Secrets of London
[20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry (/showthread.php?tid=2925)

Strony: 1 2


[20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Penny Weasley - 18.03.2024

20 czerwca 1972
Penny & Terry


Opuszczenie Londynu, choćby na kilka godzin, brzmiało kusząco. Zwłaszcza w świetle tego, co wydarzyło się w ostatnich dniach. Możliwość zaczerpnięcia świeżego powietrza, oczyszczenia głowy z tych niekoniecznie przyjemnych myśli - kto by z tego nie skorzystał? Dlatego też kiedy usłyszała, że Terry zamierza odwiedzić okolice Little Hangleton, uparła się, że będzie mu towarzyszyć. Sklep mógł poczekać. Klienci również. Jeden dzień nikomu nie zrobi różnicy. Przez jeden zaledwie dzień świat się przecież nie zawali.

Wyciągnęła z szafy zieloną sukienkę. Związała w koński ogon swoje długie, rude włosy. Do przewieszonej przez ramię torby, spakowała kilka przygotowanych pośpiesznie kanapek, dorzuciła też dwie małe butelki wody. Zgarnęła też książkę. Tak na wszelki wypadek, gdyby musiała czymś zabić czas. Bo przecież nie zamierzali wracać szybko. Trelawney wyraźnie dał jej to do zrozumienia, przy okazji zwracając uwagę na to, że okolica jest dość specyficzna. Niektórzy mogą czuć się tam dość niekomfortowo.

Tak przygotowana, stawiła się rankiem pod drzwiami prowadzącymi do jego mieszkania. Pojawiła się na miejscu względnie punktualnie. Łatwiej było im w tym przypadku skorzystać z teleportacji łączonej, zamiast przenieść się w tamtą okolicę każde na własną rękę. Zwłaszcza, że Little Hangleton nie było Penny znane. Albo inaczej - znane było jej wyłącznie z zasłyszanych opowieści. Takich, które co prawda nie do końca napawały optymizmem, ale zarazem zachęcały po trosze do tego, żeby zobaczyć to wszystko na własne oczy. Poczuć na własnej skórze? Ot, po prostu doświadczyć.

- Cześć! Jesteś już gotowy? - przywitała go od progu, lustrując przy okazji uważnym spojrzeniem. Czy Terry wyglądał jak ktoś, kto był gotów na przygodę? Na odrobinę zabawy, która z pewnością ich czeka? Nie było sensu się oszukiwać, przecież nie będzie się tymi swoimi chwastami zajmował przez cały dzień. Zanudziłaby się, gdyby wyglądało to w ten sposób. I prawdopodobnie dobitnie dała mu do zrozumienia, że cholernie się w tym miejscu nudzi. - Powiesz mi coś więcej o tym miejscu? Nigdy jeszcze tam nie byłam. Sukienka będzie w porządku czy raczej... hm, powinnam była sięgnąć po coś innego z szafy? - dorzuciła jeszcze kilka słów, dorzuciła też jakieś tam pytania. Wczoraj jakoś tak niekoniecznie pomyślała, żeby je zadać. Może to przez ten list, który tak odrobinę wybił ją z rytmu? Zaskoczył. Skutecznie zajął myśli. Na tyle skutecznie, że nie była w stanie skupić się na swojej pracy i zniszczyła broszkę, nad którą pracowała. Zmarnowała tym samym wykorzystane do niej materiały, a także wydłużyła sobie pracę nad zleceniem, które miało się wiązać z całkiem niezłym zarobkiem. Trochę irytujące, ale płakać nad rozlanym mlekiem nikt przecież nie będzie. Jakoś to się poskłada. Jakoś się to ogarnie. Zdarzały się gorsze sytuacje. Ludziom przytrafiały się znacznie większe problemy.

Kilkanaście minut. Może pół godziny? Chwilę musiała poczekać. Tę chwilę musiała mu jeszcze zapewnić. A później pozostawało już tylko przenieść się. Wylądować gdzieś pomiędzy zielonymi wzgórzami hrabstwa Yorkshire. Tak niewinnie wyglądającymi. Zdającymi się nie pasować do tych wszystkich historii, jakie o tych okolicach krążyły. Z wyraźnie malującym się na twarzy zainteresowaniem, dziecinną wręcz ekscytacją, rozglądała się po okolicy. Na dłużej spojrzenie zatrzymała na widocznych w oddali zabudowaniach. Stacja kolejowa? Zmarszczyła brwi.

- Nie mogliśmy przyjechać pociągiem? - aż zajęczała. Naprawdę musiał jej to zrobić? Nie przepadała za teleportacją, odkąd jakieś dwa lata temu zdarzyło jej się rozszczepić. Nieprzyjemne uczucie. Cholernie nieprzyjemne. Potrafiła się tym sposobem przenieść z miejsca na miejsce, ale jeśli miała do wyboru inne opcje, to wybór stawał się oczywisty. Mniejsze ryzyko, a do tego dużo większa wygodna.




