostaje portret. Portret, na którym zgodziłem się, ponieważ cię kocham.

Cały ten czas unikał spojrzenia na ciało brata wprost. Prześlizgiwał się wzrokiem po bogato zdobionym całunie, na którym go złożono. Po zarysie tego, co niegdyś było Donaldem. Nie potrafił spojrzeć na truchło. Unikał bezpośredniej konfrontacji, jak gdyby bał się, że jego spojrzenie uciec może poza peryferie życia.
Alexander nie patrzył, dopóki nie podjął decyzji, aby spojrzeć.
Lorien przestała wówczas słyszeć jego oddech.

— Dlaczego tutaj jestem? — wyszeptał wreszcie. — Bo to mój dom. Bo to mój brat. Bo to moja wina. Bo ty też wciąż jesteś, mimo wszystko, moja. Którą z tych odpowiedzi chciałaś usłyszeć, siostro? To moją dłoń powinnaś całować, nie jego. Nie dlatego, że jestem tutaj panem. Nie dlatego nawet, że jestem bratem, któremu winnaś posłuszeństwo, ale dlatego, że jestem na tyle kochającym… Na tyle łaskawym, że pozwalam wybrać ci odpowiedź "dlaczego". Czy nie jestem kochającym? — zapytał cicho, ale dziwnie zapamiętale: głos jego po raz pierwszy podniósł się ponad szept. — Czy nie jestem łaskawym?
Wreszcie odetchnął głębiej, uspokajając się momentalnie. Przestał mrugać jednak, jak zawsze w obecności Donalda.
Strach żył w nim zbyt głęboko. Bo Alexander znał swojego brata. Nienawidził go, a jednak znał go na wylot… A Donald znał jego.
— Zapewniam, że kochałem cię lepiej, niż on kiedykolwiek byłby zdolny kochać.
Lorien powinna się cieszyć, że Donald nie zdecydował się jej poślubić. A raczej, że zdecydował się jej nie poślubić.
Świat był dla Donalda polem szachowym, a ludzie byli figurami na tym polu. Wszystko było dla niego grą o władzę. Jego brat respektował graczy gotowych podjąć wyzwanie, ale czuł zawiść wobec tych, którzy byli w szachach lepsi, a przynajmniej lepsi od niego. Żaden pionek nie mógł zagrażać królowi. W jego obronie poświęciłby wszystkich… A już na pewno królową.
Nie powiedział jej, że nigdy nie byłaby panią na Mulciber Manor, bo Mulciber Manor zwyczajnie by nie istniało, gdyby Donald objął rządy. Jego brat planował w ostatnim czasie przenieść rodową siedzibę do swojej rezydencji pod Londynem. Tego też jej nie powiedział. Nie powiedział jej, co jego brat robił Dianie, ale być może wiedziała…? Kobiety zwykły wiedzieć takie rzeczy instynktownie. Wyczuwały u mężczyzn popęd ku przemocy tlący się tuż pod skórą. Gdyby nie wiedziała, nie użyłaby amortencji. A zatem musiała wiedzieć, musiała rozumieć.
Nie powiedział jej, że jego ojciec w taki sam sposób karmił amortencją jego matkę.
— Kochałem cię, ale nigdy ciebie nie miałem, Lorien. Nawet teraz on ma cię bardziej niż ja. Bardziej ma cię babka… Bardziej ma cię każdy w tej rodzinie, tylko nie ja. Bo tobie zawsze chodzi o nich. To dla nich musisz być wystarczająca. A dla mnie, to ty jesteś rodziną. Byłaś nią bez nazwiska, byłaś nią już jako Lorien. Bo ty mi wystarczasz za rodzinę, Lorien, ale ja nigdy nie wystarczałem tobie. I nie wystarczę nawet wtedy, gdy wszyscy Mulciberowie dołączą do niego w…
W czeluściach piekieł, chciał powiedzieć: powstrzymał się jednak przed przekleństwem.
Bo wtedy przekląłby przecież i ją. A jej jedynej przeklinać nigdy nie chciał.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (1723), Lorien Mulciber (1663)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa