![]() |
|
[noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja Horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [noc 18.10.72] Deszczowa piosenka (/showthread.php?tid=5990) Strony:
1
2
|
[noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Christopher Rosier - 28.04.2026 Było już późno, gdy wracali, i Rosier odprowadzał Victorię do punktu Fiuu. Teleportacja po kilku kieliszkach wina może i była możliwe, ale niewskazana, a chociaż może eskortowanie gdziekolwiek aurorki można by uznać za głupotę, to jednak pewne drobne zasady dobrych manier były tak wbite do głowy Christophera, że bardzo by się zdziwił, gdyby ktoś zwrócił mu na to uwagę. Ulice były niemal puste, zarówno przez porę, jak, zapewne, przez Spaloną Noc. Lokali niby jeszcze nie pozamykano, ale od września, przynajmniej zdaniem Christophera ludzi jakby wymiotło z londyńskich ulic: atmosfera strachu zdawała się unosić stale w powietrzu. I nawet jemu, czystokrwistemu, charakterystycznemu dzięki czuprynie i noszonych ubraniach, znanemu na tyle, że w teorii żaden śmierciożerca nie powinien puścić w niego czaru za węgła, przyszło do głowy, że może za bardzo się zasiedzieli. Odepchnął jednak te myśli od siebie, zły trochę, bo nie pamiętał, aby kiedykolwiek, przez całe swoje życie, choć raz bał się wyjść po zmroku na ulice. Na całe szczęście wypity trunek ułatwił zepchnięcie tych zmartwień gdzieś w ciemne zakątki umysłu. Chodniki tonęły w blasku latarni, rozpalonych wzdłuż Horyzontalnej, a skądś dobiegała piosenka. Chyba choć ulice były niemal puste, ktoś grał w Fontannie Szczęśliwego Losu mimo późnej pory, i gdy tę mijali, przez okna dało się dostrzec tańczących ludzi: beztroskich choćby przez krótką chwilę, mimo tego, że jedna z pobliskich kamienic wciąż leżała w ruinach. – Zaczyna padać – powiedział, gdy pierwsza kropla deszczu uderzyła o jego dłoń. Uniósł spojrzenie ku zachmurzonemu niebu, a kolejne krople rozprysły się najpierw o jego nos, a potem o policzki. Rosier uniósł różdżkę, i roztoczył się nad nimi parasol, może i nietrwały, ale nie mieli do przejścia w końcu zbyt daleko. – Lubisz deszcz, Victorio? Pytanie może też było głupie, i może dyktowało mu je wino, szumiące trochę w głowie. Chris nie był pijany, zwłaszcza że miał taką posturę i pijał wino na tyle często, aby głowę mieć dość mocną, ale na pewno trochę podchmielony. RE: [noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Victoria Lestrange - 28.04.2026 Nawet nie rozpatrywała tego w kategoriach eskorty i wcale nie dlatego, że uważała siebie za tak genialną czarownicę, która nie wiadomo jak świetnie radzi sobie z czarami. Przede wszystkim nawet nie zdawała sobie sprawy, jak długo im zeszło w tej restauracji. Może i początek tego spotkania zwiastował pewne spięcie (emocjonalne), ale gdy wszystko sobie wyjaśnili, to jakoś przeszło to gładko, Victoria nawet zamówiła jakieś danie, a ile tego wina wypili nawet nie liczyła. Ale teraz trochę szumiało jej w głowie i cieszyła się z dalszego towarzystwa Christophera. Pewnie mogła sobie do punktu sieci Fiuu dojść sama, ale skoro się zaoferował, że ją odprowadzi… Traktowała to po prostu jako przedłużenie spotkania. Nie bała się. Po części trochę dlatego, że nie była sama, ale tak po prawdzie to po latach pracy w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów przywykła już do obrazu miasta w nocy. Do patroli w środku nocy, do różnych akcji, które rozgrywały się po zmroku. Nie myślała o tym, że teraz jest niebezpieczniej, że ulica jest opustoszała, bo dla niej była to codzienność. Niecodzienne może było to, że szła teraz brukowaną ulicą w szpilkach, a nie w ciężkich butach pasujących do munduru aurora, że podtrzymywała się Christophera, który był od niej dużo wyższy nawet jeśli sama dodała sobie trochę centymetrów butami i że uśmiechała się leciutko tak do swoich myśli jak i do sytuacji – alkohol robił swoje. Na całe szczęście nie była tak nierozważna, by próbować teleportacji po tej ilości wina a i miała pewną wątpliwość co do ewentualnej celności w przypadku innych zaklęć… Na szczęście nie wypiła aż tyle, by mieć właśnie lustrzane odbicie opijania ostatniej nocy w Hogwarcie, o której nie rozmawiała na głos, nawet z jej uczestniczką. A i muzyka, którą właśnie słyszeli, pozwalała na chwilę zapomnieć się jeszcze mocniej. Wyciągnęła dłoń wierzchem do dołu, gdy Chris wspomniał o deszczu i kilka kropel spadło i na nią, nim ją zabrała, a potem przysunęła nieco bliżej, gdy blondyn wyczarował parasol. – Lubię, gdy mam akurat wolne i mogę posiedzieć w domu z książką – odpowiedziała, nie zastanawiając się nawet zbyt długo nad odpowiedzią. – Albo w nocy. Trochę łatwiej mi się wtedy zasypia – a miała niemałe trudności ze snem… Do tego stopnia, że regularnie pijała eliksir nasenny własnej produkcji, nawet odrobinę przed pójściem spać, żeby choć trochę ułatwić sobie zaśnięcie (ale czasami i to nie pomagało i musiała wypić całą fiolkę, jak Pani Księżyca przykazała). Ale szum deszczu miał w sobie coś kojącego… – Niekoniecznie jak akurat jestem w pracy i trzeba wyjść w teren. A ty? – głupie pytanie… Niektórzy uważali, że nie ma głupich pytań, a jedynie głupie odpowiedzi (z czym Victoria się nie zgadzała prawdę mówiąc), ale to nie było jedno z nich. RE: [noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Christopher Rosier - 29.04.2026 – Lubię dźwięk i zapach deszczu, jeśli jestem w pracowni albo mieszkaniu – odparł Christopher po chwili zastanowienia. – Dobrze mi się wtedy pracuje. Na pewno nie lubiłby chodzić w deszczu na patrole. Oczywiście, przy ładnej pogodzie, gdy przez okna wpada wiele światła, praca była łatwiejsza, ale w Anglii słonecznie dni należały raczej do rzadkości. Odgłosy deszczu sprzyjały skupieniu bardziej niż wiatr, a gdy po deszczu otwierało się okna, przynosił ze sobą jakiś zapach świeżości. Prawdą było jednak, że Rosier mógł lubić deszcz głównie dlatego, że nie musiał raczej w nim biegać po mieście: miał od tego ludzi, a jeśli gdzieś musiał stawić się osobiście, mógł po prostu się teleportować. Ot jeden z wielu przywilejów bycia po pierwsze bogatym po drugie czarodziejem. I'm singin' in the rain Just singin' in the rain What a glorious feelin' I'm happy again. Do dźwięku muzyki, wygrywanej chyba na pianinie – Rosier nie był pewny, czy w Fontannie czy w jednym z domów – dołączyły słowa. Christopher oczywiście ich nie znał, ale uśmiechnął się pod nosem, bo jakoś pasowały do tego, że deszcz coraz śmielej uderzał o wyczarowany przez niego parasol, bębnił o ziemię, szybko mocząc chodniki. A mimo paskudnej pogody, Rosier miał całkiem dobry humor: może trochę przez miły wieczór, może przez wino, szumiące w głowie. W melodię wlewano magię, emocje grającego, coś, co potrafili ci bardziej utalentowani czarodziejscy artyści. Nie opętywała niby imperius, nie