RE: [20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Terrance Trelawney - 18.03.2024

Nie proponował przyjaciółce towarzyszenia mu podczas wyprawy do Little Hangleton – nie zakładał przecież, że krótka wycieczka po kilka przydatnych ziół, jakie można było znaleźć w okolicy, warta była przekształcania jej we wspólny wypad. Z drugiej jednak strony – nie protestował też jakoś szczególnie, kiedy już Penny sama uznała, że koniecznie musi zabrać się razem z nim. Ot, niemal na odczepnego rzucił ledwie kilka niezbyt przekonujących uwag, przypomniał o opowieściach krążących na temat tego miejsca i może raz wspomniał o tych wszystkich klientach, którzy z pewnością akurat tego konkretnego dnia chcieliby odwiedzić ich sklep. Wszystko to jednak bez większego przekonania, bez wkładania w to choćby minimum wysiłku. Oraz bez realnego zamiaru zniechęcenia dziewczyny do wspólnej wycieczki.
Może po prostu uznał, że faktycznie jeden dzień przerwy mógł jej się przysłużyć. Albo doszedł do wniosku, że w ten sposób niezbyt ciekawa wycieczka miała okazję zmienić się w coś przynajmniej odrobinę bardziej interesującego. Istniała też możliwość, że oba te powody znajdowały swoje odbicie w rzeczywistości. Wnikanie w to, który z nich był tym istotniejszym, nie miało raczej większego sensu. Zwłaszcza, że istotny był tutaj efekt końcowy – to, że ostatecznie Weasley zjawiła się pod jego drzwiami, żeby rzeczywiście razem z nim wyruszyć na jakże porywające i ekscytujące zrywanie chwastów w podlondyńskiej wiosce.
Zjawiła się – co warte było zaznaczenia – przynajmniej chwilę lub dwie za wcześnie. To znaczy… niewykluczone, że w swoim mniemaniu przyszła punktualnie, oczywiście. Warto jednak było pamiętać, że punktualność w opinii Terry’ego była pojęciem dość abstrakcyjnym, które traktować można było całkiem swobodnie i interpretować na wiele różnych sposobów. Jasnym było więc, że nie był ani trochę gotowy, kiedy z ust Penny padło to konkretne pytanie. Na szczęście nie potrzebował jednak wcale aż tak dużo czasu, by ten stan rzeczy zmienić – wystarczyło chwycić po prostu kilka porozrzucanych po mieszkaniu przedmiotów. Przy czym pewnie przydatność przynajmniej części z nich można było uznać za dość wątpliwą. Nie było sensu wnikać.
Sukienka będzie w porządku, potwór Frankensteina na pewno doceni gust i wybór – właściwie nawet nie zawiesił na niej oka na dłużej, rozglądając się po mieszkaniu w poszukiwaniu przedmiotu, którego przydatność nie powinna podlegać jakimkolwiek dyskusjom. Bo chyba co do tego, że ruszanie się dokądkolwiek bez różdżki byłoby raczej kiepskim pomysłem, mógłby zgodzić się absolutnie każdy.
Nie ma o czym opowiadać, miejsce jak każde inne – dodał po krótkiej chwili, odnajdując wreszcie nieszczęsną różdżkę w kieszeni i nawiązując do wcześniejszego pytania przyjaciółki. – Po prostu pamiętaj o tym, żeby nie pakować się w żadne szemrane miejsca. I… podobno lepiej nie zagadywać do obcych, zwłaszcza tych podejrzanie uprzejmych. Ani rozmawiać z niczym, czego nie widać, a tylko słychać.
Oczywiście, że w jego wypowiedzi można było bez większego trudu wychwycić rozbawienie – i to powinno od razu sugerować, że wszystko to nie miało zbyt wiele wspólnego z prawdą. Podobnie jak większość opowieści o Little Hangleton, z jakimi można było się spotkać. Przynajmniej zdaniem Terry’ego, który – jak sądził – mógł mieć na ten temat coś do powiedzenia. Bo przecież spędził w tym miejscu całe swoje dzieciństwo i nie przypominał sobie, by było ono przepełnione jakimiś mrożącymi krew w żyłach wydarzeniami. Choć z drugiej strony… przynajmniej część jego rodziny za zupełnie normalne uważała okazjonalne pogawędki ze zmarłymi. Możliwe więc, że jego punkt widzenia był odrobinę zaburzony.
Nawet nie zaczynaj, teleportacja nie zajmuje przynajmniej połowy dnia – wywrócił oczami, kiedy już znaleźli się na miejscu i kiedy Penny musiała – oczywiście… – wypatrzyć tę cholerną stację.
I nie, nie ma mowy, nie będziemy wracać pociągiem. Swoją drogą… nie wydaje mi się, żeby jakiekolwiek nadal tutaj przyje… – w połowie ostatniego słowa zorientował się, że jego kończenie nie miało już większego sensu. Na znajdującą się w oddali stację wtoczył się bowiem rzekomo niejeżdżący tędy pociąg, co trudno byłoby przeoczyć nawet z tej odległości. – Nieważne. Idziemy tam. Patrz pod nogi i pamiętaj, że prawdopodobnie wolałabyś, żebym nie próbował składać cię do kupy, jeśli już je połamiesz.
Wskazał w kierunku ścieżki wijącej się w kierunku przeciwnym do odległych zabudowań. I nią też postanowił ruszyć jeszcze w trakcie wypowiadania poszczególnych słów. Póki co kierunek wycieczki nie zapowiadał raczej, by mieli w najbliższym czasie zwiedzać tę nieco bardziej cywilizowaną, zamieszkałą część wioski. Ale priorytety były przecież jasne – najpierw chwasty, później ewentualne zwiedzanie co ciekawszych punktów okolicy.


