![]() |
|
[29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Little Whinging (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=152) +---- Wątek: [29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora (/showthread.php?tid=6493) Strony:
1
2
|
[29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 02.10.2026 z samego rana przed Azylem Figgów
Niebo ledwie przebijało się przez gęstą pokrywę szarych chmur, a widoczny pomiędzy jej pasmami błękit pozostawał tak blady, że trudno było uznać go za zapowiedź słonecznego dnia. Koniec września przyniósł ze sobą ten rodzaj poranków, które skutecznie odbierały mi resztki dobrego humoru, zanim jeszcze zdążyłem porządnie otworzyć oczy, a ponieważ ostatnimi czasy moje usposobienie i tak pozostawiało sporo do życzenia, zdecydowanie nie potrzebowałem dodatkowych atrakcji w postaci wilgotnego chłodu wciskającego się pod kołnierz kurtki i mglistej mżawki, która rozlała się po okolicy - a jednak - pomimo upływu kolejnych minut, wszechobecna chłodna biel nadal wisiała nisko nad okolicą, gęsta i mleczna, rozpełzając się pomiędzy budynkami, przykrywając ogrodzenia i rozmywając kontury drzew, przez co nawet najbliższe zabudowania wyglądały odlegle i odrobinę nierealnie. Wilgoć osiadała na kamiennych stopniach, drewnianych ramach okien i wszystkim, co miało nieszczęście znaleźć się na zewnątrz, mnie również nie oszczędzając, nawet jeśli miałem wystarczająco dużo powodów do irytacji bez dopisywania do tej listy brytyjskiej pogody, która, jak wiadomo, miała w głębokim poważaniu moje plany, obowiązki i potrzebę przespania przynajmniej jednej przytłaczająco samotnej nocy bez niepokojących snów, nieprzewidzianych komplikacji ani konieczności podejmowania decyzji, których skutki musiałem później brać na własne barki. Stałem przed wejściem do kociego azylu Figgów, z papierosem wetkniętym między palce skostniałej dłoni i z umiarkowanie ciężkim kartonem przyciśniętym do brzucha, próbując przekonać samego siebie, że załatwienie tej sprawy o tak wczesnej porze miało jakikolwiek sens, chociaż im dłużej przyglądałem się mlecznym oparom snującym się nad ulicą, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że mogłem równie dobrze zostać w łóżku - nieważne, jak zimnym i twardym - przykryć głowę kołdrą i udawać, że świat poza czterema ścianami przestał istnieć. Zaciągnąłem się, czując znajomą gorycz tytoniu na języku, po czym powoli wypuściłem dym, który niemal natychmiast zlał się z otoczeniem. - Miau. - Karton poruszył się lekko w moich ramionach, podczas gdy ze środka dobiegł odgłos drobnych, ostrych pazurów przesuwających się po tekturze. - Nie zaczynaj. - Opuściłem wzrok na pudło, z którego dobiegł cichy, nieco urażony protest, po czym zacisnąłem usta, powstrzymując westchnienie, które cisnęło mi się na nie z wyjątkową intensywnością - zawartość paczki pozostawała dla mnie zagadką o tyle niewielką, że od samego początku wiedziałem, co tam siedziało, bo sam to w nim umieściłem, natomiast jej aktualny stan emocjonalny stanowił już znacznie bardziej skomplikowaną kwestię, ponieważ od chwili, w której zdecydowałem się zabrać te małe nieszczęścia ze sobą, zdążyłem wysłuchać całej serii miauknięć wyrażających niezadowolenie z warunków transportu, temperatury otoczenia oraz, jak podejrzewałem, samego faktu, że nie konsultowałem z pasażerami szczegółów naszej podróży, tylko po prostu się tu z nimi teleportowałem. -Miauuu! - Odpowiedziało mi kolejne miauknięcie, tym razem odrobinę głośniejsze. - Wiem, wiem, fatalna obsługa, niewygodne walunki, żadnego śniadania i kielowca, któly najwylaśniej nie losumie twoich potszeb. - Mruknąłem, zerkając na niewielkie otwory wycięte w tekturze. - Pozwij mnie. - Skrzywiłem się, wsunąłem dłonie nieco głębiej pod karton i jeszcze raz spojrzałem na zegarek, po czym wypuściłem powietrze z płuc, przyjmując do wiadomości, że pozostawało mi tylko czekać, aż będę mógł przekazać problem komuś zdecydowanie bardziej kompetentnemu - ja sam nie miałem nawet pojęcia, czy koty tak naprawdę rozumiały ludzką mowę, chociaż z mojego doświadczenia wynikało, że nawet jeśli, to wybiórczo, a już z pewnością nie wtedy, gdy chodziło o zaakceptowanie argumentów przemawiających za zachowaniem choćby odrobiny spokoju. - MIAU. - Miauknięcie było tym razem krótsze, ale za to zdecydowanie bardziej oburzone, coś zaszurało w środku i pazury ponownie przejechały po kartonowej ściance - nie miałem pojęcia, który dokładnie delikwent z całego grona miał największe pretensje do przebiegu sytuacji, ale najwyraźniej zdążył wyrobić sobie na mój temat opinię, której nie zamierzał zmieniać bez względu na okoliczności - cóż, uczucie było poniekąd wzajemne, chociaż ja przynajmniej nie próbowałem wydrapać sobie drogi ucieczki przez opakowanie transportowe, nawet jeśli w kwestii zwyczajnych, codziennych kłopotów moje kompetencje okazywały się zaskakująco ograniczone. Wystarczyło, że na mojej drodze pojawiło się coś małego, zagubionego albo ewidentnie potrzebującego pomocy, aby wszystkie rozsądne plany szły do diabła, ustępując miejsca działaniom, których sens dostrzegałem dopiero wtedy, gdy było już za późno, by się z nich wycofać. Właśnie dlatego stałem teraz przed azylem Figgów, marznąc w porannej mgle, z papierosem dopalającym się między palcami i kartonem, którego zawartość uważała, że należała jej się znacznie lepsza obsługa. Zaciągnąłem się ostatni raz, po czym przydeptałem niedopałek o kamienny stopień i schowałem go do kieszeni, nie zamierzając zostawiać śmieci przed wejściem do miejsca, które prawdopodobnie i tak miało wystarczająco dużo problemów. Przeniosłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą i zerknąłem na drzwi azylu, licząc na to, że Eleonora Figg okaże się osobą, która nie tylko potrafiła zajmować się wypiekami, prowadzeniem biznesu i kotami, ale również nie miała zwyczaju pojawiać się po ustalonym czasie nieprzewidzianego spotkania, który zbliżał się nieubłaganie. RE: [29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 02.10.2026 Nie byłem aż tak pozbawiony przyzwoitości, żeby zostawić zwierzę pod cudzymi drzwiami i uznać, że w ten sposób pozbyłem się problemu, chociaż musiałem przyznać, że przez krótką chwilę rozważałem podobne rozwiązanie, zwłaszcza kiedy kolejny raz usłyszałem dobiegające z kartonu oburzone miauknięcie. Wystarczyło postawić pudło na progu kociego azylu, zapukać, a potem oddalić się, zanim ktokolwiek zdążyłby otworzyć, wtedy teoretycznie cała sprawa zakończyłaby się bez konieczności składania wyjaśnień, na które obecnie nie miałem ani siły, ani ochoty, ani odpowiednio dużych zapasów baterii społecznych. Tyle tylko, że nawet w tym stanie znałem siebie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, jak wyglądałby dalszy przebieg tego przedstawienia - uszedłbym może z kilka kroków, góra kilkanaście, nim zacząłbym się zastanawiać, czy karton nie przemakał od spodu, czy jego zawartość nie zdołała już wydostać się na zewnątrz i czy Eleonora przypadkiem nie była jeszcze w Londynie, zaś jej krewniacy nie spali naprawdę głęboko, przez co małe stworzenia musiałyby czekać na zimnie dłużej, niż było to konieczne - prawdopodobnie z grobową miną wróciłbym więc pod drzwi, sprawdziłbym, czy wszystko pozostawało na swoim miejscu, następnie przekląłbym pod nosem tę osobliwą słabość charakteru, która kazała mi angażować się w cudze nieszczęścia, nawet kiedy miałem wystarczająco dużo własnych, po czym czekałbym dalej. Najgorsze było to, że doskonale zdawałem sobie sprawę z całej tej farsy, lecz mimo wszystko nie potrafiłem niczego z tym zrobić, mogłem za to narzekać, marznąć i palić papierosa za papierosem, ale ostatecznie i tak stałem z kartonem przyciśniętym do piersi, pilnując, żeby jego pasażerom nie stała się krzywda, szczególnie że w grę wchodziło oburzone i sfrustrowane coś, co w moim odczuciu nie potrafiło samo o siebie zadbać i z czego ciężkim losem mogłem się może nawet trochę, ale tylko trochę identyfikować. !Strach przed imieniem RE: [29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Pan Losu - 02.10.2026 Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. RE: [29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Nora Figg - 03.10.2026 Norka pojawiła się w Little Whinging jeszcze przed wschodem słońca. Czasem wpadała do rodziców, aby podrzucić im trochę swoich wypieków i wypić z nimi kawę. Odkąd mieszkała w Londynie nie bywała tutaj tak często, ale brakowało jej tego miejsca, przez co starała się regularnie ich odwiedzać. No i zaglądała też do kociego azylu, w którym jako dziecko spędzała ogromną ilość czasu. Dzień nie zapowiadał się na szczególnie przyjemny, na niebie było sporo chmur, jesień zdecydowanie zaznaczała swoją obecność, a szkoda, panna Figg wolała letnie dni, niestety przyszedł czas na to by pogodzić się z tym, że te zaczęły odchodzić w zapomnienie. Szkoda. Ojciec zdążył już wyjść do pracy, miał poranną zmianę w ministerstwie magii. Pożegnała się z nim, życzyła mu dobrego dnia i udała się z Emmą do azylu, aby nakarmić koty. Mogły sobie przy tym poplotkować i poopowiadać, co właściwie u nich słychać. Przynajmniej miały pewność, że jej rodzeństwo nie zostanie przez nie przedwcześnie obudzone, potrafiły być z matką bardzo głośne, kiedy dochodziło do komentowania tego, co u nich słychać. Bezpieczniej więc było znaleźć się w innym budynku, a przy okazji wykonać codzienne poranne obowiązki związane z ich kocimi przyjaciółmi, a tych w azylu było naprawdę wiele. Była to raczej lekka praca, która sprawiała jej ogrom przyjemności, w końcu musiała wygłaskać każde futerko, które znalazło się pod jej palcami. W Londynie często jej tego brakowało, jak wiadomo koty były istotną częścią życia Figgów. Nie była to godzina, w której pojawiali się tutaj ludzie z zewnątrz. Słońce ledwie zdążyło wstać, więc niekoniecznie spodziewała się zastać przed azylem kogokolwiek. Emma wysłała ją po więcej kociej karmy, która znajdowała się w ich piwnicy w domu, więc wyszła na zewnątrz, a wtedy zobaczyła sylwetkę mężczyzny stojącego przed drzwiami, trzymał karton w ręku i doskonale wiedziała co to oznacza. Całkiem żywym krokiem ruszyła w jego kierunku, dopiero kiedy zaczęła się do niego zbliżać dotarło do niej, że go zna. Negocjacje mogły być trudne. Zawsze najpierw starała się przekonać ludzi do tego, żeby zastanowili się, czy faktycznie muszą oddać koty do azylu. W końcu dużo lepiej byłoby im w ciepłym domu. Mieli oczywiście tutaj odpowiednie warunki, jednak wiadomo jak jest - każdy zasługiwał na swoje własne mieszkanie i dużo miłości. - Dzień dobry Benjy, co za spotkanie. - Rzuciła lekko na przywitanie, po czym spojrzała na karton, który trzymał w dłoniach. Wiedziała od kiedy tylko go tutaj zobaczyła, że nie zjawił się w tym miejscu przypadkiem, miał swój cel, doskonale jej znany. - Nie znalazłeś się tu przypadkiem. - Stwierdziła fakt, bo przecież połączyła już kropki. - Kogo masz w tym kartonie? - Trudno jej było przewidzieć co znajdowało się w pudełku. RE: [29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 04.10.2026 Usłyszałem dźwięk kroków, zanim jeszcze zdążyłem oderwać wzrok od drzwi azylu, co w moim obecnym stanie ducha uznałem za okoliczność godną wykrzesania z siebie czegoś na kształt bardzo ostrożnego i niezbyt optymistycznego optymizmu, ponieważ istniała szansa, że już za chwilę mogłem przestać marznąć na zewnątrz z kartonem przyciśniętym do piersi, bo będę mógł przekazać odpowiedzialność za poranne zamieszanie komuś, kto zawodowo zajmował się podobnymi przypadkami. Wyglądałem gorzej niż zwykle, co stanowiło osiągnięcie godne odnotowania, zważywszy na to, że od wielu lat nie przywiązywałem szczególnej wagi do własnej prezencji, szczególnie po nieprzespanej nocy, zarost zdążył mi już porządnie ściemnieć na policzkach, pod oczami miałem cienie, których nie przykryłoby nawet kilka godzin snu, gdyby jakimś cudem udało mi się je zdobyć, zaś moje ubranie nosiło ślady ostatnich dni spędzonych głównie poza domem, gdziekolwiek on teraz był, nie miałem ochoty przyglądać się sobie w lustrze, w oknie ani w kałuży, więc tym bardziej nie potrzebowałem cudzej uwagi poświęconej temu, w jakim stanie się znajdowałem, ale oto byliśmy. - MIAU. - Ja pie… - Przerwałem na moment, sunąc językiem po spierzchniętej wardze, po czym odsunąłem od ust kolejnego papierosa, którego zdążyłem już niemal wypalić do filtra, a następnie skinąłem Norze głową na przywitanie. - Hej. - Wyraz, który pojawił się na mojej twarzy w odpowiedzi na „dzień dobry”, nie należał do szczególnie przekonujących, chociaż nie mogłem powiedzieć, żebym nie cieszył się na jej widok - po prostu nie umiałem wykrzesać z siebie zbyt dobrych emocji, gdy moje życie zaczęło wyglądać zupełnie inaczej, niż tego pragnąłem - w gruncie rzeczy cieszyłem się nawet bardzo, ponieważ oznaczało to, że nie będę musiał samodzielnie podejmować decyzji dotyczących trzech kotów, z których żaden nie miał najmniejszego zamiaru konsultować ze mną swoich roszczeń, tylko zamiast tego syczał, drapał, miauczał i kurwił na swoje kocie sposoby. Ostatnimi czasy niewiele rzeczy sprawiało mi przyjemność, zaś sen, jedzenie i rozmowy z innymi stopniowo traciły swoje miejsce na liście czynności, które potrafiłem wykonywać bez konieczności uprzedniego zmuszania się do nich, poza tym nie lubiłem przyznawać, że nie potrafiłem załatwić czegoś samodzielnie, szczególnie w sprawach tak przyziemnych, lecz w tym przypadku nie zamierzałem udawać, że nagle zostałem ekspertem od opieki nad czymś żywym - miałem już wystarczająco dużo obowiązków i niechcianych doświadczeń związanych z nieplanowanymi zobowiązaniami, aby perspektywa zabrania ich ze sobą w podróż wydawała mi się równie rozsądna, co pakowanie do plecaka przeklętego przedmiotu, który przez cały czas próbowałby wydrapać sobie drogę na wolność. - Znalazłem je podczas loboty. - Wyjaśniłem krótko, usiłując zabrzmieć równie przyjacielsko, co moja rozmówczyni i nie emanować chęcią oddalenia się stąd w trybie ekspresowym - a przecież musiałem to szybko załatwić - nie byłem pewien, czy mi się udało, ponieważ ostatnimi czasy miałem poważne trudności z przypominaniem sobie, jak właściwie powinienem był wyglądać w sytuacjach, które nie wymagały ode mnie ani skupienia, ani gotowości do przyjęcia ciosu od życia prosto w jaja, ale podjąłem wypowiedź. - Są tszy i chyba matka. Były cztely, ale… - Przesunąłem dłonią po karku, próbując zebrać myśli w kolejności, która pozwoliłaby mi przedstawić całą sytuację bez niepotrzebnego plątania się w szczegółach, dlaczego stałem przed azylem o tak absurdalnej porze z kartonem, który co jakiś czas wydawał z siebie dźwięki świadczące o wyjątkowo krytycznym stosunku jego pasażerów do warunków podróży, po czym spojrzałem na Norę z miną, która zapewne zdradzała, jak bardzo nie miałem ochoty opowiadać o tym wszystkim o tak wczesnej porze, i jak bardzo musiałem to zrobić, aby miała pełny obraz sytuacji. - Kotka siedziała s małymi w miejscu, któle zdecydowanie nie nadawało się do wychowywania potomstwa, więc zablałem całą losinę, zanim wydaszyło się coś pojeb… - „Fenwick, pohamuj się ”. - Niepszyjemnego. Pszes ostatnie dni plóbowałem znaleźć im odpowiednie miejsce, ale mam pewien ploblem s dostępnością czasu. Jak jusz wiesz, niedługo wyjeszam s klaju i laszej nie zanosi się na to, szebym wlósił. - Zamilkłem na moment, po czym zerknąłem ponownie na karton, z którego okienka wystawał obecnie niewielki czubek nastroszonego ogonka. - Nie chcę ich zostawiaś byle komu tylko dlatego, sze akulat nie mam lepszego pomysłu. Jeśli moses je pszyjąś, będę wdzięczny i… Co to tam się lobi… Poklyję koszty kalmy, leczenia, wszystkiego, czego będą potszebowały. - Podkreśliłem na zaś. - Nie oczekuję, sze zlobicie to za dalmo, ani nie zamieszam zniknąś bes słowa, kiedy tylko pszekaszę komuś kalton. Chcę po prostu mieś pewność, sze tlafią w miejsce, w któlym ktoś szeszywiście będzie o nie dbał. - Spróbowałem uśmiechnąć się przy tym w sposób, który nie wyglądałby jak grymas, lecz rezultat zapewne pozostawiał sporo do życzenia, więc ostatecznie zrezygnowałem z dalszych wysiłków i ostrożnie opuściłem pudło, żeby mogła zajrzeć przez jeden z otworów, pilnując jednocześnie, by jego dno nie przechyliło się pod ciężarem kociej rodziny - w środku zaszeleściło, po czym i tak usłyszałem dwa niemal równoczesne miauknięcia, z których jedno zabrzmiało wyjątkowo donośnie. RE: [29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Nora Figg - 04.10.2026 Benjy nie wyglądał najlepiej. To znaczy Nora nie widywała go zbyt często, nie znała go jakoś dobrze, jednak nie dało się nie zauważyć tych cieni pod oczami. Nie należała jednak do wścibskich oczów, więc być może przez chwilę mu się dosyć uważnie przyglądała, ale nie skomentowała tego w żaden sposób, nie spytała, czy wszystko u niego w porządku, bo nie byli na tym etapie znajomości. Zanotowała sobie jednak to, na pewno zamierzała mu z tego powodu wysłać coś ze swoich wypieków chociaż na drobną osłodę nieprzyjemnych dni, w ten sposób troszczyła się bowiem o swoich znajomych. Z kartonu dobiegło miauknięcie, które potwierdziło jej założenie. Faktycznie w środku musiały znajdować się koty, nie żeby spodziewała się czegoś innego. Zazwyczaj właśnie z tego powodu ludzie pojawiali się przed azylem. W sumie dobrze, że wiedzieli, iż istniało bezpieczne miejsce do którego można było przynieść koty w potrzebie. Nie oceniała ich nigdy, wiedziała, że bywały różne przypadki, jedni znajdowali koty, innym życie nieco komplikowały plany i musieli je gdzieś zostawić, zawsze lepsze to niż porzucenie ich samopas. - Jasne, widzę, że udało Ci się je złapać, a to już spory sukces. - Nie wszystkie chętnie współpracowały, odruchowo zerknęła na dłonie mężczyzny, szukając na nich ran po pazurach, wiedziała, że czasem zwierzęta potrafiły być bardzo waleczne i trochę czasu mogło potrwać ugłaskanie ich. Nie wszystkie szybko ufały ludziom, zwłaszcza, kiedy rodziły się w opuszczonych miejscach, w których nie przebywali ludzie. Słuchała tego, co mówił, jeszcze nie pozwoliła sobie zajrzeć do kartonu. - Trzy koty i matka, były cztery, ale czwartego nie ma. - Powtórzyła za nim. Zgubił go po drodze? Raczej nie, spoglądała na niego przez chwilę, po czym znowu się odezwała. - Czwarty jest bezpieczny? - Wolała się jeszcze upewnić, żeby nie było. Mógł przecież okazać się bardzo waleczny i nie dać się złapać, różnie bywało. - Jasne, rozumiem. Kocięta są chętnie adoptowane, więc nie powinniśmy mieć problemu z tym, aby znaleźć im dom. - Coś było w tym, że większość osób nie potrafiła przejść obojętnie obok kocich dzieciaków. Najgorzej było ze starymi kotami, nieco pokiereszowanymi przez los, ale i tutaj jej rodzina całkiem nieźle sprawdzała się w szukaniu domów. - Nie mogły lepiej trafić, to znaczy mogły pominąć azyl i znaleźć się u dobrych ludzi, ale rozumiem, że zrobiłeś co mogłeś. - Dopowiedziała jeszcze. Miała świadomość, że niedługo wyjeżdżał, na pewno miał przed tym wyjazdem sporo do zrobienia, więc samo to, że zainteresował się tymi maleństwami i je tutaj dostarczył było naprawdę czymś istotnym. - Będzie im tu dobrze, pewnie szybko znajdziemy im ludzi, którzy wezmą je do siebie. - Nie miała co do tego wątpliwości, Figgowie potrafili być bardzo przekonujący jeśli o to chodzi. - Wystarczy, że wrzucisz coś do puszki, która stoi przed bramą, zbieramy tam datki dla kotów, nikt nie będzie wymagał od Ciebie utrzymywania ich, radzimy sobie z tym. - Koci azyl działał od lat, mieli specjalny fundusz, dzięki któremu mogli przetrwać. Oczywiście, jeśli chciał ich wspomóc nie zamierzała tego ignorować, wiadomo, że to miejsce nie utrzymywało się samo, ale to mógł być po prostu jednorazowy datek. - Pokażesz mi te dzieciaki? - W końcu wypadało zajrzeć do kartonu. Była ciekawa, kto w nim siedział. Nie, żeby to robiło jakąś większą różnicę, ale chciała się zapoznać z nowymi mieszkańcami azylu. RE: [29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 05.10.2026 Przyjąłem jej spojrzenie bez większej reakcji, chociaż zdawałem sobie sprawę, że musiała zauważyć kilka rzeczy, których wolałbym jej nie pokazywać - cienie pod oczami nie znikały od samego patrzenia w lustro, podobnie jak kilkudniowy zarost, zmęczenie zapisane na twarzy czy ubranie założone rano bez większego zastanowienia, ponieważ ostatnio coraz częściej wychodziłem z domu w tym, co akurat znajdowało się najbliżej łóżka - nie zamierzałem się jednak żalić ani tłumaczyć, ponieważ zdecydowanie nie było to w moim stylu, poza tym nie byliśmy ze sobą na tyle blisko, żebym miał czelność opowiadać jej o powodach własnego wyglądu, mówić o samopoczuciu i tak dalej, nigdy nie miałem szczególnej potrzeby rozgrzebywania wszystkiego przed kimś, kto z pewnością miał dostatecznie dużo swoich własnych problemów i nie powinien był być traktowany jak skrzynia na cudze. Dopiero kiedy Nora wspomniała o czwartym kocie, uniosłem na nią wzrok z kartonu i zamrugałem, uświadomiwszy sobie, jak mogły zabrzmieć moje słowa - mimo to, jeszcze przez krótką chwilę milczałem, odrobinę zbyt długo jak na pytanie, które powinno było mieć prostą odpowiedź - „trzy koty i matka”, rzeczywiście, rachunek pozostawiał pewne pole do interpretacji, chociaż nie przypuszczałem, żeby w azylu Figgów szczególnie ceniono kreatywną arytmetykę. - Jest bespieczny. - Zapewniłem ją w końcu, poprawiając chwyt pod kartonem. - Nie musisz się nim maltwiś. - Nie zamierzałem rozwijać tego tematu, chociaż przez głowę przemknęła mi myśl o czarnym kocie, który nie siedział ze swoim rodzeństwem, tylko pozostawał w innym miejscu, przynajmniej on miał teraz kogoś obok siebie… Kogoś, kto mógł zapewnić mu opiekę bez konieczności zastanawiania się nad wyjazdem, pakowaniem własnego życia do kilku toreb i wszystkimi sprawami, które pozostawiałem za sobą. Był teraz z nią, miał ciepło, jedzenie i kogoś, kto mógł się nim zająć, to wystarczało, przynajmniej jemu. Nie powiedziałem tego na głos, nie było potrzeby, żebym obciążał Norę szczegółami, które nie miały żadnego związku z jej pracą, tym bardziej że nie byłem pewien, czy potrafiłbym o tym mówić bez niepotrzebnego komplikowania sprawy, zamiast tego przesunąłem dłonią po karku i odetchnąłem głębiej, wracając spojrzeniem do drzwi azylu. - Dobsze wiedzieś. - Nie byłem szczególnie hojny w deklaracjach, ale wiedziałem, że takie miejsca nie utrzymywały się z dobrych chęci, nawet jeśli właśnie na nich opierała się większość podobnych przedsięwzięć. - Tak zlobię. - Dodałem, odnotowawszy konieczność zainteresowania się puszką przed bramą, bo skoro Figgowie zamierzali zająć się całą trójką, mogłem przynajmniej dołożyć się do karmy i opieki, zamiast ograniczyć swój udział do dostarczenia kartonu pod drzwi - więcej nie byłem w stanie od siebie dać - w rzeczywistości miałem już wystarczająco dużo problemów z własnym życiem, żeby dokładać sobie następne, jednak zostawienie tych zwierząt samym sobie nie wchodziło w rachubę. Mogłem przynajmniej dopilnować, żeby trafiły w odpowiednie miejsce, nawet jeśli nie potrafiłem zapewnić im go osobiście. - Jasne. Plosę balso, tylko nie obiecuję, sze będą szczególnie towaszyscy. Jeden s nich pszes całą dlogę plóbował mi wyjaśniś, sze nie ekhem, syczy - spróbowałem się chociaż trochę uśmiechnąć - sobie tlanspoltu w takich walunkach, dlugi najwylaśniej uznał, sze najlepiej bęsie udawaś, sze go nie ma, natomiast ich matka ma do mnie pletensje, któlych nie potlafię nawet pszytoszyś, bo nie znam kociego. - Ostatnie słowa wypowiedziałem z ledwie dostrzegalnym rozbawieniem, którego sam się po sobie nie spodziewałem. Uklęknąłem przy wejściu, odstawiłem karton na kamienny stopień i rozwiązałem prowizoryczne zabezpieczenie zawiązane na górze, po czym uniosłem klapę powoli, żeby nie przestraszyć żadnego z kotów i odsunąłem ją na tyle, żeby Nora mogła zajrzeć do środka. Pierwsza wychyliła się matka, drobna, zmęczona kotka o czujnych oczach, która natychmiast obrzuciła nas podejrzliwym spojrzeniem, pod nią tłoczyły się dwa kocury - jeden pręgowany, drugi niemal cały rudy - oba