31.08.2026, 10:35 ✶
W to złociste sobotnie popołudnie Anthony wcale się nie spóźnił.
On tam był jeszcze zanim cała impreza się zaczęła.
Złośliwi mogliby powiedzieć, że poczuwał się niemalże jako współgospodarz całej fety, ale nie była to prawda. Jego dość świeża relacja z Bertim Bottem miała tyleż warstw co legendarny miodownik cukiernika, ale w tym miejscu i tym czasie jaskrawo było widać tę opartą na układzie biznesowym. W aktywach Shafiq'a znajdowała się przepiękna rozległa prowansalska winnica zwieńczona herbem trójgłowego smoka. Ścisła wspólpraca ze świeżo upieczonym restauratorem była niemalże naturalną koleją rzeczy - szczególnie jeśli przyjrzeć się innym, bardziej charytatywnym działaniom obu gentlemanów na terenie Doliny Godryka. Teraz jednak nie Złote Jabłko, za Zaklęta Łyżeczka były na tapecie, Bott lśnił, a Shafiq sekundował mu pociągając jeszcze przed otwarciem kilka sznurków, wysyłając kilka zaproszeń li tylko po to, aby to miejsce uświetniły swoją obecnością wybitne znamienitości świata polityki i kultury. Nie żeby trzeba było ich wybitnie zachęcać - sława twórcy kultowych fasolek napędzała sama siebie - ale kim był Anthony, żeby nie dopomóc szczęściu swojego biznesowego partnera.
Dlatego choć nie był gospodarzem, trochę się poczuwał do zabawiania gości, wskazywania szczupłym palcem swoich ulubionych punktów zawartych w menu, zachęcającym do zabawy w zgadywanie wszystkich składników cudownego grzanego wina zrobionego na bazie jego własnego, osobistego trunku. Był dumnym winiarzem, sam nie uznawał grzańców jako coś godnego uwagi, ale też był politykiem i potrafił pięknie uśmiechać się na zawołanie, okazjonalnie ruchem dłoni kształtując gorącą parę unoszącą się nad kubkami rozmówców w smoczą ziejącą głowę.
Prezentował się zacnie, choć nie krzykliwie. Mężczyzna wybrał na tę okazję szatę, wpisującą się w styl w jaki zwykł pokazywać się na takich spendach. Uszyta oczywiście, na mocy umowy, przez pracownię Rosierów, wykonana została z ciężkiego, granatowego jedwabiu o odcieniu tak głębokim, że w świetle witraży zdawał się wpadać w czerń. Materiał przecinały subtelne hafty przedstawiające wijące się pędy winorośli, których srebrne nici łagodnie połyskiwały przy każdym ruchu. Przy wysokim kołnierzu oraz mankietach dostrzec można było drobne, geometryczne motywy smoków – dyskretne, eleganckie nawiązanie zarówno do rodowej estetyki zafiksowanych na przeszłości Shafiqów, jak i do nazwy jego francuskiej winnicy: Château des Dragones. Długi płaszcz sięgał niemal kostek, zaś klasyczny krój zdawał się przypominać, że świat czarodziejskiej arystokracji nieodmiennie ceni tradycję nad mugolskie wpływy. Nie pokrywało się to do końca z jego osobistymi przekonaniami, ale na tej wielowymiarowej szachownicy nawet całkiem swobodne spotkania w nowo powstałej restauracji były wciąż i wciąż elementem niekończącej się rozgrywki.
Na dłoni Anthony'ego błyszczał przy każdym geście złoty sygnet z którym się przecież nie rozstawał. Biżuteria nieodmiennie nosiła na sobie insygnia Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Ukryta pod iluzją szalkowa waga też by pasowała, skoro apokaliptyczny głód nigdy nie powinien dotykać ni oliwy ni wina, była to okazja jednak połowicznie oficjalna, dlatego też Shafiq nie zamierzał rezygnować z symbolu Ministerstwa. Nie były to jednak element przyciągające spojrzenia najmocniej. Uwagę zwracała pewność, z jaką poruszał się pośród gości – spokojna, wyważona, niemal dyplomatyczna – jak człowiek przywykły do sal konferencyjnych, bankietów i rozmów, od których zależały losy przedsięwzięć większych niż pojedyncze restauracje. Tak z resztą było. Już za kilka dni miał wyruszyć na negocjacje do Lozanny. Dzisiejsze popołudnie było ledwie znakiem przystankowym na historii, którą obecnie pisał.
– Musisz przyznać, że są wyborne… – wypowiedział miękko do zasiadającego z nim w odseparowanej możliwie prywatnej loży ambasadora francuskiego, który od lat był jego serdecznym przyjacielem, na ile można mówić o serdecznych przyjaciołach w świecie krwiożerczej polityki. Z Delacourem znali się od niemalże dwudziestu lat, był politykiem, który wsparł Anthony'ego podczas jego kariery ambasadorskiej we Francji. Więcej - pomagając wysmyknąć się francuzowi z kilku niewygodnych problemów, Anthony dostał jako wyraz jego wdzięczności kawałek ziemi, bardzo płodnej ziemi, na której już wtedy pyszniły się krzewy winogron. Ten gest na stałe zmienił tory życia Shafiqa, czyniąc go również w pewnym stopniu winiarzem, zaś handel i dystrybujca trunku oraz wymyślanie kolejnych smoczych roczników na lata stała się kreatywnym hobby mężczyzny zupełnie jakby nie była to jego biurowa codzienność w skali krajowego eksportu i importu. Po latach to Delacour otrzymał nominację na misję do tak szalenie odległego kraju jakim była sąsiednia wyspa i teraz to Anthony mógł go gościć u siebie, albo chociażby zapraszać na tak urocze spotkania jak otwarcie Zaklętej Łyżeczki.
– Żałujesz, że mi ją oddałeś? – zapytał znów, upijając łyk bardzo świeżego rocznika, bo żal byłoby dawać na grzaniec cokolwiek starszego. Mężczyzna dbał o to, żeby rozmowa była niezobowiązująca, wręcz podnosząca na duchu. Ze swojej natury szczerze nie znosił tego pustosłowia, ale miał świadomość jego istoty w kontaktach międzyludzkich. Za moment, za dwa, całkiem możliwe, że będzie potrzebował przysługi i to dość sporej. Międzynarodowa Unia Magiczna miała wcielonych innych dyplomatów innych polityków, ale rodak dawnego mentora mógł być problematyczny na drodze do uzyskania kredytu na odbudowę na preferencyjnych warunkach. Anthony szybko odgonił myśl o tym, zagłębiając wypolerowany widelec w mięsie. Dziś - obiecał sobie - zero polityki. Nie chciał ludziom kojarzyć się ze złym omenem, przeklętym prorokiem nawołującym do opamiętania i podjęcia radykalnych działań przeciwko śmierciożercom. Łagodna perswazja i czas… mieli go coraz mniej, ale był tak szalenie niezbędny. – W przyszłym miesiącu jadę na kilka dni, myślę że po Sammhein będzie najlepszy na to moment by odetchnąć. Wiesz, po śmierci Thomasa, spędziłem tam dwa miesiące i nawet trochę miałem poczucie, że mi się nudzi, a teraz ponad wszystko tęsknię za tym spokojem. I za powietrzem. Nie ma piękniejszego zapachu niż poranny wiatr przemieszczający się między dorastającymi gronami. – Rozmarzył się na moment, mogąc pozwolić sobie na to, by w tej rozmowie uciec na moment, nawet jeśli jego umysł nie uciekał bynajmniej do bardzo uprzemysłowionej na obecnym etapie winiarni. O nie, on uciekał do Hiszpanii, gdzie realnie planował swoją emeryturę i patrząc na obecne warunki geopolityczne i rosnące napięcia między nim a Ministrą Eugenią Jenkins… być może wspomniana emerytura nastąpiłaby szybciej niż później. Też winnica, choć absolutnie inna niż dom smoków, przede wszystkim ukryta, niejawna, przesłonięta przed niemal wszystkimi. Prywatna. Osobista.
Rozmarzył się.
Być może to była mrzonka, być może to był sen niemożliwy do realizacji, w którym mógłby zacząć żyć absurdalnie odmiennym życiem z dala od blasku fleszy magicznych aparatów, od konfliktu, od lęku, od niepewności jutra. Proste życie, proste problemy, proste rozwiązania… Czy umiałby? Czy potrafiły odpuści odpowiedzialność? Oddać kontrolę? Nie wiedział tego. Ale lubił o tym myśleć, obracać w palcach, jak fiolkę z wyciągniętym z głowy wspomnieniem.
– Przepraszam, czy możesz powtórzyć? – Nagle zdał sobie sprawę, że odpłynął za bardzo na zbyt długo i już podjął próbę zebrania swojej uważności na rozmówcy. Lista osób z którymi miał dzisiaj na otwarciu Zaklętej Łyżeczki porozmawiać była przeraźliwie długa, a w głowie już liczył czas szelestem przesypujących się w klepsydrze ziarenek piasku. Zastępca szefa departamentu, szef biura, sekretarz cechu rzemieślników, Bagshotowie… Mimowolnie uciekł wzrokiem z antresoli, próbując wypatrzyć w tłumie gości górującą nad pozostałymi postać swojego zastępcy. Obaj byli świadomi, że podczas wydarzenia raczej ze sobą nie porozmawiają, Anthony był zresztą nasycony jego obecnością poza biurem i z umiarkowanym poziomem ekscytacji wypatrywał momentu w którym razem wyruszą na wspólną delegację, pierwszą od… zawsze. Rychło zganił się w myślach i przywołał do porządku, kontynuując niezobowiązującą rozmowę o winie z ambasadorem.
Gdy skończył posiłek, zgodnie z planem opuścił przyjaciela i pokrążył jeszcze wśród gości, wznosząc niezobowiązujące toasty i sycąc oko sukcesem rosłego blondyna, któremu gdzieś zazdrościł faktu, że przy sukcesie komercyjnym własnej działalności, mężczyzna przez lata nie zatracił ani pogody ducha, ani idealizmu, który popychał go do działań większych i znaczniejszych w opinii Shafiq'a niż to miejsce. Działalność charytatywna miała jednak to do siebie, że wymagała nakładu funduszy, Shafiq był więc pierwszym żeby dolać wina i ostatnim żeby rzucić kamieniem.
Ostatecznie, gdy poczuł już ciężar i zmęczenie całego dnia, a właściwie gdy zdał sobie sprawę, że myśli naprzemiennie albo o wieczorze w ciasnym przedziale Orient Expressu, który przyjdzie mu spędzić za kilka dni z Selwynem, albo o sennej marze ciepłej porannej kawy serwowanej w białych ścianach winnicy w regionie Rioja… Wtedy pożegnał się i opuścił restaurację, zabierając ze sobą z serdecznym, ale wyraźnie zmęczonym uśmiechem podarunek dla gości, którego zapomniał wziąć z początku swojej wizyty.
On tam był jeszcze zanim cała impreza się zaczęła.
Złośliwi mogliby powiedzieć, że poczuwał się niemalże jako współgospodarz całej fety, ale nie była to prawda. Jego dość świeża relacja z Bertim Bottem miała tyleż warstw co legendarny miodownik cukiernika, ale w tym miejscu i tym czasie jaskrawo było widać tę opartą na układzie biznesowym. W aktywach Shafiq'a znajdowała się przepiękna rozległa prowansalska winnica zwieńczona herbem trójgłowego smoka. Ścisła wspólpraca ze świeżo upieczonym restauratorem była niemalże naturalną koleją rzeczy - szczególnie jeśli przyjrzeć się innym, bardziej charytatywnym działaniom obu gentlemanów na terenie Doliny Godryka. Teraz jednak nie Złote Jabłko, za Zaklęta Łyżeczka były na tapecie, Bott lśnił, a Shafiq sekundował mu pociągając jeszcze przed otwarciem kilka sznurków, wysyłając kilka zaproszeń li tylko po to, aby to miejsce uświetniły swoją obecnością wybitne znamienitości świata polityki i kultury. Nie żeby trzeba było ich wybitnie zachęcać - sława twórcy kultowych fasolek napędzała sama siebie - ale kim był Anthony, żeby nie dopomóc szczęściu swojego biznesowego partnera.
Dlatego choć nie był gospodarzem, trochę się poczuwał do zabawiania gości, wskazywania szczupłym palcem swoich ulubionych punktów zawartych w menu, zachęcającym do zabawy w zgadywanie wszystkich składników cudownego grzanego wina zrobionego na bazie jego własnego, osobistego trunku. Był dumnym winiarzem, sam nie uznawał grzańców jako coś godnego uwagi, ale też był politykiem i potrafił pięknie uśmiechać się na zawołanie, okazjonalnie ruchem dłoni kształtując gorącą parę unoszącą się nad kubkami rozmówców w smoczą ziejącą głowę.
Prezentował się zacnie, choć nie krzykliwie. Mężczyzna wybrał na tę okazję szatę, wpisującą się w styl w jaki zwykł pokazywać się na takich spendach. Uszyta oczywiście, na mocy umowy, przez pracownię Rosierów, wykonana została z ciężkiego, granatowego jedwabiu o odcieniu tak głębokim, że w świetle witraży zdawał się wpadać w czerń. Materiał przecinały subtelne hafty przedstawiające wijące się pędy winorośli, których srebrne nici łagodnie połyskiwały przy każdym ruchu. Przy wysokim kołnierzu oraz mankietach dostrzec można było drobne, geometryczne motywy smoków – dyskretne, eleganckie nawiązanie zarówno do rodowej estetyki zafiksowanych na przeszłości Shafiqów, jak i do nazwy jego francuskiej winnicy: Château des Dragones. Długi płaszcz sięgał niemal kostek, zaś klasyczny krój zdawał się przypominać, że świat czarodziejskiej arystokracji nieodmiennie ceni tradycję nad mugolskie wpływy. Nie pokrywało się to do końca z jego osobistymi przekonaniami, ale na tej wielowymiarowej szachownicy nawet całkiem swobodne spotkania w nowo powstałej restauracji były wciąż i wciąż elementem niekończącej się rozgrywki.
Na dłoni Anthony'ego błyszczał przy każdym geście złoty sygnet z którym się przecież nie rozstawał. Biżuteria nieodmiennie nosiła na sobie insygnia Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Ukryta pod iluzją szalkowa waga też by pasowała, skoro apokaliptyczny głód nigdy nie powinien dotykać ni oliwy ni wina, była to okazja jednak połowicznie oficjalna, dlatego też Shafiq nie zamierzał rezygnować z symbolu Ministerstwa. Nie były to jednak element przyciągające spojrzenia najmocniej. Uwagę zwracała pewność, z jaką poruszał się pośród gości – spokojna, wyważona, niemal dyplomatyczna – jak człowiek przywykły do sal konferencyjnych, bankietów i rozmów, od których zależały losy przedsięwzięć większych niż pojedyncze restauracje. Tak z resztą było. Już za kilka dni miał wyruszyć na negocjacje do Lozanny. Dzisiejsze popołudnie było ledwie znakiem przystankowym na historii, którą obecnie pisał.
– Musisz przyznać, że są wyborne… – wypowiedział miękko do zasiadającego z nim w odseparowanej możliwie prywatnej loży ambasadora francuskiego, który od lat był jego serdecznym przyjacielem, na ile można mówić o serdecznych przyjaciołach w świecie krwiożerczej polityki. Z Delacourem znali się od niemalże dwudziestu lat, był politykiem, który wsparł Anthony'ego podczas jego kariery ambasadorskiej we Francji. Więcej - pomagając wysmyknąć się francuzowi z kilku niewygodnych problemów, Anthony dostał jako wyraz jego wdzięczności kawałek ziemi, bardzo płodnej ziemi, na której już wtedy pyszniły się krzewy winogron. Ten gest na stałe zmienił tory życia Shafiqa, czyniąc go również w pewnym stopniu winiarzem, zaś handel i dystrybujca trunku oraz wymyślanie kolejnych smoczych roczników na lata stała się kreatywnym hobby mężczyzny zupełnie jakby nie była to jego biurowa codzienność w skali krajowego eksportu i importu. Po latach to Delacour otrzymał nominację na misję do tak szalenie odległego kraju jakim była sąsiednia wyspa i teraz to Anthony mógł go gościć u siebie, albo chociażby zapraszać na tak urocze spotkania jak otwarcie Zaklętej Łyżeczki.