była czymś, czemu absolutnie dało się oprzeć, ale sprawiała, że ta radość i pragnienia tańca, którymi śpiewający i grający napełniali utwór, zdawała się wyczuwalna i dla słuchaczy. Odbijała się w Christoperze niby echo. – Chyba nabrałem ochoty, żeby zmoknąć – oświadczył, niewątpliwie pod wpływem tej magii, oddając parasol Victorii, bo nagle przestało mu przeszkadzać, że miałby być mokry. Pewnie jakby to był dzień, ludzie dookoła, a on nie wypiłby wina, prychnąłby tylko i poszedł dalej… ale jakoś wcale nie chciał walczyć z tą piosenką. Po prawdzie zaczynało go wręcz kusić, żeby się do niej przyłączyć. RE: [noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Victoria Lestrange - 29.04.2026 Zapach deszczu miał w sobie coś magicznego – nawet w środku miasta, a co dopiero na wsi czy w lesie, gdzie roślinność nim wręcz oddychała. Victoria, być może gdyby była nieco większą romantyczką, pomyślałaby sobie, że deszcz jest oznaką, że wszechświat też czasami musi zapłakać. Jej myśli ograniczały się jednak do tego, że atmosfera deszczu potrafiła wpływać melancholijnie, czasami może nawet i sennie. Ale nie dzisiaj, gdy w policzki uderzał też lekki wiaterek i nie była sama w swojej pracowni czy salonie, a na Horyzontalnej z mężczyzną, który kilka godzin temu powiedział jej, że chce się spotykać z nią, a nie z Cressidą. – Ma w sobie coś uspokajającego, prawda? – zauważyła, gdy już Chris zastanowił się nad odpowiedzią, a potem się uśmiechnęła, no bo kto mógłby lubić deszcz podczas patroli? To nie była wtedy przyjemna praca, niejednokrotnie musieli rezygnować z parasoli i zadowolić się kapturem, a w wyjątkowo wilgotne dni, wilgotniejsze niż zwykle, włosy Victorii przestawały się słuchać i z miękkich fal, niemalże rozprostowanych, potrafiły się zrobić takie dziwne skręty, nad którymi mogłaby zapanować tylko ulizanną w dużej ilości (nawet jeśli było jej z tym do twarzy, to jednak wolała się w klasycznym wydaniu, tak jak dzisiaj, niemal prostych włosów). Gdyby miała wybierać, to też wolałaby słoneczną pogodę, z wielu powodów, ale nie chciałaby rezygnować z deszczu (zwłaszcza przy tym, jak kochała rośliny). Słowa, jakie usłyszeli, układały się w piosenkę, którą pewnie kiedyś już słyszała, ale nie kojarzyła jej się z niczym konkretnym, za to w tych okolicznościach miało to w sobie coś wesołego, miłego nawet. I tak jak zwykle swój umysł lubiła przyrównywać do twierdzy (niestety nie takiej, której nie dało się sforsować – przekonała się o tym bardzo boleśnie w ostatnich miesiącach), tak ten wpływ, który otarł się o wysokie mury oklumencji, nie smakował źle. Pachniał jakąś taką beztroską, tym bardziej, gdy Chris stwierdził, że ma ochotę zmoknąć, a parasol wylądował w jej dłoni. Victoria wpierw była odrobinę zdziwiona, może zmieszana, ale trwało to raptem trzy sekundy, po których roześmiała się krótko, za to czysto, aż niemal nieśmiało zasłoniła usta dłonią. Nie godziło się, by ona stała z parasolem, a on moknął, nawet jeśli na własne życzenie. – W takim razie możemy zmoknąć razem – stwierdziła i po prostu opuściła parasol. Czy to był wpływ piosenki, czy może jednak atmosfery i wypitego wina – można tylko zgadywać, ale przez jej głowę przebiegła taka myśl, że nie jest przecież z cukru i się nie rozpuści od tego deszczu. A czułaby się głupio, gdyby Chris stał tu taki mokry, a ona pod parasolką, którą zresztą sam wyczarował. – Nie znałam