zdecydowanie bardziej zainteresowane wydostaniem się z pudła niż poznawaniem nowej opiekunki. - Ten plęgowany domagał się klwi. - Powiedziałem, obserwując go z góry. - Ten czalny udawał, sze go to nie intelesuje, po czym zlobił dokładnie to samo i plóbował mnie uglyś. Matka była najspokojniejsza. - Przesunąłem dłonią po brzegu kartonu, przez chwilę patrzyłem na całą trójkę, po czym przeniosłem wzrok na kobietę, kiwnąwszy głową. RE: [29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Nora Figg - 05.10.2026 - Dobrze to słyszeć. - Powiedziała, kiedy się odezwał. Jeden kot najwyraźniej miał już swój dom, chociaż w sumie Benjy nie powiedział tego wprost, wywnioskowała to jednak z jego słów. Bardzo dobrze, że choć jedno zwierzę mogło znaleźć swoje miejsce na ziemi. Miała świadomość, że wcale nie tak łatwo było znaleźć przyjazny dla zwierząt dom. Nie wątpiła w to, że Fenwick przekazał kota komuś kto nadawał się do opiekowania zwierzętami. - Dzięki, nie każdy jest taki świadomy. - Postanowiła to podkreślić, bo często zdarzało się, że ludzie po prostu podrzucali zwierzęta w kartonach i rozpływali się w powietrzu. Nie czekali nawet na to, aż ktoś się nimi zainteresuje, a Benjy jeszcze postanowił dorzucić się do funkcjonowania azylu. Warto było zdaniem Nory zwrócić na to uwagę. - Zapoznawanie często jest dosyć intensywne, zresztą, czy faktycznie jest się czemu dziwić? Nie sądzę, że ktokolwiek byłby zadowolony z nagłego znalezienia się w kartonie, nawet jeśli intencje były dobre. - Kotki pewnie wcześniej biegały sobie gdzie chciały, aż nagle na ich drodze pojawił się Benjy, który postanowił je złapać i gdzieś wynieść. No, mogły się na niego nieco obrazić, wcale im się nie dziwiła. Nie wątpiła jednak w to, że będzie tylko lepiej. - Koci język nie należy do najprostszych, na szczęście u nas na pewno znajdzie się ktoś, kto zrozumie co nie podobało się pani mamie. - Odparła z uśmiechem. Była ciekawa tego, co skrywało pudełko. Bardzo ciekawa. Kiedy więc Benjy położył karton na ziemi i zdjął to prowizoryczne zabezpieczenie nachyliła się nieco, aby zajrzeć do środka. Nie wsadziła głowy głębiej, ani rąk do pudełka póki co, bo wiedziała, że zwierzęta mogą to uznać za moment odpowiedni do ataku. W końcu pewnie trochę czekały, aż będą mogły opuścić karton. - Dzieciaki nie wiedziały czego się spodziewać, a matka wyczuła, że masz dobre intencje. - Przynajmniej ona tak to odebrała. Koty miewały swoje przeczucia, które całkiem nieźle się sprawdzały. Bardzo ostrożnie nachylała się nad pudłem, zajrzała do środka, dostrzegła kocią mamę, która spoglądała na nią z zainteresowaniem, młode koty zaczęły głośno miauczeć, jednak jeszcze nie postanowiły opuścić swojego prowizorycznego transportera. Nora przyglądała im się dłuższą chwilę, zmrużyła przy tym oczy. Kot, jak kot, prawda? Niby tak, ale jednak… Uniosła głowę, aby ponownie spojrzeć na mężczyznę. - Mam pytanie za milion galeonów. - Zaczęła, w sumie nie mogła mieć pewności, że Fenwick spotkał kiedyś kuguchara, właściwie to nie były, aż takie nietypowe… jednak jeśli chodzi o kocięta, to trudno było odróżnić je od zwyczajnych kotów. Figgowie mieli w tym jednak sporo doświadczenia. - Czy widziałeś może kiedyś kuguchara? Pewnie w dorosłej postaci tak, są one bardzo podobne do kotów, zwłaszcza maleństwa. Nie tak łatwo je odróżnić od zwyczajnych kotów. - Zaczęła mu to tłumaczyć, bo cóż, sprawa dla niej była całkiem prosta. - Te tutaj to wcale nie są takie zwykłe koty. Zwróć uwagę na ich ogonki, mają te charakterystyczne pędzelki na końcu. - Nie miała pojęcia, czy wcześniej jakoś dokładnie im się przyglądał, może warto było, aby teraz to zrobił. - Ten czwarty też miał taki ogon? - Zapytała jeszcze, bo najwyraźniej miała prawo podejrzewać, że nowy właściciel kota niekoniecznie mógł wiedzieć z czym miał do czynienia. RE: [29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 05.10.2026 Nie wiedziałem, co właściwie powinienem na to odpowiedzieć, więc ograniczyłem się do krótkiego skinienia głową, ponieważ w moim przekonaniu wystarczyło po prostu nie być kompletnym dupkiem - chociaż ostatnie tygodnie skutecznie przypominały mi, że poprzeczka dla przyzwoitego zachowania potrafiła wisieć zaskakująco nisko, może nawet leżeć na glebie - nie zrobiłem niczego szczególnego, przynajmniej we własnym mniemaniu, znalazłem je, zabrałem ze sobą, nakarmiłem, zapewniłem im kartonowy dach nad głową, teraz zaś przyniosłem je tutaj, ponieważ za niedługo miałem wyjechać i nie mogłem zagwarantować im niczego więcej. Wydawało mi się to raczej minimum przyzwoitości niż czynem godny pochwały, więc jej słowa wywołały we mnie pewne zakłopotanie, którego nie zamierzałem jednak szczególnie demonstrować, dla dobra nas obojga, nie czułem się ponadto szczególnie świadomy wyzwań, z jakimi musiano się tu mierzyć