Secrets of London
[23.10.1972] Under copper branches (Edith Rookwood, Astoria Avery) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+---- Dział: Epping Forest (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=123)
+---- Wątek: [23.10.1972] Under copper branches (Edith Rookwood, Astoria Avery) (/showthread.php?tid=6384)



[23.10.1972] Under copper branches (Edith Rookwood, Astoria Avery) - Astoria Avery - 10.09.2026

22.10.1972
zbiórka drewna

Astoria Avery zupełnie nie wyglądała na osobę, która przyszła do lasu po drewno. Miała na sobie elegancką, ciemną szatę o prostym, dopracowanym kroju, na którą narzuciła długi jesienny płaszcz. Materiał miękko układał się wokół jej sylwetki, a wysokie, skórzane buty pozostawały niemal nieskazitelne mimo grząskiego podłoża. Włosy miała starannie ułożone, a dłonie chroniły cienkie rękawiczki. Całość bardziej przypominała strój na spacer po posiadłości któregoś z arystokratycznych rodów niż wyprawę po opał. Tyle że czarownica nie zamierzała sama niczego dźwigać. Tuż za nią dreptał Deek, rodzinny skrzat, który ewidentnie został przydzielony do najcięższej części zadania. Kiedy tylko Astoria wskazywała różdżką odpowiedni fragment drewna, skrzat zajmował się resztą. Kolejne kawałki drewna unosiły się nad ziemią i ustawiały w równym szeregu za nimi, podążając powoli ścieżką niczym osobliwa, lewitująca kolumna opału. Czarownica poruszała się niespiesznie. Nie rozglądała się bez celu. Obserwowała las z taką samą uwagą, z jaką oglądała dzieła sztuki przed przyjęciem ich do galerii. Oceniła kilka powalonych konarów, jeden odrzuciła niemal natychmiast, inny wskazała po krótkim namyśle. Interesowało ją przede wszystkim suche drewno, odpowiednio twarde i pozbawione oznak gnicia. Miało trafić do organizatorów sabatu w Little Hangleton, więc nie zamierzała pozwolić, żeby Deek znosił przypadkowe gałęzie tylko po to, by zwiększyć stertę.
- Ojciec mnie poprosił, wiesz? Mam przygotować stragan z ikonami świętych na sabat w Little Hangleton, więc przy okazji mam też nazbierać chrustu - westchnęła ciężko, bo choć nie było to żmudne zajęcie, tak kolejna cegiełka dołożona do jej rozbudowanych obowiązków, powodowała dodatkowe oznaki zmęczenia organizmu. Obróciła głowę do kobiety, która maszerowała obok. Obecność kuzynki sprawiała, że cała wyprawa miała mniej charakter obowiązku, a bardziej jesiennego spaceru. Edith należała do osób, przy których Astoria nie musiała bezustannie pilnować każdego gestu. Deek tymczasem pracował bez wytchnienia. Każdy wskazany przez kobietę konar unosił się w powietrze z cichym szelestem liści, dołączając do pozostałych.
- Udało ci się przemówić Matt'iemu do rozsądku? - zagaiła z ciekawością w głosie. Miała szczerą nadzieję, że chłopakowi minęło to fatalne zauroczenie i nic przykrego nie spotkało jego rodziny.
Zrobiła kilka kroków poza ścieżkę, żeby wskazać kolejne gałęzie. Las zdawał się zupełnie nie pasować do jej świata. W powietrzu mieszał się zapach mokrej ziemi, kory, grzybów i gnijących liści. A jednak Astoria poruszała się między drzewami z tą samą pewnością i gracją, z jaką przemierzała sale swojej galerii.


RE: [22.10.1972] Under copper branches (Edith Rookwood, Astoria Avery) - Edith Rookwood - 10.09.2026

Nawet towarzystwo ulubionej kuzynki, nie było w stanie poprawić humoru Edith.

Powiedzieć, że nienawidzi lasów, pól, rzek; dzikiej natury w ogólnym tego słowa znaczeniu, to tak jakby powiedzieć nic. Stąpając obok Astorii, czuła się jak kaczka albo troll jaskiniowy, którego stopa nigdy nie postała w cieniu drzew, bo większość życia spędzał pośród skał. Jej skałami było miasto, Londyn i wszystkie eleganckie sale, najmodniejsze restauracje oraz szare, brudne ulice, gdzieś, gdzie każdy kolejny krok nie groził skręceniem kostki, nie krzaki w okolicy Londynu. Pomimo tej całej niechęci, nie potrafiła jednak Astorii odmówić, tylko i wyłącznie dlatego, że była — no cóż — Astorią.

Na początku ich wycieczki po chrust była jeszcze w całkiem dobrym humorze; nogi Edith panowały nad sytuacją, stąpając po zabłoconej ziemi lekko, dopiero, gdy weszły w głąb, tam gdzie drzewa rosły co raz gęściej, a las robił się jakiś mroczy, pojawiły się małe niedogodności.