cię od tej strony – przyznała za to, z jakimś takim zainteresowaniem w głosie, bo Rosier nie jawił jej się człowiekiem, któremu w głowie zabawy z deszczem. RE: [noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Christopher Rosier - 29.04.2026 – Dzięki niemu łatwiej zapomnieć o reszcie świata – stwierdził Christopher, znowu po momencie zastanowienia, kiedy starał się ubrać w słowa to, co miał na myśli. Uspokajająco, owszem, ale o ile Victorii pomagał w walce z bezsennością, dla niego był dobrym tłem do pracy i zatraceniu się w projektach. I'm laughing at clouds. So dark up above The sun's in my heart And i'm ready for love. Melodia była chwytliwa, słowa przepełnione jakąś radością. Nie coś, czemu zupełnie nie dałoby się oprzeć: pewnie i bez oklumencji dostatecznie uparty człowiek mógłby się odwrócić, zasłonić uszy i odejść, a z nią dałoby się z wpływu otrząsnąć bez większego trudu. Ale to nie było coś, co miało opętać, odebrać wolę – artysta czy artyści raczej zdawali się dzielić swoją radością, zachęcać do poddania się jej i do poniesienia tańcowi niż próbować do tego zmuszać. Rzecz w tym, że Christopher chyba nie chciał. Był człowiekiem, który lubił poddawać się kaprysom i działał czasem impulsywnie. Kochał swoje projekty, ale tak naprawdę ogółem całkiem cenił sztukę: obrazy, grę aktorską, książki, także muzykę. To nie był Chopen ani Mozart, ale miało to w sobie znacznie więcej życia. Pozwolił, by parasol po prostu upadł na chodnik, wilgotny, zaczynający się skrzyć w blasku lamp. – Naprawdę? Zawsze sądziłem, że uchodzę za ekscentrycznego artystę – stwierdził z pewnym rozbawieniem, odwracając się ku Victorii. Ale po prawdzie nie mógł się jakoś dziwić, bo zależnie od tego, z której strony się go poznało, mógł uchodzić i za znudzonego bogacza, przez niektórych branego za zblazowanego, przez innych za sztywnego. I po prawdzie… było w tym trochę racji. Chyba przez pewien czas Christopher był znudzony: ten moment życia, gdy często bogate i popularne dzieciaki nagle wpadają w złe towarzystwo, za dużo piją, chlają i rujnują sobie życie. Może miał jednak w sobie trochę rozsądku, może uchroniło go przed tym to, że zaczął rozpadać się świat, a może ot impuls każący ruszyć w inną stronę? – Masz ochotę zatańczyć? – spytał, wyciągając ku niej rękę, może trochę wiedziony podszeptem magii w piosence, ale bardziej zaintrygowany, czy się zgodzi, czy odmówi. Nie było tak naprawdę złego wyboru: była jednak głównie ciekawość, co Victoria Lestrange wybierze. RE: [noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Victoria Lestrange - 29.04.2026 Kiwnęła krótko głową. – A burza? Lubisz burzę? – jedni kochali, inni nienawidzili, niektórym była obojętna, ale tych była chyba mniejszość. Burza jakoś nieodłącznie kojarzyła się z deszczem, a na pewno z latem, gdy różnice temperatur potrafiły być całkiem spore nawet tutaj, w Anglii. Skoro już rozmawiali o deszczu… Ten wpływ nie był nachalny i chyba tylko dlatego Victoria się nań nie spinała w sposób, w którym chciałaby tupnąć nóżką i pokazać, że jak nie ma na coś ochoty to nie ma i w ogóle to won z jej głowy. Pomimo ewidentnego szumu wina, które ją rozluźniło, na całe szczęście Victoria daleka była do słaniania się na nogach czy bełkotliwiej rozmowy, zupełnie nie przystające czarownicy jej reputacji czy kalibru, czuła jednak ten wpływ z zewnątrz, zapraszający do zabawy, do uśmiechnięcia się (co zresztą robiła i bez tego) i przynajmniej w tej chwili nie denerwowała się, że ktoś próbuje manipulować jej emocjami. Bo pod tym względem Victoria była przeciwieństwem Chrisa: nie lubiła naginać się do niczyjej woli, nie była skora do zmiany zdania pod wpływem chwili, lubiła mieć jakiś plan, albo przynajmniej jego zarys i raczej uchodziła za stabilną jednostkę, która nie odwróci się dlatego, że wiatr zawiewa z innej strony. Ale nie znaczyło to, że była całkowicie sztywna i napięta, niczym guma w majtkach, gotowa by strzelić. Czasami i ona lubiła zrobić coś, co kompletnie nie wpisywało się w jej profil. Jak choćby teraz, gdy stała naprzeciw Chrisa, pozwalając by kolejne krople deszczu, który już nie tylko smętnie kropił, ale padał intensywnie, moczył jej ciemne niczym noc włosy czy płaszcz i rozbijały się o jej czoło, policzki i nos, gdy parasol leżał sobie obok ich nóg na bruku. – Zdefiniuj ekscentryczny – odparła nieco miękko, a nieco zaczepnie, rzucając mu tym pewne wyznawanie. Rzeczywiście – dla niej nie był ekscentryczny, znała go ze szkoły, znała go i później, gdy widywała się z nim w Domu Mody czy na jakichś balach i zachowywał się jak idealny, czystokrwisty dżentelmen, może właśnie nieco znudzony (stąd i być może jej myśli o tym, że za chwilę mu się znudzi, gdy pozna ją bardziej i dojrzy, że nie ma w niej nic interesującego prócz urody i figury) – bo jak nie nudzić się, kiedy można było mieć na wyciągnięcie ręki wszystko…? Ale później okazywało się, że jednak wszystko to nie jest rzeczywiście wszystko. Zaś Lestrange, może i dwa lata starsza, jakoś ominęła ten etap życia, w który wpadają niektórzy bogaci; zajęta karierą, próbą zaspokojenia głodu wiedzy, zbyt poważna i wydawałoby się sztywna jak ten kij od miotły, by pozwolić sobie na jakieś szczeniackie zachowania czy zabawy… Towarzystwo, w którym się obracała, nie było tym, które sprowadza człowieka na stronę dekadenckiego hedonizmu, w którym gotowa by była się zatracić, by coś poczuć. Co jednak wybrałaby ta Victoria Lestrange, z jakiej strony znał ją Christopher? Ta, która była już trochę przemoknięta uśmiechnęła się do niego. – Nie odmawiam tańca – nie była to prawda, bo zdarzało jej się odmówić. Prawidłowa, pełna odpowiedź brzmiała „nie odmawiam temu, z którym chcę zatańczyć”, a przecież Chris, po balu w Maida Vale, dokładnie wiedział, na co w tańcu stać Victorię. I że naprawdę potrafiła przetańczyć całą noc. Skoro zaś parasol nie zajmował jej dłoni, to ujęła tę jego, mokrą od deszczu, drugą w odruchu kładąc mu na ramieniu, klasycznie, gotowa pozwolić mu poprowadzić, tak jak się oczekiwało. RE: [noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Christopher Rosier - 30.04.2026 – Czasem. Chociaż chyba wolę deszcz. Przy burzy jest ciemnej i głośniej – ocenił Christoper, znowu nie od razu, bo chyba nad tym czy lubi burzę dotąd się nie zastanawiał. Rzecz jasna nie mówił o sytuacji, gdy podczas burzy jesteś na zewnątrz, bo to że takich sytuacji by nie lubił, rozumiało się chyba samo przez się. Rosier nie stykał się z magią manipulującą umysłami tak często jak ona. Właściwie nie miał z nią do czynienia niemal nigdy: jeśli już to właśnie w tej formie, w której używali jej artyści. Ta zupełnie mu nie przeszkadzała – traktował raczej to jak wlanie odrobiny magii i siebie w dzieło. Ba, jedna z kolekcji Domu Mody Rosierów była oparta na tym efekcie. Pewnie jakby