01.04.2026, 13:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2026, 13:29 przez Seisyll Rowle.)
wczesnym wieczorem, miasteczko Anglesey
List otrzymany przez Seisylla trzy dni temu, wywołał w jego głowie pasmo przemyśleń przeróżnych. Przykry sposób na sprzedanie swojej córki w ręce obcego mężczyzny – tak mu się przynajmniej wydawało, kiedy czytał tekst zapisany na pożółkłym pergaminie i zastanawiał się nad tym, czy byłby w stanie napisać coś takiego o Helenie. Wychowany w smoczym rezerwacie, wśród walijskich legend, gór i religii przypominającej bardziej pierwotny ryk, niż echo wypastowanych posadzek Whitecroft, Seisyll wierzył w siłę i wartość wolności. Pani Malfoy pisała o swojej córce tak, jakby miała być kobietą zniewoloną.
Nie takimi słowami Rowle definiowali tradycje. Mógł, oczywiście, przyjąć pod swój dach nową żonę. Stać go było i na nią i na większą ilość dzieci, z których wszystkie mogły żyć godnie na jego utrzymaniu, jeśli taka byłaby jej wola. Cóż jednak cicha i nieporadna w opisie własnej matki dziewczyna miałaby jednak szukać u kogoś, kto wygrywał rytualne melodie na bębnach i wprawiał modlących się w trans – w wir, w ilinx – miałaby wtedy złożyć ręce i klęknąć jak cnotka, nie pozwalając sobie na zaznanie prawdziwego życia? Tak nie mogło wyglądać szczęście, wszak ono znajdowało się blisko natury, tam gdzie nie było już ciszy, bo wypierały ją dźwięki drzew, śmiechu, sapania, krzyków, jęków. Prawdziwe życie było dzikością.
Kogoś, komu matka zrobiła taką reklamę nie miał zbyt wiele do powiedzenia…
A przynajmniej tak mówił sobie przez pierwszy dzień. Zmiął te żałosne wypociny i rzucił ją na stertę papierów, których przeznaczeniem było skończyć w ogniu.
Deirdre Malfoy, ku jego zaskoczeniu, wracała do jego myśli jeszcze wiele razy, nawet kiedy był skupiony na precyzyjnych uderzeniach młota. Mógł być mordercą, mógł być bawidamkiem, ale przecież był mordercą i bawidamkiem poczciwym. Wielkie znaczenie miała dla niego ludzka wola, osobiste preferencje, chęci. Nie lubił relacji wymuszonych. Mimo tego, opis drętwej Deirdre Malfoy, która mogłaby zaznać w Llanberis tego, jak można żyć poza najwyraźniej wiejącą niemytym chujem rezydencją Malfoyów, wprawiała go w stan, który znał w sobie dobrze.
Drugiego dnia odkopał ten list, wyciągnął z niego zdjęcie, na które wcześniej nie raczył spojrzeć i zastanawiał się w jaki sposób ta dziewczyna mogłaby wyglądać, gdyby upoiła się kadzielnicą, zrzuciła z siebie gorset i spojrzała w czeluść ogniska, którego ciepło i rytm tańczących w oczach płomieni miał zaprowadzić ją w objęcia Eutierrii. Jak bardzo mógłby ją zmienić?
To pytanie zaprowadziło ich tutaj.
Seisyll siedział spokojnie przy dwuosobowym stoliku w eleganckiej restauracji w walijskim mieście Anglesey. Lubił widok z piętra – morze o tej porze roku miało swój urok, szczególnie przy zachodzie słońca. Ładnie ubrany, przystojny. Ciemne szkła zasłaniające gadzie oczy odłożył na blat. Pił już i palił, chociaż Deirdre jeszcze się nie pojawiła. Nie dało się jednak dostrzec w tym słabości. Nie zasłaniał się dymem, nie dodawał sobie brakującej odwagi, nie potrzebował zrobić czegoś z rękoma. Tym, czym emanował, była dominacja.
walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
Salazar #7f4242