![]() |
|
[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki (/showthread.php?tid=6052) |
RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Zenon Kozioł - 11.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=TcmZtQq.jpeg[/inny avek] Zazwyczaj ludzie na rozdrożach mieli na jednym ramieniu anioła, a na drugim — diabła. Zenek siedział naprzeciwko Nory Figg, właścicielki cukierniczego imperium. Tak, Nora Nory była aż tak dobra. Z boku Florka kopała go butem pod stołem. Gdy przysuwał Norze krzesło, jej ramię ledwo sięgało oparcia. Teraz również, by na nią spojrzeć, musiał pochylać się lekko nad stołem. Świeczka w świeczniku rzucała niespokojny cień. Nora może i melomanką nie była, ale doceniła Zenka tam, gdzie chciał być doceniony, czyli przy ich trzyosobowym stoliku. Chociaż nie wiedział, jak zagadywać ją dalej, spoglądał na nią łagodnie z lekkim uśmiechem splamionych pomadką ust. Kop. Coś kopnął. Podskakujące kolano zatrzymało się natychmiast. Kop. Uśmiech Zenka zszedł z jego twarzy. Stopę trzymał w miejscu, a i tak podskoczyła. Kop. Nie, to coś kopało jego. Spojrzał znad karty na Norę. Czytała menu dalej, jakby nic się nie działo. Więc tylko jego… Chwycił kartę mocniej i zatopił się jeszcze głębiej w sekcji napojów. Wtedy to coś, co go kopało, zaczęło meandrować i robić jakieś dziwne rzeczy w jego nogawce. Po kształcie buta już zdążył się zorientować, że to była pani Florka. Oh, jakie męki i katusze, człowiek nie może nawet raz wyjść z domu na miasto jak człowiek. Zmarszczył brwi. Czubek buta łaskotał go przez skarpetkę. Chyba Florka tym mizianiem właśnie mu ją brudziła. Łydka mu lekko drgnęła. Zawiesił wzrok na Norze. — Melomanka to taka kobieta, która lubi muzykę. — kiedy miał ją w zasięgu wzroku, słowa wypływały pewniej. Chciał być dla niej dobrym towarzystwem. Jemu samemu słowo bardziej kojarzyło się z melonikiem, a to już taki rodzaj kapelusza. Odsunął stopę. Czubek buta wysunął się z jego nogawki. Zenek zamachnął się i… Kop. — Chyba dzieci tu nie chodzą… — powiedział z uśmiechem, bo ludzki głos brzmiał wtedy lżej. Kop. Czub buta Zenka ponownie trafił Florkę w podeszwę. Drugi raz już mocniej. Postawił buta z powrotem na ziemię. O czterech żonach Bertiego Botta nie miał siły myśleć. Sam miał dwie kobiety do ogarnięcia. — Wybrałaś już coś, Nora? — uniósł brodę wysoko, by zaczepić wzrokiem jakiegoś kelnera. Na szczęście na siedząco był zdecydowanie wyższy od Nory i ta sama kelnerka, która szukała mu stolika, w mig ogarnęła, że pan Kozioł chce zamawiać. — Panie przodem… — błysnął zębami do Nory. Kelnerka pojawiła się obok. Jego ręka sama sięgnęła do koszyczka z łakociami, których wcześniej najwidoczniej zapomniał odebrać. !Słodycze Bertiego RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Pan Losu - 11.06.2026 Księżycowe rogalikiWybrana przez Ciebie torebka, po otworzeniu okazała się zawierać paczuszkę księżycowych rogalików. Zapakowane w folijkę i obwiązane kokardką, wypełnione są słodkim nadzieniem i oblane polewą, której faktura przypomina plamy na księżycu. Każdy z nich ma na spodzie odciśnięty symbol łyżeczki i nazwę lokalu. Do paczuszki została także załączona karteczka informująca o właściwościach otrzymanych słodkości. Księżycowe rogaliki (Zjedzenie rogalika natychmiastowo napełnia determinacją i sprawia, że czarodziej nie czuje doskwierającego mu bólu, nie ważne jak dużego. Działa przez fabularną godzinę. Efekt jednorazowy, termin ważności do końca roku 1972.) RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Benjy Fenwick - 11.06.2026 Jeszcze zanim podjęliśmy decyzję i przekroczyliśmy próg restauracji, zatrzymałem się na moment przed witryną, obserwując odbijające się w szybie fragmenty ulicy i przesuwające się za naszymi plecami sylwetki czarodziejów - Pokątna na całej długości przed budynkiem tętniła życiem, jakby samo otwarcie nowego lokalu stanowiło wydarzenie porównywalne z premierą długo wyczekiwanej sztuki teatralnej - prychnąłem pod nosem na tę myśl, poprawiając chwyt na dłoni żony. Wciąż nie mogłem zrozumieć ludzi, którzy z własnej woli ustawiali się w długich kolejkach, aby skosztować coś, co wymagało „degustacji”, ale może było to związane z tym, iż - pomimo iście elitarnego, bananowego pochodzenia - moje kubki smakowe nie były dostatecznie wyrafinowane, jasne, zupełnie tego nie wykluczałem. Tak czy owak, nie planowałem tej ani żadnej innej wizyty w modnych knajpach, nie odliczałem dni do otwarcia restauracji Bertiego Botta, ale jednocześnie miałem świadomość, że znajdowałem się tutaj dokładnie z tego samego powodu, z jakiego część otaczających nas ludzi stała przed tym samym wejściem i zajmowała stoliki wewnątrz - skoro już znaleźliśmy się w tym miejscu, a Prudence patrzyła na mnie z tym charakterystycznym błyskiem zainteresowania, nie widziałem powodu, żeby odbierać jej tę drobną przyjemność. Nie chodziło nawet o to, że ulegałem każdej zachciance drugiej połówki, zamierzając dobrowolnie zrobić z siebie pantofla, po prostu istniała zasadnicza różnica pomiędzy robieniem czegoś wbrew sobie a robieniem czegoś, bo druga osoba patrzyła na ciebie tak, jakbyś właśnie wręczył jej cały pieprzony wszechświat, podczas gdy w rzeczywistości zgodziłeś się jedynie wejść do restauracji - chciałem zobaczyć uśmiech na twarzy żony, reszta była marginalna, gdybym naprawdę nie miał ochoty znaleźć się w środku, powiedziałbym to bez większych problemów. Przez lata zbyt często robiłem rzeczy, których nie chciałem robić, żeby teraz nie potrafić wyznaczać własnych granic, „problem” polegał raczej na tym, że przy niej większość tych ograniczeń przesuwała się odrobinę dalej, rzeczy, które kiedyś wydawały mi się męczące albo niepotrzebne, nagle stawały się znośne, może nawet akceptowalne. W sumie to było fascynujące, że ktoś zbudował kulinarne imperium na ludzkiej skłonności do podejmowania fatalnych decyzji, chociaż - tak z drugiej strony - większość mojego życia opierała się na podobnym mechanizmie, więc chyba nie powinienem był tego oceniać… Gówno prawda - oczywiście, że byłem oceniający, tak mnie wychowali - pewnych naleciałości nie udało mi się wykrzewić, innych wykrzewić nie chciałem. Sam fakt, że znaleźliśmy się w restauracji podczas jej otwarcia, już był wystarczająco egzotycznym doświadczeniem, niby nie musieliśmy dodatkowo analizować ludzkich wyborów życiowych, a jednak oczywiście to robiliśmy, tak było całkiem naturalnie. Spojrzałem na nią kątem oka, kiedy wspomniała o wyjątkowości niektórych fasolek - jeszcze chwilę i mieliśmy zostać parą krytyków kulinarnych, a ona