opętywała go jakaś wila bądź ktoś rzucałby imperiusa przejmowałby się bardziej. Ale na co dzień nie potrzebował i takiej zachęty, by zrobić coś tylko dlatego, że miał ochotę, czemu więc nie miałby ulec jednej piosence? – Potrafi nagle stwierdzić, że natychmiast chce świstoklika do Francji, bo ma ochotę na francuskie pieczywo? Stoi i patrzy w przestrzeń, a potem wybiega, żeby zacząć rysować na serwetce. Albo rozdziera na kawałki suknię, bo uznał projekt za mało udany. Lub zarządza, że pora na wycieczkę do zamku Draculi, by szukać inspiracji do projektu… nawiasem mówiąc, zamek Draculi był bardzo rozczarowujący – stwierdził. – Oczywiście, moje pracownice pewnie mogłyby dorzucić do tego parę mało pochlebnych uwag. Rzecz jasna sam siebie uznawał za dobrego pracodawcę, ale na pewno był ktoś, kto uznałby go za Demona, jak szefową z książki Demon ubiera się u Rosierów. Christopher płacił dobrze, potrafił w przypływie dobrego humoru być hojny wobec tych, którzy się starali, ale bywał wymagający i czasem ponosiła go złość albo frustracja, i w tych dniach pracownicy mieli z nim ciężkie życie, a rok 1972 niekoniecznie sprzyjał pamiętaniu o hasłach takich jak mobbing. Oczywiście, do wymienionej listy mógł dodać też: pod wpływem wina, zaklętej muzyki i kaprysu uznaje, że tańczenie w deszczu to świetny pomysł. Ujął jej rękę, ułożył drugą dłoń na talii i poprowadził ją w tańcu: trochę bardziej żywiołowym niż te, które tańczyli na balu, bo i piosenka była znacznie bardziej żywiołowa niż te, jakie wygrywano zwykle na większych fetach czystokrwistych. – Tańczyłaś tak kiedyś? – spytał, chyba z odrobiną rozbawienia, obracając ją w tańcu. Let the stromy clouds chase. Everyone from the place Come on with the rain I've a smile on my face. RE: [noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Victoria Lestrange - 30.04.2026 – Jakby świat krzyczał – dodała, nie wiedząc do końca dlaczego. Była to jakaś myśl, która zatańczyła w jej lekko zamroczonej alkoholem głowie, której normalnie nie wypowiedziałaby na głos, ale czuła, że ma nieco mniejszy filtr niż zazwyczaj, jakby po prostu bez zastanowienia powiedziała to, co po prostu pojawiło się w jej głowie, a zwykle bardzo ostrożnie dobierała słowa. A nawet jeśli nie ostrożnie, to przynajmniej z jakąś chwilą pomyślunku. To, jak artyści potrafili zaczarować swoje twory, było dla Victorii akceptowalne i tolerowane dlatego, że nie zmieniało to myślenia o świecie, ledwie odbierało się twór tak, jak artysta tego chciał i miało to swoją wartość, by odczuwać to tak, jaki był plan. Wszystko w ramach tych artystycznych uniesień właśnie i póki nie wymykało się to spod kontroli. Była to sztuka, która miała w sobie coś pięknego, było to narzędzie, które można było użyć dobrze… i można też było użyć źle, jak chyba wszystko w tym świecie. To zaś, że Christopher był artystą, było dla Victorii oczywiste i może nawet wiedział, jak wydobywać emocje ze swoich dzieł? Nie zastanawiała się nad tym w tej chwili. Tak samo jak nad tym, że miała ewidentną słabość do artystycznych dusz. – Potrafię zrozumieć potrzebę szybkiego przelania na papier swoich myśli, żeby nie uciekły – przyznała i uśmiechnęła się, lekko nawet mrużąc oczy, co na szczęście było widoczne w świetle latarni, która oświetlała im chodnik. Jej też się to zdarzało, kiedy akurat wpadła na coś, co mogło być przełomowe dla jakiegoś jej eksperymentu. Na szyciu