– Żałujesz, że mi ją oddałeś? – zapytał znów, upijając łyk bardzo świeżego rocznika, bo żal byłoby dawać na grzaniec cokolwiek starszego. Mężczyzna dbał o to, żeby rozmowa była niezobowiązująca, wręcz podnosząca na duchu. Ze swojej natury szczerze nie znosił tego pustosłowia, ale miał świadomość jego istoty w kontaktach międzyludzkich. Za moment, za dwa, całkiem możliwe, że będzie potrzebował przysługi i to dość sporej. Międzynarodowa Unia Magiczna miała wcielonych innych dyplomatów innych polityków, ale rodak dawnego mentora mógł być problematyczny na drodze do uzyskania kredytu na odbudowę na preferencyjnych warunkach. Anthony szybko odgonił myśl o tym, zagłębiając wypolerowany widelec w mięsie. Dziś - obiecał sobie - zero polityki. Nie chciał ludziom kojarzyć się ze złym omenem, przeklętym prorokiem nawołującym do opamiętania i podjęcia radykalnych działań przeciwko śmierciożercom. Łagodna perswazja i czas… mieli go coraz mniej, ale był tak szalenie niezbędny. – W przyszłym miesiącu jadę na kilka dni, myślę że po Sammhein będzie najlepszy na to moment by odetchnąć. Wiesz, po śmierci Thomasa, spędziłem tam dwa miesiące i nawet trochę miałem poczucie, że mi się nudzi, a teraz ponad wszystko tęsknię za tym spokojem. I za powietrzem. Nie ma piękniejszego zapachu niż poranny wiatr przemieszczający się między dorastającymi gronami. – Rozmarzył się na moment, mogąc pozwolić sobie na to, by w tej rozmowie uciec na moment, nawet jeśli jego umysł nie uciekał bynajmniej do bardzo uprzemysłowionej na obecnym etapie winiarni. O nie, on uciekał do Hiszpanii, gdzie realnie planował swoją emeryturę i patrząc na obecne warunki geopolityczne i rosnące napięcia między nim a Ministrą Eugenią Jenkins… być może wspomniana emerytura nastąpiłaby szybciej niż później. Też winnica, choć absolutnie inna niż dom smoków, przede wszystkim ukryta, niejawna, przesłonięta przed niemal wszystkimi. Prywatna. Osobista.
Rozmarzył się.
Być może to była mrzonka, być może to był sen niemożliwy do realizacji, w którym mógłby zacząć żyć absurdalnie odmiennym życiem z dala od blasku fleszy magicznych aparatów, od konfliktu, od lęku, od niepewności jutra. Proste życie, proste problemy, proste rozwiązania… Czy umiałby? Czy potrafiły odpuści odpowiedzialność? Oddać kontrolę? Nie wiedział tego. Ale lubił o tym myśleć, obracać w palcach, jak fiolkę z wyciągniętym z głowy wspomnieniem.
– Przepraszam, czy możesz powtórzyć? – Nagle zdał sobie sprawę, że odpłynął za bardzo na zbyt długo i już podjął próbę zebrania swojej uważności na rozmówcy. Lista osób z którymi miał dzisiaj na otwarciu Zaklętej Łyżeczki porozmawiać była przeraźliwie długa, a w głowie już liczył czas szelestem przesypujących się w klepsydrze ziarenek piasku. Zastępca szefa departamentu, szef biura, sekretarz cechu rzemieślników, Bagshotowie… Mimowolnie uciekł wzrokiem z antresoli, próbując wypatrzyć w tłumie gości górującą nad pozostałymi postać swojego zastępcy. Obaj byli świadomi, że podczas wydarzenia raczej ze sobą nie porozmawiają, Anthony był zresztą nasycony jego obecnością poza biurem i z umiarkowanym poziomem ekscytacji wypatrywał momentu w którym razem wyruszą na wspólną delegację, pierwszą od… zawsze. Rychło zganił się w myślach i przywołał do porządku, kontynuując niezobowiązującą rozmowę o winie z ambasadorem.
Gdy skończył posiłek, zgodnie z planem opuścił przyjaciela i pokrążył jeszcze wśród gości, wznosząc niezobowiązujące toasty i sycąc oko sukcesem rosłego blondyna, któremu gdzieś zazdrościł faktu, że przy sukcesie komercyjnym własnej działalności, mężczyzna przez lata nie zatracił ani pogody ducha, ani idealizmu, który popychał go do działań większych i znaczniejszych w opinii Shafiq'a niż to miejsce. Działalność charytatywna miała jednak to do siebie, że wymagała nakładu funduszy, Shafiq był więc pierwszym żeby dolać wina i ostatnim żeby rzucić kamieniem.
Ostatecznie, gdy poczuł już ciężar i zmęczenie całego dnia, a właściwie gdy zdał sobie sprawę, że myśli naprzemiennie albo o wieczorze w ciasnym przedziale Orient Expressu, który przyjdzie mu spędzić za kilka dni z Selwynem, albo o sennej marze ciepłej porannej kawy serwowanej w białych ścianach winnicy w regionie Rioja… Wtedy pożegnał się i opuścił restaurację, zabierając ze sobą z serdecznym, ale wyraźnie zmęczonym uśmiechem podarunek dla gości, którego zapomniał wziąć z początku swojej wizyty.
!Słodycze Bertiego