na co dzień, przy dużej ilości podopiecznych, byłem raczej zwyczajnie trzeźwy na tyle, żeby nie zostawić czterech stworzeń na pewną śmierć ani nie podrzucić ich w rozmoczonym kartonie pod bramę azylu i nie uznać tego za dobry uczynek, nie dając od siebie nic więcej tylko dlatego, że moje własne życie właśnie rozpadało się na kawałki. - Podejszewam, sze byłyby balsiej zadowolone, gdybym ich w ogóle nie znalazł. - Skwitowałem, na co jeden ze wspomnianych kocurów odpowiedział donośnym miauknięciem, najwyraźniej uznając, że rozmowa na jego temat bez konsultacji z zainteresowanym była przejawem wyjątkowego braku wychowania. Młodsze kocięta miały zdecydowanie mniej skrupułów od całkiem spokojnej matki - jeden próbował mnie pogryźć przy pierwszej okazji, drugi przy drugiej - nie wiedziałem, czy wynikało to ze strachu, czy z charakteru, podejrzewałem jednak, że Figgowie niedługo sami się mieli o tym przekonać. - Mosliwe. - Przyznałem, wcześniej wewnętrznie zgodziwszy się z tym, iż jeżeli ktokolwiek miał zrozumieć koci język, mógł to być wyłącznie ktoś z tej blisko powiązanej z nimi rodziny. - Albo uznała, sze jestem mniej glośny nisz miejsce, s któlego ich zablałem. Laszej to. - Powiedziałem, wzruszając ramieniem, bo nie byłem przekonany, czy zasługiwałem na aż tak łaskawą interpretację. Nie miałem również ostatnio szczególnie wielu powodów, żeby zakładać, że moje intencje były dla kogokolwiek oczywiste, więc nawet taki drobny kredyt zaufania był… Cóż, sam nie wiedziałem, ale nie zamierzałem się krzywić, skoro ktoś właśnie próbował przedstawić mnie w korzystnym świetle, nawet jeśli sam nie do końca bym to tak ujął. Nie zdążyłem jednak powiedzieć nic więcej, ponieważ Nora zaczęła dokładniej przyglądać się zawartości kartonu, po czym zmieniła wyraz twarzy w sposób, który natychmiast wzbudził moją czujność - przez lata pracy nauczyłem się, że jeśli ktoś najpierw patrzył na przedmiot z zainteresowaniem, następnie mrużył oczy, a później zadawał pytanie poprzedzone zapewnieniem, że było ono warte milion galeonów, najczęściej oznaczało to, że za chwilę będę miał kolejny problem. Przez chwilę wszystko wydawało się proste - przyniosłem trzy koty, Nora miała je obejrzeć, potem miały dostać miejsce w azylu, kolejny problem do odhaczenia - wtedy padło słowo „kuguchar”… - Melde, mo fout… - Zmarszczyłem brwi, wyraźnie niezadowolony własnym przeoczeniem, po czym urwałem, bo sytuacja nagle nabrała zupełnie innego znaczenia, spojrzałem w bok, na zamgloną ulicę, po czym wróciłem wzrokiem do przyniesionego przeze mnie kartonu - owszem, pojęcie nie było mi nieznane, w końcu zdarzało mi się bywać w różnych miejscach i robić różne rzeczy, teoretycznie wiedziałem o istnieniu tych zwierząt, ale nie przeszło mi przez myśl, aby w tym całym zamieszaniu zastanawiać się nad czymkolwiek, prócz zapewnienia małym większego bezpieczeństwa - westchnąłem ciężko i potarłem dłonią kark, teraz każdy szczegół zaczął układać mi się w głowie. Sposób, w jaki matka poruszała oczami śledząc nas spojrzeniem, gdy trafiliśmy do piwnicy, jej czujność, zdecydowanie większa niż u zwyczajnego bezdomnego kota, oraz to, jak młode reagowały na otoczenie. Nagle nawet ich źrenice wydały mi się inne, chociaż równie dobrze mogła to być kwestia tego, że Nora właśnie podsunęła mi właściwe rozwiązanie i mózg zaczął dopasowywać do niego wszystkie wcześniejsze obserwacje. „Oczywiście. Znalazłem cztery koty. Musiały być w całości lub przynajmniej częściowo kugucharami. Dlaczego los miałby pozwolić mi zakończyć choć jedną sprawę bez dodatkowego komplikowania jej na sam koniec?” Przypomniałem sobie ruiny piwnicy dworku w Little Hangleton, miejsce, w którym je znalazłem, zachowanie matki oraz to, jak szybko młode próbowały schować się przed wszystkim, co zbliżało się do ich kryjówki, przypomniałem sobie również czwarte kocię, które od początku zachowywało się trochę inaczej, które miałem zabrać ze sobą, które teraz było z Prue… Przez chwilę czułem się wyjątkowo głupio, co nie zdarzało mi się często w pracy, ponieważ zwykle to nie inni rozpoznawali rzeczy, które sam również powinienem był rozpoznać, tym razem najwyraźniej role się odwróciły. Dotąd interesowało mnie przede wszystkim to, czy były całe, czy któreś nie wymagało natychmiastowej pomocy oraz czy zdołam przetransportować je bez rozszarpania kartonu od środka, wygląd nie wydawał mi się wtedy szczególnie istotny, teraz jednak zmrużyłem oczy, próbując dostrzec szczegóły, które wcześniej całkowicie mi umknęły. Pytanie sprawiło, że znieruchomiałem na chwilę, spojrzałem na nią, potem gdzieś ponad jej ramieniem, próbując odtworzyć sobie obraz czwartego kociaka, pamiętałem jego futro, pamiętałem, gdzie znalazłem całą czwórkę, pamiętałem też moment, w którym zdecydowałem, że nie zostawię żadnego z nich. Ogon? Wtedy