Idąc czuła się, jak kaczka, albo nie, jak troll, który większość swego życia spędził w górach się czuła, nie zapuszczając się z swej jaskini dalej, niż dobrze znana istocie okolica. Jej górami był jednak Londyn — z najmodniejszymi restauracjami i uroczymi kawiarenkami. Z domami mody i zatłoczoną Pokątną, gdzieś, gdzie nawierzchnia była twarda na tyle, by nie skręcić sobie kostki czy nie wylądować twarzą w błocie.

Chyba dlatego też, te gałęzie, posyłała do tyłu z agresją. Niektóre z nich obijały się o drzewa oraz ziemię, losowo, łamiąc na pół, jedno czy dwa uderzenia były głuche, więc musiała trafić skrzata. Którego? Nie wiedziała, bo nie odwracała głowy w tył, patrząc ciągle prosto, w strachu, że się w tym lesie wywróci i jeszcze bardziej ubrudzi swe szaty. Jej kupka była zdecydowanie mniejsza, ale nie stresowała się tym zbytecznie, wystarczająco stresujące było dla Edith chodzenie po tym lesie.

— Dziwi mnie, że jeszcze nikt nie zrobił z tego całego zbierania interesu, — mruknęła Edith, marszcząc nos w niezadowoleniu, bo jednak z gałązek wyrastającego nieopodal drzewka, postanowiła zakraść się pomiędzy szopę, jaką ktoś mógł teraz nazwać jej włosy. — Bóstwom chyba wszystko jedno skąd ten chrust, ważne są intencje. Skoro ktoś wydaje na to swoje ciężko zarobione galeony, to raczej robi to szczerze. — wypowiadając ostatnie słowa, potknęła się, po raz pierwszy, o wystający nad powierzchnie ziemi korzeń. Robiąc to, kierowała jednocześnie drewno do tyłu w stronę skrzatów, a że koncentracji nie straciła, to sama gałąź z impetem poleciała daleko i bardzo, bardzo wysoko ponad głowami ich i skrzatów, w nikomu niewiadomą stronę. Szkoda, bo to był naprawdę ładny kawałek chrustu.

Na pytanie o kuzyna spochmurniała jeszcze bardziej.

— Proszę Cię, nie wspominaj nic o tym chłopaku. Po pogawędce na temat tego, jak się prowadzi strasznie się obruszył. Stwierdził, że ją kocha, a ja wpycham swój bulwowaty nos w nieswoje sprawy. — prychnęła zniesmaczona, bo co sobie ten gówniarz wyobrażał. — Chyba będę musiała uderzyć w stronę tej pannicy. Może jak straci wszystkie włosy na głowie, a na jej twarzy zagości prawdziwa bulwa zamiast nosa, to razem zmądrzeją i znajdą sobie inne zajęcie niż romansowanie. — czy Edith była w stanie to zrobić? Jak najbardziej. Szczególnie po tym komentarzu o nosie, bo jeśli chodzi o wtrącanie się w nieswoje sprawy to chłopak miał po części racje. Edith robiła to oczywiście tylko i wyłącznie ze względu na swoją rodzinę, nie miała jednak ochoty na gierki typowe dla czystokrwistych panien — większość zapominała o plotkach wyjątkowo szybko, za szybko jej osobistym zdaniem, dlatego musiała zadziałać bardziej bezpośrednio i brutalnie.

— Proszę, odwróć mą uwagę od tego gówniarza i tego lasu, bo zaraz wybuchnę. — rzuciła w rozpaczy, zestresowana cała. Jej dłoń zacisnęła się na różdżce, palce pobielały. — Możesz mówić o sobie, cokolwiek. Mężczyźni, rodzina, plotki, bylebym nie myślała o tej lafiryndzie i niewdzięcznik.




RE: [23.10.1972] Under copper branches (Edith Rookwood, Astoria Avery) - Astoria Avery - 10.10.2026