się nie znała, może rozdarcie sukni to jedyne, co pozostało i nie dało się odratować już materiału, jeśli projekt okazywał się nie udany… – Nie brzmi to bardzo ekscentrycznie – zawyrokowała w końcu. – Oglądanie zamku Draculi dla złapania inspiracji brzmi jak całkowicie racjonalna decyzja – dodała i uśmiechnęła się do Chrisa. – Łapałeś inspirację na jakiś mroczny projekt? – przygryzła usta, by się nie roześmiać, choć nie dlatego, że to było takie śmieszne, a dlatego, że… cóż, Dracula, wampir – a mimo wszystko wampiry były bohaterami wielu romansideł. – Twoje pracownice nie byłyby zbyt obiektywne – stwierdziła jeszcze po chwili. – Nie, nigdy – przyznała ze śmiechem, całkowicie szczerze. – A tobie często się zdarza? – nie wydawało jej się, ale mogła się okropnie mylić, w końcu aż tak dobrze się nie znali. Deszcz był zimny, choć jej to nie przeszkadzało, a i Christopher zdawał się ignorować te zimne krople, które wsiąkały w jego płaszcz, i zimną dłoń, którą właśnie trzymał w swojej, gdy tak zawirowali raz, i drugi, na śliskim od tysięcy stóp bruku, teraz dodatkowo jeszcze zmoczonym. Victoria nie miała problemu z tym, by nad Chrisem nadążyć, w ostatnich miesiącach znacznie poprawiła swoją kondycję, ale ta pogoda i jej buty nie były być może najlepszym wyborem do tańca w deszczu. // Aktywność fizyczna ◉◉◉○○ z minusem bo popiłam trochę wina; na to, czy utrzymam równowagę na śliskim bruku, a może jednak się potknę i wyrżnę [roll=Z-10] RE: [noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Christopher Rosier - 02.05.2026 – Nie? Będę musiał się bardziej postarać. Może na następnym balu pojawię się w płaszczu z pawich piór albo zacznę budować wieżę z filiżanek i każdego, kto będzie pytać, w jakim celu, okrzyczę, że niszczy mi skupienie? – zastanowił się Christopher, takim tonem, jakby faktycznie rozważał coś takiego. Kto wie, może i brał pod uwagę taką możliwość? Rosier chyba zazwyczaj bardzo mało przejmował się swoją opinią, po części dlatego, że ślepo wierzył, że nazwisko i pieniądze wystarczą, by nie musiał o to dbać. Nie żeby w ostatnim czasie nie przekonał się, że to nie jest stu procentowa prawda. – Oczywiście, można do tego jeszcze dołączyć tańczenie w deszczu na środku chodnika… Chodnik był już mokry, w jego załomach powstawały pierwsze kałuże, błyszczące srebrzyście w świetle pobliskich latarni. Niektórzy mówili, że na magicznych ulicach można spotkać ducha Latarnika, który je zapalał, i który pokazywał ludziom ich największe lęki, a nie tak daleko od nich znajdowała się kamienica, wciąż nie odbudowana po tym, jak jej piętro i dach pochłonęły głodne płomienie. Przez chwilę, gdy w deszczu rozbrzmiewała wesoła piosenka, gdy gdzieś w pobliskim barze tańczyło i bawiło się kilka par, można było o tym wszystkim zapomnieć. Nawet jeśli tylko na tę jedną noc. I'll walk down the lane, with a happy refrain, and singin', just singin' in the rain. Why am I smiling and why do I sing? Why does December seem sunny as Spring? Why do I get up each morning to start Happy and head up with joy in my heart? – Kolekcja inspirowana legendami i literaturą. Nie mogę powiedzieć, aby wizyta w zamku Draculi była szczególnie przydatna w stworzeniu stroju wampirze królowej z legendy – stwierdził Christopher, a gdy zachwiała się lekko, przeniósł drugą dłoń na jej talię i nie tyle przytrzymał, ile uniósł lekko, obracając. Choć to nie tak, że był