nie zwracałem na niego uwagi, widziałem go wystarczająco krótko, żeby zapamiętać, że był zdrowy i ruchliwy, nie oglądałem mu ogona pod kątem cech gatunkowych. „Coraz lepiej…” Naprawdę powinienem zacząć dokładniej sprawdzać, co znajdowało się pod moją opieką, zanim zacząłem to gdzieś dostarczać. - Miał. - Powiedziałem w końcu. - Jeśli dobsze pamiętam, chyba tesz miał pędzelek. - Nie brzmiało to już szczególnie dobrze, zatem nie dodałem nic więcej, nawet jeśli mogłem powiedzieć z całkowitym spokojem, że czarny kociak był bezpieczny. Nie potrzebowała tej historii, podobnie jak nie potrzebowała wiedzieć, dlaczego na moment zacisnąłem szczękę, przesunąłem dłonią po karku i jeszcze raz zerknąłem na trzy stworzenia siedzące w kartonie - „kuguchary, jak nic” - ponownie spojrzałem na Norę, potem na trzy małe istoty, zupełnie nieświadome tego, że ich status właśnie zmienił się z „trzech znalezionych kotów” na „trzy potencjalnie magiczne stworzenia wymagające znacznie większej uwagi”. - Co telas? Są jakieś szczególne szeszy, o któlych powinienem ci powiedzieś? - Spytałem, nie bez wewnętrznych oporów, nawet jeśli wolałbym nie dowiedzieć się po fakcie, że w niewłaściwy sposób karmiłem coś, co wymagało zupełnie innego traktowania. RE: [29/09/1972] Fur the love of god | Benjy, Nora - Nora Figg - 06.10.2026 Norka miała świadomość, że ludzie byli różni. Nie każdy jednak był, aż tak przyzwoity jak Benjy, właśnie dlatego zwróciła na to uwagę. Być może dla niego nie było to nic wielkiego, ale ona dostrzegała takie niuanse na które inni nie zwracali uwagi. Brakowało przyzwoitych ludzi, aktualnie spora część zwracała uwagę tylko na własny nos. Mało kto troszczył się o innych, a co dopiero o potrzebujące zwierzęta. - Zapewne jest w tym trochę racji, ale zbliża się zima, kto wie, czy w ogóle by ją przeżyły. - Warunki na zewnątrz robiły się coraz bardziej nieprzyjemne, kocięta były młode, zimą nie łatwo było znaleźć pokarm. Być może z początku mogła im się nie spodobać wizja zabrania z miejsca, w którym przebywały, nie wątpiła jednak w to, że przywykną do nowej rzeczywistości. Były młode, powinno szybko się zaadaptować, a kociej mamie zapewne zależało przede wszystkim na ich bezpieczeństwie, więc również nie wydawało jej się, że będzie niezadowolona z takiego obrotu sytuacji. Norka widziała w ludziach dobro, właśnie dlatego pozwoliła sobie na taką interpretację. Być może Benjy się z nią nie zgadzał, miała jednak swoje zdanie na ten temat i najwyraźniej postanowiła się nim podzielić. Zresztą nie miała problemu z tym, aby mówić na głos to, co myślała. - Jeśli tak uważasz, grunt, że nie walczyła jak lwica, bo mógłbyś wyjść z tego starcia bardzo mocno podrapany. - Matki miały bardzo mocny instynkt obrony, jeśli chodziło o swoje dzieci, nie tylko te kocie - coś o tym wiedziała. Gdy zbliżyła się do kotów i obejrzała je dokładnie wiedziała już, że nie są to zwykłe dachowce, nie mogło być zbyt prosto, czyż nie? Nie takie przypadki jednak znajdowały w kocim azylu swój dom… Benjy mruknął coś pod nosem, Figgówna uniosła głowę i spojrzała na niego, nie rozumiała co tam burczał, chyba zmienił język, w którym się porozumiewał, nie brzmiało to jednak jak okrzyk radości. Wzruszyła więc na to jedynie ramionami, bo co innego mogła zrobić, kiedy nie wiedziała nawet co właściwie do niej mówił. Łatwo było pomylić gatunki kotów, nie był pierwszym przypadkiem, ba na pewno zdarzało się to dużo częściej, niż ktokolwiek zakładał. Nie było to dla niej żadnym zaskoczeniem. - Nie jest to zaskakujące, w sensie, no to rodzeństwo, należą do tego samego gatunku, one są nieco bardziej dzikie niż zwykłe koty, ale też warto wspomnieć o tym, że są bardzo wierne. To znaczy najpierw muszą polubić swojego właściciela. To jest dosyć istotne. Jeśli do tego dojdzie, to są wspaniałymi kompanami, mogą nawet chronić swoich właścicieli i ich dom. - Postanowiła o tym wspomnieć. Nie miała pojęcia, czy osoba, do której trafił czwarty kot miała świadomość na co trafiła. Warto było ją o tym uprzedzić, bo w końcu to nieco zmieniało postać rzeczy. - Matka jest trochę mniejsza. - Powiedziała jeszcze przyglądając się kotom. - Na moje one mogą być mieszanką, pól kugucharami, ale to również ma wpływ na ich charakter. - Były dużo bardziej dzikie od zwykłych kotów, trzeba było nad nimi odpowiednio popracować, wzbudzić ich zaufanie. - Tak właściwie to mnie nie musisz o niczym mówić, kuguchary również do nas trafiają, wydaje mi się jednak, że warto skupić się na tym, aby odpowiednio podejść do czwartego z kotów, bo my sobie poradzimy, gorzej z kimś kto nigdy nie miał do czynienia z podobnym gatunkiem. - Nigdy nie wiadomo jak mogła zareagować ta osoba na niekoniecznie posłusznego pupila, miała nadzieję, że kociak nie znajdzie się na ulicy, bo to mogłoby się źle skończyć. |