mówiła coś takiego, nie dając mi jasno do zrozumienia, czy było to powiedziane serio, czy robiła sobie ze mnie jaja. Jaja - tak - ohydne, niesmaczne jajca porównywalne do tamtego obrzydliwego smaku… Potrząsnąłem głową, nawet nie spróbowawszy w to wnikać - chyba po prostu tego nie chciałem - tu stawiałem granicę, były nią upodobania smakowe kobiety, którą kochałem, przynajmniej dopóki nie wysyłała mnie po nic, przy czego kupnie mógłbym zechcieć powołać się na klauzulę sumienia. Parsknąłem cicho pod nosem, kiedy po raz kolejny wróciliśmy do tej naszej urokliwej tendencji do nazywania wszystkiego eksperymentem - tak na marginesie, czy małżeństwo można zakwalifikować jako badanie długoterminowe? - im dłużej byliśmy razem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że moja dziecięca przyjaciółka miała na mnie znacznie większy wpływ, niż byłem gotów przyznać jeszcze kilkanaście lat wcześniej. Dawny ja prawdopodobnie nazwałby większość naszych decyzji chaosem, gównianym zbiegiem okoliczności albo po prostu serią wydarzeń wynikających z mojego lub jej fatalnego wyczucia czasu i jeszcze gorszego instynktu samozachowawczego. „Eksperyment”… W ustach Sunny brzmiało to naukowo, niemal profesjonalnie, w moich raczej jak ostrożne przyznanie, że nie miałem pojęcia, co robię, ale skoro dotychczas wszystko nie wybuchło, to być może warto było kontynuować badania. Gdyby spojrzeć na nasze życie z odpowiedniej perspektywy, faktycznie przypominało ono jeden wielki eksperyment, tyle że nie taki sterylny, przeprowadzany w laboratorium pod czujnym okiem specjalistów - chodziło bardziej ten rodzaj doświadczenia, podczas którego ktoś, nie tylko ja!, machał ręką nad instrukcją, stwierdzał, że „na pewno będzie dobrze”, a potem z autentycznym zdziwieniem obserwował skutki własnych decyzji. Parsknąłem cicho pod nosem, słysząc własne słowa wracające do mnie w nieco innej formie. W gruncie rzeczy mówiłem całkiem poważnie - ludzie naprawdę potrafili podejmować zaskakująco szybkie decyzje dotyczące rzeczy znacznie bardziej skomplikowanych niż wybór restauracji. Zakładali rodziny, przeprowadzali się na drugi koniec kraju, zmieniali pracę, czasami po kilku tygodniach znajomości uznając, że właśnie odnaleźli sens swojego życia, inni natomiast potrzebowali miesięcy, żeby zdecydować się na kolację w miejscu, o którym pisał Prorok Codzienny. - Czyli wlasamy do tego, sze, jak zwyke, „wszystko zaleszy od ludzi”. To dopielo fascynujące zjawisko społeczne… - Zauważyłem z całkowitą powagą, która sama w sobie powinna była budzić podejrzenia, przynajmniej w moim wykonaniu. Istniało przecież sporo ludzi skorych podejmować decyzje o wspólnym życiu po kilku miesiącach znajomości, podczas gdy inni potrafili miesiącami analizować kartę dań, zastanawiając się, czy na pewno wybrali odpowiednią przystawkę. Granice rozsądku bywały zaskakująco płynne, wystarczyło rozejrzeć się dookoła - jedni byli gotowi czekać tygodniami na możliwość zjedzenia kolacji w modnym miejscu, inni potrzebowali kilku miesięcy, żeby odpisać na list, którego treść mieli w głowie od dawna - nie trzeba było być wielkim badaczem, aby dostrzegać, iż ludzie w naszych czasach posiedli zadziwiający talent do komplikowania rzeczy, które w gruncie rzeczy były bardzo proste. - Mose