Secrets of London
[16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+---- Dział: Las Wisielców (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=32)
+---- Wątek: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=6403)

Strony: 1 2


[16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 12.09.2026

Z teorią mogłem sobie poradzić, z pamięcią już niekoniecznie, zwłaszcza że Prue kazała mi znaleźć coś, co rzeczywiście potrafiło wyciągnąć ze mnie szczęście, a ja nie zamierzałem korzystać z pierwszego wspomnienia, które przyszło mi do głowy, bo połowa moich dobrych historii zaczynała się od słów „to mogło skończyć się znacznie gorzej”. Minęło kilka prób „na sucho”, zanim przestałem traktować całą sprawę jak kolejne zaklęcie, które można było rozłożyć na ruch nadgarstka, odpowiednią inkantację i siłę magicznego impulsu.
Zamknąłem oczy i nie wróciłem myślami do domu, dzieciństwa ani ludzi, których zostawiłem za sobą, wybrałem coś z samotnych podróży, jedną z tych chwil, dla których warto było znosić tygodnie brudu, niewygodnych łóżek i przeklętych artefaktów próbujących odgryźć mi kutasa - przypomniałem sobie pewien wieczór gdzieś daleko od Anglii - pamiętałem ciepło obcego kraju, kurz na drodze, smak jedzenia, którego nazwy nie potrafiłem wymówić, i ten jeden wieczór, kiedy po kilku tygodniach włóczenia się bez konkretnego celu siedziałem na dachu jakiegoś starego budynku i patrzyłem na światła miasta odbijające się w wodzie, słysząc śmiech ludzi przy stolikach na dole, i miałem poczucie, że przez kilka godzin nic ode mnie nie chciano, niczego nie musiałem naprawiać i nikt nie próbował mnie zabić. Byłem wtedy naprawdę szczęśliwy, zwyczajnie, bez powodu, przynajmniej tak mi się teraz wydawało, ale czy to miało wystarczyć?
Uniósłem różdżkę i wziąłem głębszy oddech, wypowiadając formułę.

nekromancja ◉○○○○ - patronus
[roll=O]


!Strach przed imieniem


RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance - Pan Losu - 12.09.2026

Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.


RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 13.09.2026

Prue spoglądała na swoją różdżkę nieco rozczarowana, że też musiała ją zawieść w takiej chwili. Nie skomentowała jednak tego, najwyraźniej wspomnienie, o którym pomyślała było nieodpowiednie. W jej przypadku wcale nie tak łatwo było je wybrać, bo jej głowa była pełna najróżniejszych wspomnień, praktycznie niczego nie zapominała, a to nieco komplikowało grzebanie w niej. Magia bywała kapryśna, nie zawsze chciała współpracować - pewnie był to jeden z takich momentów.

Schowała w końcu różdżkę. Póki co zamierzała się skupić na swoim chłopaku, trochę głupio wyszło, że nie była mu w stanie tego zademonstrować, bo nie udowodniła tego, że faktycznie posiada takie umiejętności. Spoglądała na niego uważnie, patrzyła na to, jak sobie radził. Czy zaskoczyło ją, że przy pierwszym podejściu udało mu się wyczarować patronusa? Niekoniecznie. Wiedziała, że był bystry i bardzo szybko się uczył. To też się nie zmieniło.

- Doskonale. - Uśmiechnęła się do niego, kiedy srebrzysto-błękitny szop pracz pomknął przed nimi. Był bardzo imponujący, przez chwilę biegał po polanie, po czym rozmył się w powietrzu.

- Czy Ty musisz być taki dobry we wszystkim czego się dotkniesz? - Miała świadomość, że niektórzy byli bardziej utalentowani od innych i Benjy zdecydowanie należał do tej grupy osób. Nadal jej to imponowało, nie każdy bowiem mógł się poszczycić podobnymi umiejętnościami.

- Jeszcze jedna próba? - Zapytała go, bo w sumie był to całkiem dobry początek, ale musieli mieć pewność, że kiedy nadejdzie zagrożenie, to faktycznie będzie pewny, że uda mu się sięgnąć po to zaklęcie.




RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 13.09.2026

Nie powiedziałem nic na temat tego, co się stało, bo doskonale wiedziałem, jak musiało wyglądać to z jej perspektywy - przyszła tutaj, żeby mnie czegoś nauczyć, miała wiedzę, miała plan, wybrała miejsce, a jednak, kiedy przyszło do demonstracji, zaklęcie postanowiło zachować się niezgodnie z wszelkimi założeniami, co zresztą nie świadczyło o braku umiejętności rzucającej je kobiety, lecz o czymś, w co nie warto było teraz wnikać, bo do północy nie opuścilibyśmy tego lasu - magia po prostu miała paskudny zwyczaj przypominania jej użytkownikom, że nawet najlepsze przygotowanie nie dawało nad nią pełnej kontroli, natomiast moja towarzyszka, ze swoim zamiłowaniem do przygotowywania wszystkiego zawczasu, musiała szczególnie nie lubić sytuacji, w których różdżka postanawiała mieć własne zdanie. Nie zamierzałem jej zatem tego wypominać, bo sam stanowczo zbyt wiele razy znajdowałem się w analogicznej sytuacji, poza tym nie byliśmy też już parą niedojrzałych gówniarzy i dobrze wiedziałem, że nie chodziło o zwykłe popisywanie się przede mną ani o chęć udowodnienia mi, że była ode mnie rażąco lepsza w tej dziedzinie magii - bo była - pragnęła mi pokazać coś, co mogło być naprawdę przydatne w naszych czasach, chciała dać mi coś użytecznego, a przy okazji chyba chciała upewnić się, że to, co odżyło między nami, nadal miało jakąś podstawę w zaufaniu, jakie mieliśmy w stosunku do siebie nawzajem, zanim postanowiliśmy unieść się dumą i pogrzebać naszą dziecięcą więź. To wystarczało mi, żeby nie skomentować pierwszego nieudanego podejścia ani jednym słowem.
Nie zamierzałem robić z tego wielkiej sprawy, wręcz przeciwnie, wolałem przekierować naszą uwagę na tę część treningu, w której to ja mogłem zrobić z siebie idiotę, co chyba okazało się słuszną decyzją, bo chwilę później srebrzysto-błękitny szop pomknął po polanie, zostawiając za sobą delikatną smugę światła, która przez moment odbijała się od mokrych pni i kropli wiszących na gałęziach. Uśmiechnąłem się szerzej, słysząc pochwałę, chociaż wzrok nadal miałem utkwiony w miejscu, gdzie zniknął, obróciłem różdżkę między palcami, przyglądając się temu wszystkiemu z miejskim niedowierzaniem, bo pierwszy raz od dawna narzędzie, którym się posługiwałem, już za pierwszym razem zrobiło dokładnie to, czego od niego chciałem.
- Lubię, kiedy mówisz do mnie w ten sposób. Moszesz kontynuowaś. - Zerknąłem na nią przez ramię, a potem jeszcze raz na punkt, w którym przed chwilą zniknął szop - było w tym coś dziwnie satysfakcjonującego, nie tylko dlatego, że zaklęcie zadziałało, ale również dlatego, że wspomnienie, które wybrałem, rzeczywiście okazało się wystarczające - spodziewałem się iskry, może dwóch, bladego dymu, ewentualnie wyjątkowo widowiskowej porażki, tymczasem mój patronus najwyraźniej uznał, że skoro już miał się pojawić, to wypadało zrobić to porządnie i w pełnej krasie. Przez lata sądziłem, że do tego zaklęcia trzeba było wyciągnąć z pamięci coś wielkiego, przełomowego, wydarzenie, które nosiło się w sobie niczym najcenniejszy skarb, czego w mojej ocenie po prostu nie miałem w swoim zanadrzu, tymczasem zadziałało wspomnienie zwyczajnego wieczoru z podróży, kilku spokojnych minut, podczas których nic nie musiałem robić i nikt niczego ode mnie nie chciał. Było dobre, proste, ale niewinne… Może właśnie dlatego magia je przyjęła?
- Poza tym nie pszesadzaj. Daj mi pszynajmniej kilka minut, zanim zaczniesz szałowaś, sze w ogóle mnie tego nauczyłaś. - Delikatny uśmieszek nie schodził mi z twarzy, bo ta pierwsza próba zdecydowanie nakarmiła moje ego, po czym ponownie obróciłem różdżkę między palcami i spojrzałem na Prue z ukosa. - Mhm. Zobaczmy. - Kiwnąłem głową, szykując się do powtórzenia formuły zaklęcia. Odsunąłem się kawałek, żeby mieć przed sobą więcej miejsca, po czym ponownie uniosłem różdżkę - tym razem nie chciałem korzystać z tego samego wspomnienia - wiedziałem już, że potrafiło ono wzbudzić we mnie odpowiednie odczucia, teraz musiałem sprawdzić, czy „to coś” rzeczywiście było we mnie, czy po prostu magia postanowiła zrobić mi jednorazowy prezent. Zamknąłem oczy, szukając w pamięci czegoś równie mocnego, ale tym razem znacznie bliższego, dochodząc do wniosku, iż nie musiałem nawet robić tego długo ani szukać zbyt głęboko - wrzesień miał swoje własne momenty, dobre i złe chwile, całkiem nowe wspomnienia, niektóre z nich stały się zaskakująco ważne w bardzo krótkim czasie…

nekromancja ◉○○○○ - patronus
[roll=O]


RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 13.09.2026

Benjy nie skomentował jej nieudanego zaklęcia. Wydawało się, że zupełnie się tym nie przejął, chociaż Prue zrobiło się trochę głupio. Nie lubiła, kiedy świat postanawiał pokazywać jej niekompetencję, tym bardziej, że naprawdę dobrze się czuła akurat w tej dziedzinie magii, gdyby inna ją tak zdradziła to nie miałaby z tym najmniejszego problemu, najbardziej odczuwała rozczarowanie właśnie wtedy, gdy coś co wydawało jej się pewne nie chciało z nią współpracować.

Nie miała jednak czasu się nad sobą użalać, bo Benjy poradził sobie ze swoim zaklęciem znakomicie. Była ciekawa po jakie wspomnienie sięgnął, jednak nie chciała go o to pytać, istotne, że od razu udało mu się trafić, co wcale nie było takie proste. Jak widać czasem można było się nieco zdziwić.

- Nie, nie będę kontynuować bo osiądziesz na laurach, a nie o to chodzi. - Jasne, udało mu się perfekcyjnie rzucić zaklęcie, skomentowała to odpowiednio, ale nie zamierzała przesadzać. Warto było, aby podjął kilka kolejnych prób i zobaczył, co u niego się sprawdza. Miała wrażenie, że przyjdzie mu to intuicyjnie, bo nie sparzył się przy pierwszym podejściu, poszło mu naprawdę doskonale, nie wydawało jej się wręcz, że mogło pójść lepiej.

- Jak mogę żałować czegoś, co sama wymyśliłam. - To był jej pomysł, chciała, żeby się tego nauczył, nie sądziła, że nawet jego wielkie ego mogło wpłynąć na to, że zaczęłaby się zastanawiać nad tym, czy powinna była to zrobić. Cieszyło ją to, że mu się udało. Zależało jej przecież na tym, aby mógł bronić się przed ewentualnym niebezpieczeństwem, a jak tak dalej pójdzie to stanie się prawdziwym ekspertem w rzucaniu patronusów. Dobrze się na to spoglądało.

Nie odwracała wzroku, gdy podjął kolejną próbę, obserwowała go uważnie. Tym razem jednak mu się nie udało. Najwyraźniej wspomnienie było nieodpowiednie. - Tym razem nie wyszło, ale spróbuj jeszcze raz, powinieneś wyczuć, gdzie szukać, po które sięgać, kiedy nabierzesz wprawy, a nawet wtedy nie zawsze będzie się udawać. - Sama była tego przykładem. Magia miewała swoje zachcianki i kaprysy, nie zawsze była skłonna współpracować.

- Pokażę Ci. - Postanowiła podjąć kolejną próbę, żeby nie było, że zrezygnowała po jednym niepowodzeniu, wyciągnęła różdżkę, obróciła ją w dłoni i wypowiedziała zaklęcie. Tym razem przed oczami miała widok siebie samej, kończącej Akademię Munga, wspomnienie, które pokazywało, że jeśli czegoś bardzo chce, to jest skłonna to zrobić.


[roll=Z] nekromancja


RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 13.09.2026

Nie miałem zamiaru komentować jej nieudanego zaklęcia, bo nie widziałem w nim właściwie niczego, co wymagałoby komentarza - magia czasem odmawiała współpracy, nawet jeśli czarodziej dokładnie wiedział, co robił, a Prue zdecydowanie wiedziała, co robiła - gdybym zaczął ją pocieszać po jednej nieudanej próbie, co nie leżało zresztą w naszej naturze, prawdopodobnie bardziej bym ją zirytował, niż poprawił jej humor, więc po prostu zająłem się własnym patronusem. Poza tym znałem ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że największym problemem nie było samo niepowodzenie, tylko fakt, że wydarzyło się ono w dziedzinie, w której czuła się wyjątkowo pewnie, nie zamierzałem zatem dokładać do tego własnego, zbędnego komentarza. Miała w sobie tę bardzo konkretną potrzebę, żeby rzeczy, które sobie dokładnie zaplanowała, działały dokładnie tak, jak powinny - rozumiałem to aż za dobrze - sam przez lata uczyłem się, że największym wrogiem nie zawsze była klątwa, przeciwnik czy przeklęty przedmiot, czasem wystarczała własna złudna pewność, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, i to, co działo się, gdy zawodziła.
Spojrzałem na nią z teatralnym niedowierzaniem i uniosłem brwi.
- Osiądę na laulach po jednym udanym zaklęciu? - Zapytałem, obracając różdżkę w palcach. - Pluey, ploszę cię. Ja dopielo zacząłem się pszechwalaś. - Uśmiechnąłem się krzywo, ale zaraz spoważniałem, bo wiedziałem, że miała rację i jeden patronus nie oznaczał jeszcze, że w razie prawdziwego zagrożenia będę w stanie przywołać go bez problemu, pierwszy raz zadziałało, bo trafiłem na właściwe wspomnienie, ale nie wiedziałem jeszcze, czy potrafiłem świadomie powtórzyć ten proces.
Nie obraziłem się na odmowę kontynuowania pochwał, chociaż przez chwilę zrobiłem minę sugerującą, że właśnie odebrano mi coś niezwykle istotnego dla dalszego funkcjonowania. Była wymagająca, inteligentna, dokładna i przy tym nie próbowała udawać, że nie widzi moich wad tylko dlatego, że od kilku tygodni znowu byliśmy sobie bliscy - od zawsze miała tę odrobinę irytującą i zarazem bardzo przydatną cechę, że potrafiła pochwalić kogoś, a potem natychmiast sprowadzić go z powrotem na ziemię, dzięki czemu jej uznanie rzeczywiście coś znaczyło, nie rozdawała go bowiem na prawo i lewo, więc kiedy już powiedziała, że coś zrobiłem dobrze, miałem pewność, że faktycznie tak uważała.
Prychnąłem jednak pod nosem.
- Nie wiem. Mogłabyś dojść do wniosku, sze stwoszyłaś potwola. - Znowu uniosłem różdżkę i wskazałem nią na siebie. - Chociasz losumiem, sze na tym etapie jest jeszcze za wcześnie na takie diagnozy. - Uśmiechnąłem się trochę szerzej, błyskając krótko zębami, bo dobrze wiedziałem, że cieszyła się z mojego sukcesu, tylko jej przypadku troska nigdy nie przychodziła w opakowaniu z wielką kokardą - przychodziła w postaci sprawdzania lokacji, uczenia mnie zaklęć i upewniania się, że będę miał czym się bronić, kiedy przyjdzie gorszy dzień - to było bardziej w jej stylu. Nie mówiłem jej, że to doceniałem, bo zazwyczaj zdecydowanie łatwiej było mi żartować, niż przyznać wprost, że czyjaś troska naprawdę mnie ruszała.
Wróciłem do ćwiczenia, tym razem próbując znaleźć w pamięci coś innego, przeszukałem kilka wspomnień, aż zatrzymałem się na jednym z nich, przekonany, że będzie odpowiednie, uniosłem różdżkę, wypowiedziałem inkantację i tym razem nic się nie wydarzyło. Druga próba nie przyniosła niczego - żadnego srebrzystego światła, żadnej sylwetki, nawet porządnej iskry, która pozwoliłaby mi udawać, że przynajmniej coś się wydarzyło - poczułem tylko krótkie szarpnięcie magii i natychmiast wiedziałem, że wspomnienie było niewłaściwe, opuściłem więc różdżkę, westchnąłem i spojrzałem na towarzyszkę.
- No dopsz. Jeden do jednego. - Wzruszyłem ramionami, nie chcąc pozwolić, żeby nieudane zaklęcie zaczęło mnie irytować, miała rację, wspomnienie było nieodpowiednie albo przynajmniej nie niosło ze sobą wystarczającej siły. Magia potrafiła odmówić współpracy z powodów, których nie dało się rozsądnie przewidzieć, i skoro właśnie przed chwilą sam zobaczyłem, jak z mojej różdżki wyskakuje srebrzysty szop po pierwszej próbie, zaś teraz mi nie wyszło, nie zamierzałem jeszcze budować na tym żadnego wniosku - ani własnej porażki, ani swojej legendy. - Czyli nie wystalszy pamiętaś coś pszyjemnego. Muszę znaleźć coś, co szeszywiście potlafi mnie luszyś. - Skinąłem głową, stwierdziwszy tę oczywistość, kiedy zaczęła tłumaczyć, że z czasem powinienem wyczuć, po które wspomnienia sięgać. - To ma sens. W takim lasie będę musiał tlochę pogszebaś w głowie. - Przez moment pomyślałem o wszystkich miejscach, które odwiedziłem, o ludziach, których spotkałem, o nocach spędzonych pod obcym niebem i porankach, kiedy budziłem się bez pojęcia, co przyniesie kolejny dzień - było tam sporo szczęścia, ale większość tych wspomnień miała dołączony jakiś rachunek do zapłacenia - najwyraźniej moja pamięć była pełna rzeczy, które miały znaczenie, tylko niekoniecznie tego rodzaju, którego potrzebował patronus. 
Kiedy powiedziała, że pokaże mi wszystko od nowa, od razu przeniosłem na nią całą uwagę - tym razem również nie patrzyłem już wyłącznie na ruch nadgarstka, tylko na całokształt - obserwowałem ją, kiedy zamykała się we własnym wspomnieniu, a potem wypowiedziała inkantację. Srebrzyste światło wystrzeliło z końca różdżki, po czym praktycznie natychmiast uformowało się w nietoperza, a jakże, patrzyłem na niego uważnie przez chwilę, nijak nie zdziwiwszy się, czemu przybrał ten kształt, lecz bardziej zainteresowało mnie to, co zobaczyłem w jej twarzy.
- To było doble wspomnienie. - Skwitowałem, nie musiałem pytać, jakie było i dlaczego je wybrała, wystarczyło zobaczyć, z jaką pewnością magia odpowiedziała na jej pragnienie…


RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 28.09.2026

Prue nie lubiła się rozwodzić nad swoimi niepowodzeniami. Magia bywała kapryśna, często lubiła dać prztyczka w noc, pokazać, że wtedy kiedy bardzo chciało się komuś coś udowodnić wcale nie chciała współpracować. Był to najwyraźniej jeden z takich momentów. Nie zamierzała jednak się poddawać, wiedziała przecież, że potrafi to zrobić, praktykowała te zaklęcia od lat, to, że jedno z nich nie wyszło - cóż bywa, nie była z tego powodu szczególnie zadowolona. Kiedy miała coś zaplanowane to starała się trzymać tego harmonogramu, najwyraźniej musiała go teraz nieco zweryfikować. Później mogło być tylko lepiej, czyż nie?

- Gdybym powiedziała, że mnie to dziwi, to bym skłamała. Doskonale znam Twoje podejście. - Wiele razy zdarzało im się próbować nowych rzeczy, wiedziała, że często zdarzało mu się przechwalać, lubił pokazywać, że jest bardzo uzdolniony i cóż - miał do tego prawo, naprawdę mało kto mógł mu dorównać. Szybko przyswajał wiedzę i był w tym kurewsko dobry. Wiedziała o tym, nie zdziwiłoby jej wcale, gdyby poczuł, że po pierwszej próbie jest już świetny w tym co robi. To zaklęcie jednak było używane z konkretnego powodu, wiele od niego zależało, naprawdę wolałaby, aby poświęcili jak najwięcej czasu na jego praktykę. Sporo mogło od tego zależeć. Chciała podejść do sprawy jak najbardziej odpowiedzialnie, co było nieco trudne w jego towarzystwie.

- Nie, ja nie tworzę potworów, raczej samych geniuszów, ale nie można chwalić dnia przed zachodem słońca. - Nie miała najwyraźniej wątpliwości co do swoich umiejętności dydaktycznych, jednak nie zamierzała pozwolić na to, żeby Benjy faktycznie osiadł na laurach, dopiero zaczynali tę całą naukę. Zasługiwał na zauważenie i skomentowanie tego, że pierwsza próba poszła mu wyśmienicie, jednak nie mogło to wpłynąć na dalszą część edukacji. Prue wiedziała kiedy powinna go chwalić, a kiedy jednak nieco przystopować.

Później Fenwick po raz kolejny machnął różdżką, tym razem jednak srebrzysto-błękitny szop pracz nie pojawił się na horyzoncie. Przygryzła dolną wargę, zastanawiała się nad tym, co mogło pójść nie tak. Musiał zmienić wspomnienie, skoro wcześniejsze zadziałało, a to nie, to tutaj leżała przyczyna. Być może w tym wypadku jednak warto było trzymać się schematów. Nie cieszyło ją jego niepowodzenie, zdecydowanie wolałaby, aby każda próba kończyła się sukcesem, jednak tutaj trzeba było wypracować pewnego rodzaju rutynę, która zresztą nie zawsze się sprawdzała, czego dowodem była ona sama. Magia bywala bardzo kapryśna.

- Tak, to musi być coś naprawdę emocjonującego, silnego, co siedzi w Tobie gdzieś głęboko. - Wcale nie tak łatwo było wybrać odpowiednie wspomnienie, czasem coś mogło wydawać się być właśnie tym, ale zupełnie się nie sprawdzało, właśnie dlatego postanowiła sama ponownie rzucić zaklęcie. Wybrała z pamięci jedno wspomnienie, skupiła się na nim, później wypowiedziała inkantację i pojawił się nietoperz. Fantastycznie. Dobrze było pokazać, że poza teorią potrafi również praktykować ten rodzaj magii. Odetchnęła głęboko i spojrzała na nietoperza.

- Tak, chyba trafiłam całkiem nieźle. - Powiedziała, w sumie sięgnęła po moment, podczas którego spełniła jedno ze swoich największych marzeń, trafiła w sedno, czy coś. - Jak widać jednak nawet ja mam czasem problem z tym, aby je odpowiednio dopasować, próbujesz jeszcze raz? - Chciała, żeby to zrobił, bo przecież dopiero zaczęli ćwiczyć, wypadałoby, aby spróbował jeszcze kilka razy rzucić ten czar.




RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 29.09.2026

Prudence nie lubiła rozwodzić się nad własnymi niepowodzeniami, co akurat rozumiałem doskonale, bo sam nie miałem szczególnego zamiłowania do prowadzenia publicznej ewidencji własnych porażek lub niezamierzonych niedociągnięć. Przyjąłem jej słowa z tym samym rozbawieniem, z jakim przyjmowałem większość prób sprowadzenia mnie na ziemię, które podejmowała na przestrzeni lat, bo najwyraźniej nawet teraz, kiedy staliśmy pośród gęstej, wrześniowej mgły i mokrych drzew, czuła się w obowiązku pilnować, żebym przypadkiem nie uwierzył, że jedno udane zaklęcie uczyniło ze mnie mistrza patronusów. Oczywiście nie zamierzałem jej ułatwiać zadania, bo skoro właśnie przyznała, że znała moje podejście, to mogłem z czystym sumieniem wrócić do starego zwyczaju przechwalania się przy niej - nie zamierzałem zaprzeczać temu, co o mnie mówiła - lubiłem wiedzieć, że byłem dobry w tym, co robiłem, szczególnie po wszystkich latach, kiedy musiałem nauczyć się rzeczy sam, w drodze, często w okolicznościach, w których błąd kosztował znacznie więcej niż urażoną dumę. Była w tym zresztą odrobina prawdy, której nie zamierzałem szczególnie ukrywać - pragnąłem być świadomy, że coś potrafię, jeszcze bardziej uwielbiałem sprawdzać, jak daleko mogłem przesunąć własne granice, aby to zrobić.
- Gdybyś po tylu latach nadal nie znała mojego podejścia, byłbym naplawdę losczalowany. - Obróciłem różdżkę między palcami, uśmiechnąłem się pod nosem i cofnąłem się z powrotem, zanim jej spojrzenie mogło powiedzieć mi, że właśnie zaczynam  znowu przeszkadzać w lekcji. Nie było to, co prawda, częścią moich planów w momencie, w którym pojawiłem się w Wielkiej Brytanii, lecz w tym momencie coraz bardziej doceniałem wszystko to, co się stało - tę swobodę, która między nami wracała, tę lekkość, tę atmosferę zrozumienia, mimo dzielących nas różnic i środowisk - kiedyś nie zastanawiałem się nad każdym słowem wypowiadanym przy niej, nie analizowałem, czy mogę się zbliżyć, czy żart będzie zbyt osobisty, czy przypadkiem nie przekroczę granicy, którą oboje powinniśmy byli zachować. Teraz granice istniały, ale coraz częściej miałem wrażenie, że oboje udajemy, iż nie widzimy ich zbyt dokładnie - to, że nadal próbowała trzymać mnie w ryzach, było nawet zabawne, szczególnie że robiła to z tą samą koncentracją, z jaką kiedyś poprawiała moje ruchy różdżką albo wskazywała mi fragment książki, który według niej przeoczyłem, tyle tylko, że wtedy nie patrzyłem na nią w taki sposób jak w tej chwili… Wrzesień robił się coraz dziwniejszy, ale po raz pierwszy od bardzo dawna wcale mi to nie przeszkadzało.
- Czyli mam rozumieć, że jesteś detektolem geniuszu? - Zainteresowałem się, unosząc brwi. - To imponująca specjalizacja. To ilu ich jusz masz na koncie, Sun? Powinienem się maltwiś, sze jestem tylko kolejnym egzemplaszem s twojej losnąsej kolekcji? - Nie miałem żadnego problemu z tym, żeby podłapać temat, zwłaszcza że w jej głosie było coś, co natychmiast rozbudziło moją ciekawość, brzmiało niewinnie, ale oboje doskonale wiedzieliśmy, że nie całkiem chodziło mi o pedagogikę. Interesowało mnie, ilu ludzi miało okazję znaleźć się wystarczająco blisko niej, żeby poznać tę jej stronę, którą teraz widziałem, nie zamierzałem jednak robić z tego przesłuchania, zwłaszcza że Prue była właśnie w swoim żywiole, a mnie coraz bardziej podobało się obserwowanie jej, kiedy mówiła o czymś, co naprawdę ją fascynowało. Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy i pokręciłem głową. - Ale dobsze, dobsze. Będę się pilnował. Skolo twieldzisz, sze jedno udane zaklęcie nie czyni ze mnie ekspelta, mogę pszełknąś tę pszyklą infolmasję. - Nie zamierzałem jednak ukrywać, że pochlebiało mi, iż znała ten mój sposób działania tak dobrze - była zresztą różnica między pewnością własnych umiejętności a przekonaniem, że niczego więcej nie trzeba się uczyć, i Prue doskonale o tym wiedziała, dlatego właśnie jej uwagi mnie nie irytowały, wręcz przeciwnie, podobało mi się, że nie zamierzała traktować mnie pobłażliwie tylko dlatego, że pierwsze zaklęcie wyszło mi za dobrze - ani, że drugie… Cóż, nie wyszło.
Magia potrafiła być kapryśna, zbyt wiele razy widziałem zaklęcia zachowujące się zupełnie inaczej, niż wynikałoby to z podręcznika, żeby robić z jednego nieudanego rzucenia wielką tragedię.
- Szkoda. Jusz plawie uwieszyłem we własną legendę. - Zerknąłem na nią, kiedy wyjaśniła, że wspomnienie musiało być naprawdę silne. - Czyli coś silnego i głęboko zakopanego. - Powtórzyłem jej słowa, kiwając głową. - Wspaniale. - Nie mogłem się krzywo nie uśmiechnąć. Najwidoczniej musiałem trochę lepiej oceniać, które fragmenty mojej pamięci zasługiwały na srebrzystą manifestację, a które mogły sobie spokojnie wrócić do ciemnej szuflady. Potarłem kciukiem rękojeść różdżki, zastanawiając się nad tym, co właściwie zrobiłem źle, chociaż wraz z upływem kolejnych sekund wydawało mi się to coraz bardziej żenująco jasne. - Dobsze wiedzieś. To znacząco zawęsza moje moszliwości. - Parsknąłem cicho, ale potem rzeczywiście zacząłem się zastanawiać nad właściwym wyborem - nie chciałem już wybierać pierwszego wspomnienia, które wydawało mi się szczęśliwe - chciałem znaleźć coś, co miało ciężar, coś, co nadal potrafiło zmienić sposób, w jaki oddychałem…
Opuściłem różdżkę, kiedy przygryzła dolną wargę i zaczęła zastanawiać się nad czymś w ten bardzo specyficzny sposób - sam też na moment zupełnie straciłem wątek - znałem tę minę, znałem ją zbyt dobrze, żeby nie wiedzieć, co oznaczało to lekkie zmarszczenie brwi i zaciśnięcie zębów na dolnej wardze. Widziałem ją wiele razy, kiedy próbowała coś rozgryźć i cały świat przestawał dla niej istnieć - skupiała się wtedy tak mocno, że cała reszta najwyraźniej przestawała istnieć, a ja odkrywałem z pewnym zażenowaniem, że obserwowanie jej było znacznie ciekawsze od analizowania własnego nieudanego zaklęcia. Odchrząknąłem cicho i odwróciłem wzrok ku drzewom, zanim zacząłem zachowywać się jak kompletny idiota, bo problem polegał na tym, że teraz patrzyłem na nią z zupełnie innej perspektywy niż kiedyś i nagle okazało się, że rzecz, która kiedyś była po prostu uroczym przyzwyczajeniem, teraz miała znacznie bardziej niebezpieczny wpływ na moją koncentrację. Zamiast podziwiać jej koncentrację, przez kilka sekund zwyczajnie patrzyłem na jej usta, zanim uciekłem spojrzeniem, gdyż trzeźwo przypomniałem sobie, że byliśmy w środku lekcji nekromancji. - Nie lób tak. - Zerknąłem na nią z ukosa i zmrużyłem lekko oczy, próbując odzyskać rezon. - Pszeszkadzasz mi. Zaczynasz byś częścią ploblemu. - To było głupie, ale przecież od początku naszego ponownego spotkania po latach coraz mniej przejmowaliśmy się tym, co było rozsądne. Podobało mi się to, podobało mi się zdecydowanie bardziej, niż powinno, zwłaszcza że gdzieś z tyłu głowy wciąż miałem świadomość, że ten wrzesień miał się kiedyś skończyć.
Uśmiechnąłem się pod nosem, ale kiedy Prue ponownie uniosła różdżkę, ucichłem - tym razem patrzyłem naprawdę uważnie - jej zaklęcie zadziałało niemal natychmiast, srebrzysty nietoperz pojawił się przed nami, poruszając skrzydłami w cichym, płynnym locie, krążył przez moment między drzewami, zanim zaczął rozpływać się w srebrzystej mgle. Patrzyłem za nim niemal do samego końca, po czym znowu spojrzałem na Prue, usłyszawszy słowa, które padły z jej ust.
- „Chyba” jesteś niemoszliwa, wiesz? - Uśmiechnąłem się pod nosem, bo najwyraźniej po tylu latach pewne rzeczy rzeczywiście nie chciały się zmienić. - Wyczalowałaś pełnego patlonusa i nadal bszmisz, jakbyś pszypadkiem znalazła w kieszeni dwa knuty. To musiało byś świetnie doblane wspomnienie. - Nie zamierzałem pozwolić jej zapomnieć, że naprawdę doceniałem to, co robiła - mogłem się z nią drażnić, mogłem udawać, że jej komplementy i pochwały były dla mnie czymś całkowicie naturalnym, ale wiedziałem, ile pracy włożyła w zdobycie tej wiedzy.
- Dobla. Tym lasem mam pewne podejszenie, co mosze zadziałaś… - Uniosłem różdżkę, gotów spróbować ponownie, choć już wiedziałem, że niezależnie od wyniku ta lekcja miała pozostać mi w pamięci znacznie dłużej, niż powinien był zapisać się tak zwykły poranek spędzony na ćwiczeniu jednego zaklęcia.

nekromancja ◉○○○○ - patronus
[roll=O]


RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 29.09.2026

Ktoś musiał sprowadzać do na ziemię. Bardzo szybko ponownie odnalazła się w tej roli. Najwidoczniej wcale nie zapomniała jak to jest. Kiedyś przecież należało to do jej obowiązków. Robiła to oczywiście dla jego dobra, wolała, żeby nieco spasował, przeszedł całą drogę jeszcze raz, aby miał pewność, że faktycznie wszystko dobrze zrozumiał i że miało to działać na dłuższą metę. W ten sposób okazywała swoją troskę. Jasne, mogła go pochwalić za to, że przy pierwszym zaklęciu wszystko poszło po jego myśli, nie mogła pominąć tego momentu, bo naprawdę była z niego dumna, nie oznaczało to jednak tego, że szybko przypomni mu o tym, że potrzebował więcej praktyki.

- Niektórych rzeczy się nie zapomina. - Być może nie do końca pasowało to do jej osoby, bo Prudence pamiętała wszystko, jednak miała sentyment do tych wspólnych lat, które razem spędzili. Był to jeden z najprzyjemniejszych momentów w jej życiu, miał specjalne miejsce wśród wszystkich innych wspomnieć. Zresztą bardzo jej tego brakowało, to, że go dzisiaj tutaj zabrała i postępowali podobnie jak wtedy naprawdę sprawiało jej ogromną przyjemność.

- Lubię tak o sobie myśleć, nie możesz tego popsuć. - Rzucała mu wyzwanie? Być może. Zdarzało jej się przekazywać swoją wiedzę, nie do końca jednak chodziło o tę dziedzinę, którą pokazywała akurat jemu. Podczas jej pracy w Mungu przewinęło się wielu stażystów, którym pomagała się jakoś odnaleźć w tym wszystkim. Nekromancją się jednak nie dzieliła, to było coś wyłącznie jej, mało kto wiedział zresztą, że i w tej dziedzinie jest specjalistką, zostawiała to dla siebie. No, teraz nieco nagięła swoje zasady, jednak przy nim zawsze to tak wyglądało. Wystarczyło, że pojawiał się obok, a była w stanie nieco manipulować swoimi priorytetami.

- To zależy jakie statystyki chcesz wyciągnąć. Mam na koncie kilku odnalezionych geniuszy, jednak niekoniecznie w dziedzinie, którą się aktualnie zajmujemy. Jesteś pierwszy, więc masz dosyć trudną rolę, jesteś obiektem testowym. - Nie pierwszy raz próbowali razem czegoś zupełnie nowego, to też nie było dla nich nowe. - Ciąży na Tobie spora odpowiedzialność, sprawdzę, czy do tego też się nadaję. - Tak naprawdę nie miała zamiaru nikomu więcej przekazywać akurat tego rodzaju wiedzy, ale nie wspomniała o tym w głos. Nie ufała nikomu na tyle, żeby sięgnąć przy nim po takie zaklęcia, to mogło przecież popsuć jej reputację.

- Naprawdę uważasz to za przykrą informację? - Zapytała jeszcze, nie wydawało jej się, aby tak było. - To szczerość, zresztą wiesz o tym, że robię to dla Twojego dobra, gdybym Cię klepała po ramieniu po pierwszym sukcesie, to osiadłbyś na laurach i był pewny, że wszystko umiesz, a w tym przypadku tak nie można. Od tego zaklęcia może zależeć Twoje życie, wolę więc abyś naprawdę dobrze się tego nauczył. - Wydawało jej się to być naprawdę istotne, zależało jej na nim tak po prostu i chciała, aby wyciągnął z tej znajomości coś dla siebie, żeby się czegoś od niej nauczył, czegoś, co mogło mu kiedyś uratować życie.