RE: [20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Penny Weasley - 19.03.2024

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że punktualność była dla Terry'ego pojęciem względnym. Znała go już zbyt długo, a do tego zbyt dobrze, żeby na pewne kwestie pozostawać tak po prostu ślepą. Ich nieświadomą? Dlatego też to, iż o tej konkretnej porze przygotowany jeszcze nie był, nie stanowiło dla niej żadnej niespodzianki. Nie irytowało. Nie denerwowało. Było czymś, co tak po prostu zaakceptowała. Bo przecież nic nie stało na przeszkodzie temu, żeby jeszcze chwilę poczekać.

- Nie rozmawiać z niczym czego nie słychać, odnotowane. - kiwnęła głową. No cóż. Mógł się trochę bardziej postarać. Powiedzieć coś więcej na temat tego miasteczka. Przecież potrafił tworzyć całkiem interesujące bajki. Widziała go nie jeden, nie dwa razy w akcji. Najwyraźniej przeznaczone były dla tych, którzy płacili. Jej zaś, na płacenie za takie bzdury nie było stać. Miała pilniejsze wydatki.

Pewnie zadała jeszcze kilka pytań, pewnie trochę go przez tych kilka kolejnych minut męczyła swoim zdecydowanie nadmiernym entuzjazmem. Tego entuzjazmu nie dało się tak po prostu zabić. Albo inaczej - nie dało się tego entuzjazmu zabić szybko i łatwo. To wymagało nieco więcej zachodu. O ile komukolwiek chciałoby się to zrobić. Poświęcić na to czas, przeznaczyć siły. Lepiej już było odpuścić. Zaakceptować to, że dla kogoś kto w Little Hangleton nigdy nie był, taka wyprawa mogła być ciekawym przeżyciem.

Owszem. Teleportacja nie zajmowała połowy dnia. Nie dało się temu zaprzeczyć. Tyle tylko, że podróż pociągiem nie groziła rozszczepieniem. Była znacznie bezpieczniejsza. Dużo bardziej komfortowa. Zwłaszcza dla kogoś, kto miał wątpliwą przyjemność przeżyć utratę prawego ucha. Po tym zdarzeniu, Penny unikała teleportacji przez kilka miesięcy.

- Porozmawiamy, jak podczas teleportacji stracisz... nie wiem, może tak własny nos? - cholera jedna wie czemu akurat nos, tak jej się powiedziało. Równie dobrze mógł stracić cokolwiek innego. Co tam by los zdecydował. Czasami potrafił być odpowiednio złośliwy. Porządnie dać się człowiekowi we znaki.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi na to, jakoby do Little Hangleton nie przyjeżdżał obecnie żaden pociąg. Wyraźnie widoczna w oddali lokomotywa, a do tego tych sześć wagonów, które za sobą ciągnęła, mówiły w tym przypadku wszystko. Stawiały sprawę jasno. Nie trzeba było dodawać tutaj niczego od siebie.

- Oczywiście. - skwitowała jego słowa, kierując się we wskazanym kierunku. Ruszając ścieżką, która prowadziła w przeciwnym kierunku w stosunku do wcześniej obserwowanych zabudowań. Z ciekawością rozglądała się po zielonej okolicy. Dużo zieleni. Wzgórza. Jakiś las, który znajdywał się przed nimi, ale nieszczególnie blisko. - Daleko będziemy szli? I czego zamierzamy szukać? Może będę w stanie pomóc?

Może byłaby w stanie pomóc - gdyby tylko dostała odpowiednie zadanie. Takie typu stój i dobrze wyglądaj. Nie znała się na chwastach, roślinach. Wiedzę przyrodniczą miała naprawdę podstawową. Nawet gdyby dokładnie jej opisał czego potrzebują, mogłaby wszystko pomieszać. I nie musiałaby się przy tym jakoś tak szczególnie starać. Takie rzeczy wychodziły najlepiej, kiedy człowiek nie robił tego celowo. Świadomie. Miał natomiast sporo dobrych chęci. A nawet bardzo dobrych.




RE: [20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Terrance Trelawney - 23.03.2024

O Little Hangleton powstało już chyba dość niesamowitych historii, by nawet Terry miał pewien problem, gdyby chciał do tej puli dorzucić coś zaskakującego od siebie. Oczywiście nie oznaczało to, że nie dałby rady. Przeciwnie, gdyby tylko wysilił się choć odrobinę, prawdopodobnie mógłby uraczyć Penny jakąś kompletnie zmyśloną, całkowicie niewiarygodną i być może dość ciekawą historią. Gdyby tylko trafiła na nieco bardziej odpowiedni moment. Taki na przykład, w którym Trelawney nie zajmowałby się kompletowaniem kolejnych mniej lub bardziej przydatnych drobiazgów przed całą tą ich wycieczką. To bowiem dość skutecznie odciągało uwagę od jakichkolwiek kreatywnych opowieści. Choć przecież i bez takowych Penny wydawała się być wystarczająco podekscytowana możliwością odwiedzenia tej podobno tajemniczej i niesamowitej wioski. Jeśli zaś szczęście miałoby im dopisać – lub raczej wręcz przeciwnie – istniało pewne prawdopodobieństwo, że którejś z tych niesamowitości mogłaby doświadczyć na własnej skórze. I obejść się przy tym bez zmyślonych opowieści Terry’ego.
W porządku, wygląda na to, że ktoś wreszcie musi ci to powiedzieć… – zaczął absolutnie poważnym tonem, gdy nawiązała do niezbyt przyjemnych skutków teleportacji. – Fakt, że jesteś skończoną ofermą nie oznacza jeszcze, że wszyscy inni też muszą tracić nosy, uszy, czy cokolwiek innego podczas teleportacji…
Cała udawana dotychczas powaga ulotniła się wraz z szerokim uśmiechem, jakim uraczył ją na koniec swojej wypowiedzi. Oczywiście – jak na przyjaciela przystało – przejmował się jej wypadkiem podczas teleportacji. I – również jak na przyjaciela przystało – od tamtego czasu nie był w stanie przegapić żadnej okazji, by jej o nim przypomnieć lub rzucić mimochodem żartem, który mógłby do całej sytuacji nawiązać. Pewnie powinien zdawać sobie sprawę z tego, że w ten sposób zwiększał jedynie szanse na to, że któregoś razu Penny odwdzięczy mu się dokładnie tym samym, jeśli rzeczywiście sam pozbędzie się nosa – lub dowolnej innej części ciała – jednak… nie był to argument w żaden sposób wystarczający, by jej odpuścić.
Nie będziemy za bardzo zbliżać się do lasu – nie była to może zbyt konkretna odpowiedź na zadane przez nią pytanie, ale mimo wszystko stwierdzenie zdawało się być warte wypowiedzenia na głos. I to bez charakterystycznej żartobliwej nuty. Bo o ile większość opowieści dotyczących wioski Terry mógł z pewnym przekonaniem uznać za kompletnie zmyślone, o tyle znajdujący się w okolicy las rzeczywiście mógłby umieścić na liście miejsc, w których niespecjalnie miał ochotę przebywać, jeśli tylko nie było to absolutnie konieczne.
Piołun i ciemiernik powinny rosnąć właściwie gdzieś tutaj, całkiem niedaleko. A skoro chcesz pomóc, możesz rozejrzeć się za… – zastanowił się przez moment, krytycznie zerkając w stronę przyjaciółki. To nie tak, że sam jakoś wybitnie znał się na poszczególnych roślinach. Ale przynajmniej część z tych, których używał dość często, był w stanie bez większego problemu rozpoznać. Z kolei co do wiedzy Penny… mógł mieć chyba całkiem uzasadnione wątpliwości. – Nie wiem, za pokrzywą na przykład. Z tym chyba sobie poradzisz.
I nawet jeśli nie wątpił w tę jej wiedzę aż tak bardzo, oczywiście nie mógł odpuścić sobie drobnego wyolbrzymienia. Chociaż przynajmniej nie polecił jej zrywania trawy. Ani też nie pokusił się o wymienienie jakiejś zupełnie zmyślonej nazwy rośliny, którą pewnie mógłby jej w dodatku całkiem szczegółowo opisać. Złośliwość z jego strony zdecydowanie można więc było uznać za jedną z tych drobniejszych, która nie wysyłała jej przynajmniej na poszukiwania czegoś, co nigdy nawet nie istniało.


RE: [20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Penny Weasley - 24.03.2024

Na samym początku nie bawiło jej to wcale. Wspomnienia były zbyt świeże. Całe to zdarzenie zaś naprawdę mało przyjemne. Dość bolesne. Nie chciałaby fundować sobie powtórki. Z biegiem czasu nauczyła się jednak zachowywać względem tego zajścia pełen dystans. I choć zdarzało się, że teleportacja nadal budziła w niej obawy, potrafiła się śmiać. Potrafiła z tego żartować. Przestała zbyt mocno brać do siebie wszystkie te docinki, na które pozwalał sobie Terry. I kto wie... może w jakiejś części pomogło jej to nawet przekonać samą siebie, że ponowne skorzystanie z teleportacji niekoniecznie musiało okazać się czymś tragicznym w skutkach? Bo i owszem - choć nadal marudziła, to nie obawiała się tego równie mocno, co na samym początku.

- Zapamiętam sobie tą skończoną ofermę, Terrance Trelawneyu. Nie myśl sobie, że tak nie będzie. - przy tych słowach wyciągnęła nawet w jego stronę prawą rękę, wskazała na niego paluchem. Pewnie miało to być takie jakieś ostrzegawcze, miało wyglądać groźnie. Nie oszukujmy się, od Penny to nawet zwykły pudel wyglądał groźniej. Również taki, który dopiero co opuścił salon dla czworonożnych przyjaciół.

Nie kontynuowała tego tematu. Nie wyglądała też na oburzoną. Co oczywiście nie oznacza, że zapomniała; że tylko żartowała. Była przecież kobietą, a każda kobieta potrafiła różne rzeczy wyciągnąć z rękawa. Czasami już następnego dnia, innym razem po miesiącu, roku, a nawet 50 latach. Taka już ich była natura. Podobno.

Z pewną ulgą przyjęła to, że nie będą zbliżać się do lasu. W swojej sukience, a do tego sandałkach, niekoniecznie miała ochotę tam zaglądać. Nie była na to odpowiednio przygotowana. A przynajmniej - tak się nie czuła. Poza tym wspomniany las był całkiem daleko, a dłuższe spacery bywały jednak nieco męczące. To nie tak, że Penny nie miała kondycji, unikała wysiłku, po prostu... po prostu w tym konkretnym przypadku to nie była jej bajka. I tyle w temacie.

- Pokrzywą? - spojrzała na niego w sposób, który wyraźnie dawał do zrozumienia, co aktualnie siedziało w jej głowie. A były to dokładnie te słowa: czy Ty sobie ze mnie żartujesz, Trelawney? Nie wypowiedziała ich jednak na głos. Nimi się nie podzieliła. - A oset nie jest Ci też przypadkiem potrzebny? - zamiast tego zadała te pytanie. Bo skoro proponował jej akurat pokrzywę, to mogła przy okazji dorzucić jeszcze coś takiego. I może jeszcze kilka innych roślin, których rozpoznanie nie stanowiłoby większego problemu dla... chyba kogokolwiek? Przynajmniej tego problemu nie powinny stanowić dla niej samej. Ostatecznie przecież to nie tak, że ruda była jakaś do bólu miastowa i poza miastem sama by nie przetrwała. Wszak wychowała się poza Londynem, a przy rodzinnym domu mieli nawet malutki ogródek oraz kilka drzew. Nie posiadali przy tym sadu, ale Penny na to nigdy nie narzekała. Może tylko zazdrościła trochę swoim krewnym. Tym od Abbottów.




RE: [20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Terrance Trelawney - 24.03.2024

Liczył się oczywiście z tym, że w słowach Penny kryło się całkiem sporo prawdy i że nawet gdyby ewentualny wypadek przy teleportacji miałby przytrafić mu się za kilka, kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat, przyjaciółka nie omieszkałaby mu tego we właściwy sposób wypomnieć. Mimo wszystko na jej słowa nie mógłby zareagować inaczej, jak tylko szerokim, szczerym uśmiechem. Przynajmniej odpuścił sobie wzmiankę o tym, że jak najbardziej wskazane było, żeby rzeczywiście o tej ofermie pamiętała. Tyle tylko, że z powodu nieco odmiennego do tego, jaki sama miała na myśli. Choć może tego akurat nie musiał nawet mówić na głos. Ostatecznie znali się przecież dość dobrze, by bez większego problemu mogła domyślić się, jaki komentarz chodził mu po głowie – nawet, jeśli nie postanowił się nim podzielić.
Pokrzywą – przytaknął krótko, tłumiąc chęć parsknięcia śmiechem. – Takie zielone, z pojedynczymi listkami. Parzy, kiedy się dotknie. Więc lepiej nie dotykaj gołymi rękoma i nie wleź w nią.
Nawet gdyby naprawdę mu na tym zależało, nie byłby w stanie zachować całkowitej powagi podczas tłumaczenia jej, czym tak właściwie ta nieszczęsna pokrzywa była. Oczywistym było, że nie zakładał raczej, by Penny miała tego rzeczywiście nie wiedzieć, ale… sama przecież się o to prosiła. Mogłaby przecież po prostu przyjąć do wiadomości fakt, że owszem, poszukiwanie pokrzywy faktycznie było czymś, czym mogłaby się zająć. Albo i nie mogłaby. W takim wypadku Terry musiałby pewnie bardzo poważnie zastanowić się, czy przypadkiem ktoś nie próbował właśnie podszywać się pod nią i nie robił tego bardzo nieumiejętnie. Podobnie jak ona mogłaby nabrać dokładnie takich samych podejrzeń, gdyby Trelawney odpuścił jej to niefortunne pytanie o pokrzywę.
I do czego niby miałby mi być potrzebny oset? – odwrócił się w jej stronę po tym, już schylił się na moment, by przyjrzeć się z bliska jakiejś roślinie. Widocznie mało interesującej, skoro zdecydował się zostawić ją na miejscu. Albo po prostu pytanie Penny skutecznie odwróciło jego uwagę od oglądanego chwilę wcześniej zielska. Lub raczej coś, co przyszło mu na myśl w ślad za tym pytaniem. – Za to koniczyna może się przydać, nią przynajmniej nie zrobisz sobie krzywdy. A Henry na pewno będzie wdzięczny.
Nie był wprawdzie pewien, czy miał już okazję wspomnieć jej kiedykolwiek o tym, kim właściwie był wymieniony przed momentem Henry i dlaczego miałby być wdzięczny za koniczynę, ale… jakoś nie uważał widocznie za stosowne, by wyjaśniać to w tym właśnie momencie. Pilniejsze okazało się ponowne pochylenie nad pozostawioną wcześniej w spokoju rośliną i oberwanie z niej kilku gałązek. Zupełnie, jakby nie było w jego wypowiedzi niczego nieoczywistego, co mogłoby wymagać jakiegoś dodatkowego wyjaśnienia. No bo w sumie… przecież nie było. W jego opinii przynajmniej.


