![]() |
|
[27.10.1972] Dzwon do kowenu ludzi zwoływa, a sam w kowenie nigdy nie bywa - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [27.10.1972] Dzwon do kowenu ludzi zwoływa, a sam w kowenie nigdy nie bywa (/showthread.php?tid=6447) |
[27.10.1972] Dzwon do kowenu ludzi zwoływa, a sam w kowenie nigdy nie bywa - Aaron Andrew Moody - 19.09.2026 Ministerstwo Magii, Biuro Aurorów
Aaron Andrew Moody był zdeklarowanym antyklerykałem, ale nie ateistą. W bogów wierzył, a i owszem, co mogłoby zapewne zadziwić nawet tych, którzy byli mu najbliżsi: jego stosunek do religii pozostawał bowiem wiele do życzenia. Niemal wszyscy w Biurze Aurorów wiedzieli, że stary Moody „tych przeklętych klechów” z kowenu nie znosi, i że nigdy okazji nie przepuści, żeby jakiemuś choć trochę życia nie utrudnić. Za sabatami również nie przepadał, bo w jego przypadku nigdy nie wiązały się wyłącznie z konsumpcją świątecznych potraw, choć w taki właśnie sposób najchętniej spędzałby je auror: wyżerając przysmaki za stołem, aż nie poczuje potrzeby poluzowania paska u spodni. Aaron zawsze brał świąteczne dyżury, najpierw dlatego, że płacili za nie więcej, a pieniądze były potrzebne, gdy finansowało się eksperymentalne leczenie żony, a potem… Potem, gdy jego żona umarła, zwyczajnie nie odnajdował sensu w niczym poza pracą. Jakież nastało zatem zdziwienie w Biurze Aurorów, gdy zawsze w pełni oddany pracy Aaron wziął urlop wypoczynkowy. Najpierw wszyscy myśleli, że to żart, ale Moody naprawdę nie pojawił się w pracy w weekend. Nie było go w pracy również po weekendzie. We wtorek ludzie zaczęli przebąkiwać, że może zapytać Alastora, ile czasu już ojcu zostało — no bo innego powodu niż zagrażającej życiu choroby na usprawiedliwienie nieobecności Aarona nie mieli. A Aaron jak gdyby nigdy nic wrócił do pracy w środę, podśpiewując pod nosem jakąś włoską piosenkę. Aż do piątku odprowadzały go jednak podejrzliwe spojrzenia, które ustały, gdy kupił sobie rano siedem kanapek w stołówce (dwie z nich leżały teraz przed Julianem, żeby się częstował), a potem wziął się jak zwykle do roboty. Skinął nawet w podzięce głową, gdy skomplementowała go sekretarka, że zdrowo wygląda, i jakiś taki opalony: niestety, nic na ten komentarz nie odpowiedział, bo buzię miał pełną kanapki. Teraz jednak w pełni skupiony pochylał się nad mapą placu w Little Hangleton. Wraz z Julianem mieli bowiem opracować plan ochrony odbywającego się tam sabatu. — …Przede wszystkim potrzebować będziemy sprawnego systemu komunikacyjnego: takiego, który pozwoli na szybkie powiadamianie o potencjalnych naruszeniach. Wykorzystajmy prostą klasyfikację operacyjną: poziom pierwszy jako zwykłe zakłócenie porządku, poziom drugi — podejrzane użycie magii albo czyn przestępczy, a więc wszystkie głupie kradzieże, pijackie burdy, i kłótnie o to, któremu chłopu baba oddała wianek, a któremu wskoczyła na pal… Nie to święto, ale rozumiesz, o co chodzi. Niższe poziomy obejmowałyby ten rodzaj zagrożeń, które zdołają opanować brygadziści bez dodatkowego wsparcia aurorskiego zaplecza. My reagowalibyśmy od poziomu trzeciego wzwyż: poziom trzeci oznaczałby potencjalne zagrożenie obejmujące większą grupę ludzi, poziom czwarty — potwierdzone zagrożenie terrorystyczne lub atak czarnomagiczny. Poziom piąty, no i sabat rozjebany — to znaczy, reagujemy wszyscy, wszystkim. Myślałeś już, w jaki sposób podzielić teren na sektory? Każdy dostałby odpowiedni przydział. RE: [27.10.1972] Dzwon do kowenu ludzi zwoływa, a sam w kowenie nigdy nie bywa - Julián Bletchley - 27.09.2026 Jako mugolak nigdy nie miał szczególnego powodu, aby uważać czarodziejskie obrzędy za coś oczywistego. Były święta, były modlitwy, byli święci, których imiona powtarzało się przy odpowiednich okazjach, choć z biegiem lat coraz trudniej było powiedzieć, czy człowiek modli się jeszcze z wiary, czy już tylko dlatego, że tak czynili jego ojciec i dziad. Magia… przyszła później. Mugole od wieków robili przecież to samo! Gdy bali się suszy, modlili się o deszcz. Gdy bali się choroby, szukali świętego, ziela albo znachora. Gdy nadchodziła zima, gromadzili się przy ogniu. Z kolei czarodzieje mieli różdżki, zaklęcia oraz całe księgi pełne mądrości, lecz pod tym względem niewiele różnili się od chłopa, który stawiał świecę przed figurą świętego, prawda? W związku z tym, nigdy nie potrafił pojąć pogardy, z jaką niektórzy czarodzieje spoglądali na mugolskie wierzenia. Co więcej, nie zamierzał pozwolić, aby czyjaś wiara stała się wymówką dla chaosu. Sabat mógł być dla jednych świętem, dla innych tradycją, a dla jeszcze innych okazją do spotkania przy jedzeniu i alkoholu. Dla niego pozostawał przede wszystkim miejscem, w którym kilkuset ludzi znajdzie się jednocześnie na niewielkim obszarze, a to było już wystarczającym powodem, żeby przygotować się na najgorsze. Moody zachowywał się tak, jakby ktoś go porwał do innego wymiaru na te kilka dni i podmienił mózg. Gdyby nie znał Aarona od lat… Niestety, prywatne śledztwo musiało poczekać. Julian sięgnął po jedną z kanapek. Jeśli miała go zabić, trudno. Przynajmniej nie umrze głodny. Odgryzł kawałek, zaczął żuć powoli. Anomalie odczytywał podobnie, choć wciąż brakowało mu opcji awaryjnej na wypadek pełnego lockdownu. Połknął kęs i wskazał palcem północny wlot na plac. — Jeśli chodzi o sektory… Spójrz. Budynki mieszkalne, stare kamienice. Ciasno. Dmucham na zimne, Aaron. Boję się pułapek z góry — zawahał się na moment, przesuwając wzrokiem po zabudowie. — Można by podzielić to na trzy pierścienie. Zewnętrzny patroluje ulice dojazdowe i blokuje możliwość aportacji dla postronnych, jeśli rzeczywiście chcesz tych swoich brygadzistów. Środkowy obstawiamy my — dynamiczna ekipa mobilna, gotowa do skoku w dowolny punkt w obrębie placu. Trzeci pierścień… Stała obserwacja dachów i okien otaczających plac — zrobił krótką pauzę, oblizując kciuk z okruszków. — Proponuję mikro-patrole na miotłach, trzy metry nad tłumem. Niewidoczne. Dwóch czarodziejów na stronę powinno wystarczyć, żeby zamknąć linię strzału z balkonów. Chyba że wolisz postawić na blokadę magiczną budynków od środka. |