jakimś asem sprawności fizycznej, miał nad nią tę niewątpliwą przewagę, jaką miała większość mężczyzn nad kobietami w eleganckim obuwiu: te jego były absolutnie pozbawione obcasów i nie przeszkadzały w zachowaniu równowagi. – I tak, i nie. Nie w mieście, ale w deszczu owszem. Wieki temu… bawiliśmy się na zewnątrz, w gronie znajomych, podczas Lithy. Uznaliśmy, że deszcz nie popsuje tej zabawy – powiedział i przez moment prawie za tym zatęsknił. To było zaraz po egzaminach w Hogwarcie, a potem cóż. Wszystko zaczęło się zmieniać. RE: [noc 18.10.72] Deszczowa piosenka - Victoria Lestrange - 02.05.2026 – A zależy ci w ogóle na takiej ocenie? – zapytała tak po prostu, kiedy skończył wymieniać kolejne pomysły, które mogłyby go w jej oczach zakatalogować jako „ekscentryczny artysta”. – Uważaj, bo jeszcze się przyczynisz do wzmożonego skubania pawi z ich piór, kiedy twój płaszcz zostanie okrzyknięty najgorętszym trendem sezonu – dodała i uśmiechnęła się lekko. Co zaś się tyczyło krzyczenia na ludzi… to była raczej domena wariatów, to o to mu chodziło? Jakoś wątpiła, biorąc pod uwagę niedawne doświadczenia z wariatką, której imię zaczynało się na literkę C. – Hahahaha, jeśli tak, to za chwilę i ja będę nazywana ekscentryczną – a raczej nie było to słowo, które pojawiało się w głowach ludzi, kiedy słyszeli „Victoria Lestrange”. Chłodna, sztywna, zdystansowana, snobka – z pewnością. Czystokrwista suka w mundurze – być może. Ale ekscentryczna? Chyba nie bardzo. – Nie wiem czy mi to pasuje do oczu – palnęła i uśmiechnęła się leciutko, bo w sumie to nie mówiła poważnie. Nie myślała teraz o tych wszystkich tragediach, nawet jeśli byli właśnie w miejscu, które półtorej miesiąca temu płonęło ogniem tak wielkim, że czary sobie z tym nie radziły. Być może nawet znajdowali się w miejscu, w którym po panicznych poszukiwaniach odnalazła Aidana, z którym razem wbiegli do płonącej, walącej się kamienicy, by wyciągnąć z niej uwięzionego mężczyznę. Nie wiedziała. Nie przyglądała się otoczeniu, bo zapomniała na tę jedną chwilę o całym świecie, gdy muzyka grała, słowa płynęły w jej takt, a oni wirowali pomiędzy tworzącymi się kałużami, nie zważając na to, że byli już właściwie całkiem przemoczeni. – Za mało mrocznie? Za dużo turystów? – podpytywała go. – Nie lepiej byłoby spotkać się z prawdziwym wampirem? – i wcale nie miała tu na myśli swojego byłego-niedoszłego, o którym kilka godzin temu opowiadała Christopherowi właśnie w kontekście wampiryzmu. To nie był jedyny wampir, z jakim miała styczność, ale z pewnością Sauriel był w jej życiu pewnym przełomem. Czuła, że była blisko do tego, żeby upaść, albo wpaść na Christophera, na szczęście udało się jakoś równowagę utrzymać, chociaż trochę wypadła z rytmu, a blondyn, być może wyczuwszy ten moment zawahania puścił jej dłoń, a dwie sekundy później jej nogi oderwały się od chodnika, a zdziwiona Victoria musiała się złapać teraz wolną dłonią jego ramienia. Świat odrobinę zawirował, do wtóru jej cichego śmiechu. – Czyli nie często – stwierdziła. Ale też nie nigdy. Ona raczej stroniła od takich zabaw, a już na pewno od tańców i wariactw Beltane – nigdy nie poszła z nikim w las. – Nie chciałbyś tego powtórzyć? – zapytała. – Co robiłeś w tę Lithę? – raczej nie tańczył w deszczu. Czy w ogóle tego dnia padało? Nawe nie pamiętała. To był jeden z gorszych okresów w jej ostatnim czasie – druga połowa czerwca. |