RE: [20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Penny Weasley - 27.03.2024

Wyraz jej twarzy się nie zmienił. Podobnie jak postawa ciała przyjęta Penny. Nadal na niego patrzyła. Z jednej strony zabawne. I gdyby dotyczyło to kogoś innego, śmiałaby się teraz głośno, rozbawiona tą jego lekko bezczelną zagrywką. Tyle tylko, że w tym przypadku ta zagrywka dotyczyła jej. A to sprawiało, że choć rozbawiona, to była też lekko zirytowana. Bo przecież zdawała sobie sprawę z tego, jak wyglądała pokrzywa. Wiedziała też, że nie była ona szczególnie przyjemna w dotyku. Lepiej było unikać kontaktu z gołą skórą.

- Nie wiem? Do kolekcji? Podejrzewam, że razem z kilkoma pokrzywami, oset mógłby stworzyć całkiem ładny bukiecik. - wywróciła oczyma. Bo dla niej oset był równie użyteczny, co pokrzywa. Nie znała się na tym, to i nie mogła mieć pojęcia na temat tego, że akurat pokrzywa czasem bywała przydatna. Miała właściwości, z których warto było skorzystać; którymi można było się wesprzeć w razie potrzeby. Dla niej była to roślina stanowiąca przede wszystkim zmorę z dzieciństwa. Ile to razy wydzierała się, ile to razy płakała, bo przypadkiem zdarzyło jej się w nią wejść? Ciężko byłoby to zliczyć.

- Koniczyna? - zapytała, zaraz jednak kręcąc na to głową. Lepiej było nie pytać? Ugryźć się w język i nie dawać mu miejsca na kolejne popisy. Bo łatwo było się domyślić, że na sporą część pytań, Terry znalazłby odpowiednią odpowiedź. Niby zabawną, ale kiedy robiło się tego zbyt dużo... wtedy właśnie zaczynały się tworzyć schody. Szlo w pięty?

Ot, po prostu lepiej było mu nie zostawiać na to pola.

Prawdopodobnie warto było zapytać o to, kim był Henryk. I dlaczego miałby być zadowolony z zebranej koniczyny. Penny jednak się tym imieniem nie zainteresowała. Może przeczuwając, że odpowiedź niekoniecznie będzie z tych, które mogą się jej spodobać? Czasami niewiedza była błogosławieństwem. I warto było sobie na nią pozwolić.

- Wiesz co, Terry? Może ja po prostu sobie usiądę tam kawałek dalej i poczytam książkę. Zabrałam na szczęście coś odpowiedniego. A jak skończysz te swoje zbieranie pokrzyw, tylko się nimi nie poparz, to mam też kilka kanapek. Zapraszam, gwarantuje że nie dodałam do nich żadnej trutki. - wreszcie, po chwili zastanowienia, uznała, że w ten sposób powinno być im najwygodniej? Ona nie będzie mu zawracać głowy, nacieszy się ładną pogodą. On na spokojnie zbierze te swoje zielsko. I zajmie mu to pewnie znacznie mniej czasu niż gdyby miał jednocześnie odpowiadać na jej liczne pytania o to czy to ta roślina, czy zwykły chwast, niewarty uwagi.

Nie traciła czasu. I kiedy już się z Terrym dogadali, oddaliła się tych kilka metrów, znajdując sobie odpowiednie miejsce. Usiadła sobie wygodnie przy jakiś kwiatkach, innych takich, wyciągnęła książkę. Spróbowała się odpowiednio zrelaksować. Próbowała cieszyć się tym całym przebywaniem na łonie natury. W końcu kiedy ostatni raz miała okazje opuścić Londyn? Owszem, zdarzało jej się co pewien czas odwiedzać Dolinę Godryka, ale nawet tam, większość czasu spędzała jednak w swoim rodzinnym domu. W jego skromnych czterech ścianach. W towarzystwie rodziców, którzy musieli nacieszyć się jej obecnością.