- Nie wiem, czy musi być głęboko zakopane, bo czasem przecież zupełnie niedawno mogło wydarzyć się coś takiego, co spowodowało, że poczułeś się wyjątkowo, ważne, żeby było bardzo intensywne. - W końcu wspomnienia mogły dotyczyć również poprzedniego dnia. Dobór wspomnień był kwestią bardzo indywidualną, zresztą nie wydawało jej się, aby każdy chciał się dzielić tym, co wiązało się z jego sukcesem, przez to czasem mogło zająć chwilę, nim trafiło się w coś odpowiedniego.

Kolejne zaklęcie, które próbował rzucić zakończyło się niepowodzeniem. Wtedy zaczęła sobie to wszystko analizować, nie spodziewała się, że go rozproszy, bo przecież nie robiła niczego takiego, a przynajmniej tak się jej wydawało. Nie wyłapała zresztą tego odruchu.

- Mam nie myśleć? - Zmrużyła jeszcze oczy, bo nie do końca wiedziała o co mu chodzi. Musiała myśleć, jeśli miała mu pomóc opanować te zaklęcie. - Nie chciałam Ci przeszkadzać, ale mam wrażenie, że nieco przesadzasz. - Pokręciła jeszcze głową, przecież nie zrobiła niczego złego, prawda?

- Tak, to było świetnie dobrane wspomnienie, ale nie lubię się przechwalać, jasne? - Westchnęła ciężko, bo Benjy najwyraźniej nie potrafił zaakceptować tego, że traktowała to, jak nic wielkiego. Nikt wcześniej nie doceniał jej w ten sposób, to było dla Prue zupełnie nowe, nie do końca wiedziała, jak powinna się więc zachować.

- Skoro tak, to próbuj. - Nie zapytała go oczywiście o to, o czym zamierzał pomyśleć. Zamiast tego uważnie obserwowała go podczas rzucania czaru, jak powiedział tak też się stało, szop pracz pojawił się na polanie i pomknął przed siebie. Uśmiechnęła się, kiedy go zobaczyła. - Intuicja Cię nie myliła, pięknie. - Skomentowała jeszcze.




RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 30.09.2026

Niektórych rzeczy rzeczywiście nie dało się zapomnieć, chociaż przez długi czas sądziłem, że to właśnie zapominanie było jedną z tych najbardziej istotnych umiejętności, które nabywało się wraz z wiekiem i z odpowiednią liczbą powodów, żeby przestać oglądać się za siebie. Kiedyś potrafiła sprowadzić mnie na ziemię jednym spojrzeniem, jednym poprawieniem szczegółu albo spokojnym stwierdzeniem, że coś zrobiłem dobrze, ale jeszcze nie wystarczająco dobrze, najwyraźniej te wszystkie lata niczego pod tym względem nie zmieniły, bo nie musieliśmy się nawet starać, aby ponownie odnaleźć się w tamtej dynamice. Naprawdę dobrze było ją znowu taką widzieć - tę samą Prue, która kiedyś siedziała obok mnie z notatnikiem, poprawiała moje błędy i udawała, że moje sukcesy były całkowicie spodziewane, a porażki stanowiły wyłącznie potwierdzenie reguły - tyle tylko, że teraz kiedy na mnie patrzyła, ja nie zastanawiałem się już wyłącznie nad tym, co miała do powiedzenia. Było coś dziwnie przyjemnego w odkrywaniu jej na nowo i chociaż czasami miałem ochotę zapytać o zdecydowanie więcej, niż wypadało podczas prostej rozmowy - tym bardziej w trakcie lekcji patronusa - na razie wystarczało mi to, co sama chciała mi powiedzieć. Nie potrzebowałem dodatkowego zapewnienia, żeby zrozumieć, co oznaczała ta chwila, nie musiała mi tłumaczyć, czy i dlaczego jej zależało - wiedziałem to bez konieczności wypowiadania tych słów na głos, wystarczyły czyny - to właśnie było w niej tak cholernie charakterystyczne, potrafiła troszczyć się o kogoś poprzez przygotowywanie go na najgorsze, zamiast przez mówienie o trosce, rozumiałem ten język, bo sam używałem go przez większą część życia.
- Kilku? - Powtórzyłem z wyraźnym zainteresowaniem. - To balso enigmatyczne statystyki. Chciałbym bliszej pszyjsześ się metodologii badań. - Nie potrzebowałem jednak szczegółów, żeby wiedzieć, że przez te lata poznała wielu ludzi, miała własne życie, własne znajomości i własne historie, o których nie miałem pojęcia. - Skolo jestem pielwszy, powinienem chyba wiedzieś, ile czasu pszewidujesz na obselwację wyników i czy pszewidziane są jakieś naglody za wyjątkowe efekty. - Brzmiało to niewinnie tylko na tyle, na ile niewinnie mogłem to powiedzieć, bo oboje byliśmy już wystarczająco dorośli, żeby rozumieć. - Dobsze, Sun. Nie będę ci psuł tej pięknej wizji. Słowo halcesza. - Uniosłem różdżkę i wykonałem nią niedbały obrót. - Na twoje szczęście jestem człowiekiem o szelokim zaklesie zaintelesowań, pszyswyczajonym do plasy pod plesją. - Ostatnie zdanie wypowiedziałem odpowiednio niewinnym tonem, chociaż niewątpliwie oboje doskonale wiedzieliśmy, że nie chodziło mi już wyłącznie o magię. Nie byłem pewien, czy rzeczywiście byłem wyrozumiały, raczej kompletnie przeciwnie, ale przy niej zdecydowanie byłem bardziej skłonny do współpracy niż zwykle. Nigdy zresztą nie należałem do osób, które na sam dźwięk słowa „czarnomagiczny” zaczynały kreślić ochronne znaki w powietrzu, nawet jeśli znałem się na nich na tyle dobrze, aby być - jak to by pewnie określiła - wyjątkowo… próżny. Nekromancja nie budziła we mnie szczególnego lęku, podobnie jak inne dziedziny magii, które dla większości ludzi stanowiły wystarczający powód, żeby natychmiast zacząć się żegnać z rodziną - w mojej pracy widziałem wystarczająco dużo rzeczy, żeby przestać dzielić magię na „dobre” i „złe” kategorie - interesowało mnie, czy działała, dlaczego działała, jak działała i co można było z nią zrobić. Mroczniejsze aspekty nigdy nie były dla mnie szczególnie przerażające, o ile wiedziało się, z czym miało się do czynienia, bo to właśnie niewiedza była niebezpieczna, a Prue wiedziała dużo, cholernie dużo. Pod tym względem byliśmy do siebie zdecydowanie bardziej podobni, niż mogłoby się wydawać komuś z zewnątrz. Nie musiałem udawać, że pewne rzeczy mnie szokowały, tak jak ona nie musiała udawać, że interesowały ją wyłącznie te dziedziny magii, które dobrze wyglądałyby w towarzystwie. Nie rozwijałem tego, bo nie było potrzeby, niektóre wspomnienia przestały być niewinne dokładnie w chwili, w której przestaliśmy być nastolatkami, mimo wszystko podobało mi się, że mogłem z nią znowu robić rzeczy, które kiedyś były naszym zwyczajnym sposobem spędzania czasu, eksperymentować, sprawdzać granice, uczyć się od siebie nawzajem, a przy okazji udawać, że to wszystko było równie proste jak dawniej.
- Tak. - Wzruszyłem ramionami. - Pszynajmniej odlobinę. Lubię pochwały, Sun. W glunsie szeszy jestem plostym stwoszeniem. Daj mi komplement i będę się nim kalmił pszes tszy dni. - Uśmiechnąłem się, po czym spoważniałem. - Ale losumiem, o co ci chodzi. Właśnie dlatego cię słucham. - Przesunąłem spojrzenie na różdżkę - jeżeli od tego zaklęcia mogło zależeć moje życie, wolałem nauczyć się go efektywnie niż wyglądać przy tym efektownie, to akurat było dla mnie ważne, nie zamierzałem bagatelizować jej ostrzeżeń tylko dlatego, że dobrze poszło mi za pierwszym razem. Wiedziałem, ile razy magia ratowała mi skórę i ile razy jeden drobny błąd kosztował mnie znacznie więcej, niż chciałem zapłacić, jeżeli więc Prue chciałaby, żebym powtarzał zaklęcie dziesięć, dwadzieścia czy pięćdziesiąt razy, zrobiłbym to, bo to ona była tutaj prawdziwą ekspertką.
- Czyli wystalszy, sze było intensywne. - Spojrzałem na nią uważnie. - To akulat daje mi tlochę większy wyból. - Wróciłem myślami do poprzedniej próby, ale tym razem nie zamierzałem wybierać niczego na siłę, problem polegał na tym, że gdy Prue stała przede mną, coraz trudniej było mi udawać, że nie była jednym z najbardziej intensywnych elementów mojego obecnego życia.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując zduszony śmiech.
- Nie, myśl. Tylko najlepiej nie lób tego w sposób, któly splawia, sze ja zaczynam myśleś o zupełnie innych szeszach. - Zerknąłem na jej usta, a potem szybko wróciłem spojrzeniem do brązowych oczu - truskawki od dawna nie były moim ulubionym owocem, a jednak teraz wystarczyło, że przygryzła wargę, żebym przypomniał sobie ich smak. - To znaczy, moszesz, ale nie wtedy, kiedy mam szucaś zaklęsie. - Sprecyzowałem, aby nie mogła mnie znowu złapać za słówko, chociaż nie wątpiłem w to, iż jeśli chciała, mogła spróbować to uczynić - w pewnym sensie była znanym mi paradoksem - ta sama Prue, która potrafiła być piekielnie kompetentna, potem mogła z ogromną powagą twierdzić, że właściwie nie zrobiła nic szczególnego, jej próba zachowania skromności była nawet urocza, chociaż zdecydowanie nie zamierzałem używać tego słowa na głos, bo prawdopodobnie skończyłoby się to kolejnym przewróceniem oczami.
Zamiast tego skrzyżowałem ręce na piersi i spojrzałem na nią uważnie, lustrując ją od góry do dołu i dopiero wtedy powątpiewająco unosząc brew - była dobra, była po prostu absurdalnie dobra i zachowywała się tak, jakby samo przyznanie tego było czymś nietypowym - patrzyłem na jej nietoperza, potem na nią i zastanawiałem się, ile razy w ciągu ostatnich lat ktoś rzeczywiście powiedział jej, że zrobiła coś świetnie, bez dodawania żadnego „ale”. Podejrzewałem, że zdecydowanie za mało.
- To, sze nie lubisz się pszechwalaś, nie oznacza, sze masz udawaś, sze jesteś pszeciętna. - Uniosłem różdżkę, ale jeszcze jej nie użyłem. - Powinnaś mieś o sobie znacznie lepsze mniemanie. Naplawdę. Moszesz się s tym nie zgadzaś, ale nie zmieni to faktów. Na szczęście nadal pamiętam, jaka byłaś kiedyś, więc wiem, sze to nie jest szadna nowa filozofia. - Nie potrzebowała mojego pozwolenia, żeby być śmielsza, ale chciałem, żeby wreszcie zaczęła widzieć w sobie to, co ja widziałem - nie siebie, jako dawną przyjaciółkę, nie jako dziewczynę z przedziału, nie jako kogoś, kogo kiedyś straciłem, tylko jako kobietę stojącą teraz przede mną, której wiedza, charakter i momentami naprawdę bezczelna inteligencja fascynowały mnie równie mocno jak wszystko inne.
Tym razem nie szukałem długo, wiedziałem już, gdzie skierować myśli, chociaż sama świadomość tego była nieco kłopotliwa - skupiłem się jednak na tym uczuciu, pozwoliłem mu wybrzmieć i wypowiedziałem zaklęcie - srebrzyste światło wystrzeliło z różdżki, a po chwili szop pojawił się ponownie, tym razem wyraźniejszy i stabilniejszy, pomknął przez polanę, odbił się lekko od ziemi i zniknął dopiero przy granicy mgły.
„Truskawki”… Ironia była niemal obraźliwa, bo mój organizm od lat miał do tych owoców stosunek pełen umiarkowanej niechęci, a jednak akurat ten smak zdążył mi się wyjątkowo skutecznie wryć w pamięć - nasza relacja również nie powinna smakować tak dobrze, nie powinna była w ogóle powstać w tej formie, lecz nie znalazłem w sobie ani odrobiny zawahania, i choć rozsądek podpowiadał mi, że to kolejny bardzo dobry powód, żeby zachować ostrożność, nie czułem żadnej obawy.