Nie podzielała niechęci kuzynki do leśnych ostępów, choć daleko jej było do osób, które znajdowały szczególną przyjemność w przedzieraniu się przez zarośla, brodzeniu w błocie i wystawianiu własnej garderoby na łaskę przyrody. Potrafiła jednak docenić piękno Epping Forest, zwłaszcza o tej porze roku. Niektóre widoki były tak malownicze, że z powodzeniem mogłyby posłużyć za temat pejzażu. Astoria już kilkakrotnie zatrzymała wzrok na szczególnie interesujących układach światła i cienia, zastanawiając się mimochodem, czy nie warto byłoby powrócić tu kiedyś ze szkicownikiem. Naturalnie przy sprzyjającej pogodzie. I bez konieczności zbierania chrustu.
Nie znaczyło to jednak, że obecna wyprawa sprawiała jej przykrość. Przeciwnie, możliwość przysłużenia się organizatorom sabatu uważała za wystarczające uzasadnienie dla podobnego przedsięwzięcia, tym bardziej że najcięższą część pracy pozostawiła Deek'owi.
Astoria przyglądała się kuzynce z mieszaniną rozbawienia i współczucia, obserwując, jak z każdym kolejnym krokiem jej cierpliwość topniała coraz bardziej. Nie umknęły jej ani coraz gwałtowniejsze ruchy różdżki, ani gałęzie, które z niepokojącą siłą przelatywały nad głowami skrzatów. Kiedy jeden z konarów zniknął gdzieś pomiędzy drzewami, odprowadzony jedynie dalekim trzaskiem łamanych gałązek, czarownica uniosła brwi, po czym odwróciła głowę, usiłując ukryć cisnący się na usta uśmiech.
- Och Edith, doprawdy! - westchnęła, kiedy kuzynka odzyskała równowagę po niefortunnym spotkaniu z korzeniem. - Jeszcze trochę, a zamiast opału będziemy zbierać po lesie szczątki tych nieszczęsnych drzew.
W jej głosie pobrzmiewała jednak wyłącznie łagodna przekora. Zatrzymała się nawet na moment, dając kuzynce sposobność do poprawienia szaty, nim ruszyły dalej.
- Co zaś do kupowania drewna, przypuszczam, że znalazłoby się niemało osób gotowych zapłacić za podobną wygodę - przyznała po chwili namysłu. - Ale czy nie odebrałoby to całemu przedsięwzięciu pewnego znaczenia? Ostatecznie przygotowania do sabatu są częścią tradycji, a nie jedynie przykrym obowiązkiem, od którego należy się wykupić. Niektóre rzeczy warto zrobić samemu, choćby dla samej satysfakcji.
Ostatnie słowa wypowiedziała z takim przekonaniem, jak gdyby osobiście dźwigała na plecach połowę zebranego drewna, a nie spacerowała w eleganckim płaszczu, podczas gdy za jej plecami skrzat wykonywał całą fizyczną pracę. Nie dostrzegała w tym zresztą żadnej sprzeczności. Każdy miał przecież swoje obowiązki, a rozsądne rozdzielenie pracy stanowiło, jej zdaniem, podstawę dobrze zorganizowanego przedsięwzięcia.
Dalsze wyznania Edith przyjęła już ze znacznie większą powagą. Zmarszczyła delikatnie brwi, słysząc o zachowaniu młodego krewniaka. Trudno było jej pojąć, skąd w niektórych mężczyznach brała się ta osobliwa skłonność do przedkładania chwilowych uniesień nad rodzinne powinności. Miłość, jakkolwiek wdzięcznie przedstawiana na płótnach i opiewana przez poetów, w rzeczywistym życiu potrafiła być wyjątkowo niewygodnym uczuciem. Zwłaszcza wtedy, kiedy człowiek pozwalał jej przesłonić zdrowy rozsądek.
- Cóż za niewdzięczność - zauważyła chłodno - Można nie zgadzać się z radami rodziny, ale istnieją przecież granice przyzwoitości. Szczególnie kiedy ktoś usiłuje uchronić nas przed popełnieniem głupstwa.
Przesunęła dłonią po klapie płaszcza, strącając z niej drobny, pożółkły listek.
- Chociaż, na twoim miejscu, nie zajmowałabym się jeszcze tą panną. Przynajmniej nie w sposób, który mógłby później przysporzyć ci niepotrzebnych nieprzyjemności. - Zerknęła znacząco na kuzynkę. - Utrata włosów bywa wprawdzie bardzo dotkliwa dla kobiecej próżności, ale obawiam się, że nie zawsze idzie w parze z odzyskaniem rozumu.
Nie była szczególną zwolenniczką podobnych metod. Nie dlatego, by żywiła jakiekolwiek współczucie dla Franceski, lecz dlatego, że uważała je za nazbyt ostentacyjne. O wiele bardziej ceniła rozwiązania dyskretne, przemyślane i pozbawione ryzyka niepotrzebnego skandalu. W rodzinach takich jak ich reputacja pozostawała dobrem, którego nie należało narażać przez chwilowe wzburzenie. Widząc jednak, jak mocno Edith zaciska palce na różdżce, uznała, że dalsze roztrząsanie tej sprawy nie przyniesie niczego dobrego.
- Dobrze już, dobrze. Nie będziemy o nim więcej mówić - zapewniła pojednawczo. Przez chwilę szły więc w milczeniu. Kustoszka ostrożnie ominęła kałużę, unosząc nieznacznie skraj szaty. - Skoro już wspomniałaś o rodzinie, mogę ci opowiedzieć, czym ostatnio zajmuje się moja - podjęła wreszcie, wyraźnie zadowolona ze znalezienia bezpieczniejszego tematu. - Ojciec powierzył mi ostatnio pewne sekretne zadanie. W przyszłym miesiącu odbędzie się koncert Muzy z okazji Dnia Pamięci, a ja mam dopilnować, żeby Josephine nie przysporzyła nam podobnych kłopotów jak w sierpniu.
Westchnęła cicho, choć nie tyle z niezadowolenia, ile na wspomnienie odpowiedzialności, którą nieoczekiwanie złożono na jej barkach.
- Wyobrażasz sobie? Mam ją nadzorować, ale w taki sposób, żeby nie poczuła się nadzorowana.
Mimo wszystko perspektywa dyskretnego pilnowania cudzych poczynań nie należała do zajęć, które sprawiały jej największą przyjemność. Zwłaszcza że w galerii miała aż nadto własnych obowiązków.