RE: [20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Terrance Trelawney - 30.03.2024

Mógłby jej pewnie wyjaśnić, że jak najbardziej, pokrzywa – w przeciwieństwie do ostu – stanowiła całkiem użyteczny składnik niektórych eliksirów. W związku z tym sugerowanie jej, by zajęła się poszukiwaniem tegoż właśnie zielska nie do końca było tylko czystą złośliwością z jego strony. Albo próbą zajęcia jej czymś kompletnie bezsensownym. Jeśli tylko pominęło się mało znaczący szczegół, że akurat pokrzywę można byłoby znaleźć absolutnie wszędzie i że wcale nie trzeba było fatygować się po nią aż do Little Hangleton. Gdyby się uparł, prawdopodobnie znalazłby tę roślinę choćby i w okolicach sklepu. Choć może jednak zrywanie jej w tamtym miejscu lepiej byłoby sobie odpuścić – mając na uwadze wszelkie mniej lub bardziej podejrzane i ohydne płyny, jakimi mogłaby być regularnie podlewana.
I chociaż kolejne pytanie zadane przez Penny wciąż było całkiem kuszące, Trelawney tym razem postanowił sobie odpuścić i ograniczyć jedynie do posłania jej spojrzenia, które z łatwością można było zinterpretować jako nieme pytanie, czy aby na pewno miała zamiar to kontynuować. Bo przecież owszem, jak na uczynnego przyjaciela przystało, niewątpliwie bardzo chętnie mógłby wyjaśnić jej również jak dokładnie wyglądała rzeczona koniczyna. Zamiast jednak brnąć w to dalej, wygodniej było jednak przystać na pomysł dziewczyny. Zwłaszcza, jeśli cała ta wyprawa faktycznie miała okazać się jakkolwiek owocna.
Jak już oblezą cię mrówki, pamiętaj o tym, żeby ratować przed nimi przynajmniej te kanapki. Albo je przed kanapkami… – wypowiedziane słowa miały być najpewniej niczym innym, jak po prostu zawoalowaną zgodą na jej sugestię. Tym bardziej, że po nich wcale nie zamierzał jakkolwiek zwlekać, rzeczywiście zajmując się tym, po co się tutaj wybrał. Dłuższą chwilę – wystarczającą najpewniej do przebrnięcia przynajmniej przez kilka rozdziałów książki – zajęło mu poszukiwanie poszczególnych roślin. Przy okazji tego zajęcia zdążył też oddalić się nieco od miejsca, które wybrała sobie Penny – dostatecznie, by zorientować się, że niemal całkiem zniknęła mu z oczu pośród wysokiej trawy. Na szczęście przez swój kolor włosów stanowiła mimo wszystko całkiem niezły punkt orientacyjny, toteż wypatrzenie jej po krótkiej chwili nie stanowiło większego problemu.
Czyli jednak nic cię ani nie zżarło, ani nie porwało – odezwał się, kiedy już był ponownie na tyle blisko, żeby bez większego problemu mogła go usłyszeć. – Wracamy? Czy jednak zdążyłaś już poczuć jakąś więź z naturą i zamierzasz zacząć zapuszczać tu korzenie?
Bez większego przekonania rozejrzał się dookoła, nie będąc raczej przekonanym co do tego, by w tym konkretnym miejscu pozostawać dłużej niż faktycznie było to konieczne. A skoro w przewieszona przez ramię torba wypchana była już wszelkiej maści zielskiem, śmiało można było chyba uznać, że jakakolwiek konieczność właśnie ustała. Kwestią do rozstrzygnięcia pozostawało więc co najwyżej to, czy Penny miała zamiar wracać prosto do Londynu, czy może jednak wolałaby rozejrzeć się jeszcze po wiosce.


RE: [20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Penny Weasley - 04.04.2024

- Spokojnie, będę ich dzielnie bronić. - zapewniła, nie precyzując przy tym kogo konkretnie zamierzała bronić. Krwiożerczych kanapek czy może raczej niewinnych mrówek, które tego niezwykle groźnego spotkania mogłyby nie przeżyć? Pozostawało mieć nadzieje, że Penny dokona w tym przypadku prawidłowego wyboru.

Znalazła sobie odpowiednie miejsce, w odpowiedniej odległości, korzystając z cienia, który kiedy usiadła, zapewniły jej tutejsze krzewy. Pewnie dużo wygodniej byłoby oprzeć się o jakieś drzewo, ale jak to się mawia? Na bezrybiu i rak ryba. Nie zamierzała zbyt wiele narzekać. Korzystała z tego, co znajdywało się na wyciągnięcie ręki. Z książką w ręku, nawet nie zauważyła jak szybko mijały kolejne minuty. Jej uwagę od przygód głównej bohaterki, czarownicy z przypadku, odciągnął dopiero głos powracającego Terrance'a. Zanim cokolwiek odpowiedziała, dała mu gestem znać, żeby jeszcze sekundę poczekał. Może dwie lub trzy. Musiała dobrnąć do końca strony.

- Próbowało, ale ponoć okazałam się ciężko strawna. - wreszcie padło z jej ust.

Odłożyła książkę do torby, przez moment spoglądając na znajdujące się w niej kanapki. Sama jeszcze głodna co prawda nie była, przynajmniej nie jakoś bardziej, ale może Trelawney wyraziłby nimi zainteresowanie? Tak, tak. Czasami zdarzało jej się myśleć również o innych. Czasami można było u Penny zaobserwować ludzkie odruchy.

- Chcesz teraz zjeść kanapki? - zadała pytanie, raczej za rzecz oczywistą uznając, że do Londynu jeszcze nie wrócą. Skoro znaleźli się w okolicy Little Hangleton, to szkoda byłoby tej okazji nie wykorzystać. Na temat miejscowości krążyło zbyt wiele, barwnych opowieści. Takich, które aż chciało się sprawdzić. Nawet na własnej skórze.

Niezależnie od tego co Terry odpowiedział, Penny podniosła się z dotychczasowego miejsca. Zarzucając torbę na ramie, zahaczyła ręką o jeden z pobliskich krzewów. I pewnie by nawet nie zwróciła na ten szczegół uwagi, gdyby nie ten dziwny pyłek; gdyby nie to uczucie kręcenia w nosie. Aż kichnęła, zaskoczona tym, co właśnie miało miejsce. Zarazem jeszcze nieświadoma tego, co miało ją dopaść już za chwilę. Za krótki moment. Bo przecież nie wiedziała. Bo przecież kompletnie się na tym nie znała.

- Widziałeś to? - zapytała tylko, lekko marszcząc brwi. Bo przecież taki pyłek nie był czymś całkiem zwyczajnym. To nie tak, że coś takiego wydzielała co druga roślina. Ewentualnie może co trzecia... albo czwarta. Zaraz po tym zaczęła pocierać odsłonięte ramiona. Niby lato, ale jej nagle zaczęło się robić zimno. Czyżby pogoda miała się zmienić? Było przecież tak słonecznie. Tak ładnie! - Zresztą... nieważne? Od czego byśmy zaczęli? Jakieś ciekawe miejsca? - zapytała, w myślach zadając sobie jednak zupełnie inne pytanie. Być może nawet dużo ważniejsze? Brzmiące dokładnie w ten sposób: dlaczego nie zabrałam swetra? Bo przecież każdy wie, że pod koniec czerwca, sweter to nadal podstawa.




RE: [20 czerwca 1972] Dlatego rudych nie zabiera się na wycieczki | Penny & Terry - Terrance Trelawney - 20.04.2024

Wprawdzie nie protestowałby jakoś szczególnie, gdyby Penny zarządziła mimo wszystko natychmiastowy powrót do Londynu, jednak… nieco dłuższej wizycie w Little Hangleton też nie zamierzał się sprzeciwiać. Mimo wszystko darzył przecież tę okolicę jakimś sentymentem – choć może niekoniecznie dotyczyło to dosłownie najbliższej okolicy, jaką póki co stanowiło jedynie różnej maści mniej lub bardziej użyteczne zielsko. W tej sytuacji dość łatwo mógł dojść do wniosku, że ewentualny piknik z kanapkami w roli głównej mogli sobie jeszcze chwilowo odpuścić.
Może jednak później, wolę jeszcze trochę pożyć – z uśmiechem odpowiedział na jej pytanie, w tym samym czasie odwracając się, żeby wolnym krokiem ruszyć z powrotem w stronę tej nieco bardziej cywilizowanej części wioski. Ostatecznie jednak nie zdążył zrobić nawet kilku kroków, gdy zaalarmowały go kolejne słowa Penny. W jednej chwili zwrócił się ponownie w jej stronę, dla pewności zerkając jeszcze dookoła. Nietrudno jednak było zauważyć, że nie działo się absolutnie nic niezwykłego, niespotykanego, czy jakkolwiek niepokojącego. Nawet, jeśli niepokojącym powinien wydać się sam fakt, że tym razem – tak dla odmiany – to Weasley widziała coś, czego najwyraźniej zauważyć nie mógł nikt inny.
Jadłaś te swoje kanapki? Czy jakieś halucynacje to tylko od siedzenia na słońcu? – zerknął kontrolnie na przyjaciółkę, na ten moment odpuszczając sobie dopytywanie, co właściwie miałaby przed chwilą zobaczyć. Tym bardziej, że sama uznała przecież, że nie było to zbyt istotne. A skoro tak… najlepiej było to potraktować dokładnie tak, jak wszystko inne, co mogłoby budzić jakiś niepokój i skłaniać do ewentualnych przemyśleć. Zignorować.
Możemy przejść się po wiosce. W końcu… jakby popytać wystarczająco dużą liczbę osób, pewnie okazałoby się, że dosłownie wszędzie tutaj znajdzie się coś ciekawego – co do czego najwyraźniej nie do końca przekonany był sam Terry, co po raz kolejny dość łatwo można było wychwycić pomiędzy poszczególnymi słowami. – Chyba, że wolisz od razu zajrzeć na cmentarz czy w inne równie urocze miejsce, o którym słyszy się chyba najwięcej…
Do tego chyba też nie był raczej jakoś szczególnie przekonany, jednak tym razem raczej nie powinno być wątpliwości, że zdążył już powrócić do właściwego sobie żartobliwego tonu. Tego, który zdecydowanie daleki był od sugerowania, że rzeczywiście miałby chcieć odwiedzać wspomniany cmentarz.