ploblem polega na tym, sze niektószy zbyt długo zakładają, sze mają czas. Albo, sze niektószy pszesnaczają go zbyt duszo na zolientowanie się, sze coś jest doblym pomysłem. - Zawiesiłem głos na krótką chwilę. - A mose, sze niektólym jeszcze dłużej zajmuje uwieszenie, sze ktoś inny mógłby uznaś ich za dobly pomysł. - Mój ton pozostawał spokojny, ale spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, po czym uciekło w kierunku wnętrza sali, do której wchodziliśmy. - Jeszcze kolejni mogli byś choś tlochę mniej pszekonani, sze kaszde zaintelesowanie ich osobą wynika s chęsi lospoczęcia intelektualnego pojedynku na śmielś i szycie. To tesz mogłoby to szutowaś na pewne… Plocesy. - Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem, mój wzrok przesuwał się po wnętrzu restauracji, po unoszących się pod sufitem lampach i sylwetkach ludzi zajmujących miejsca przy stolikach. Prawda była taka, że gdy już zrozumiałem, czego chciałem, nie widziałem sensu w dalszym odkładaniu tego na później, życie wielokrotnie udowodniło mi, jak niewiele rzeczy było nam tak naprawdę obiecanych. Odebrałem od Prudence płaszcz i zawiesiłem go na oparciu krzesła, przy okazji zatrzymując spojrzenie na chwilę dłużej na sylwetce małżonki. W moim odczuciu to obecność właściwej osoby sprawiała, że miejsce stawało się odpowiednie, nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy twierdzili, że odpowiednie ubranie definiowało prawo do przebywania w konkretnych miejscach. Sam nie wyglądałem szczególnie wykwintnie i wcale mi to nie przeszkadzało, nie należałem do ludzi planujących stroje pod konkretne okazje, chyba że śluby i pogrzeby, jeśli coś było wygodne i nie wyglądało tak, jakbym wygrzebał to z dna kufra po piętnastu latach, uznawałem sprawę za załatwioną. Pod zwyczajowo noszonym przeze mnie płaszczem miałem na sobie dokładnie to, co zwykle nosiłem, niezależnie od okazji - ciemną koszulę z grubego, wytrzymałego splotu bawełny i spodnie z masą kieszeni, które bardziej stawiały na wygodę niż efektowność - nigdy nie przepadałem za strojeniem się dla samej idei strojenia. Wychowałem się w domu, w którym przywiązywano do takich rzeczy dużą wagę, ale bardzo wcześnie odkryłem, że nie miałem cierpliwości do nadmiernej elegancji, ostatecznie i tak liczyło się dla mnie to, co człowiek robił, a nie to, ile czasu spędził przed lustrem. Słysząc pytanie, przez chwilę milczałem, mrużąc oczy w udawanym namyśle, choć w rzeczywistości już wiedziałem, co odpowiem. - Czy musisz? Nie. - Odpowiedziałem powoli. - Ale jeśli odmówisz, będę zmuszony uznaś, sze w naszym małżeństwie istnieje balso niepokojący blak ducha współplasy. - O, to był argument, nie? Kiedy zaproponowała swój układ dotyczący żółtych i zielonych smaków, zmarszczyłem lekko nos, jakbym rozważał warunki wyjątkowo niekorzystnej umowy handlowej. „Żółte za zielone”… Prawdę mówiąc - nie miałem pojęcia, co najgorszego mogłoby mnie spotkać - świeżo skoszona trawa? A może coś znacznie gorszego, na przykład smak żaby bądź jakiegoś innego płaza? Rzekotka drzewna była zielona… Cóż, sama propozycja zakładała jednak pewną sprawiedliwość, a trudno byłoby mi wymagać od Prudence odwagi, której sam nie byłbym gotów wykazać, więc… - Dobsze. - Zgodziłem się ostatecznie, wyciągając ku niej dłoń, jakbyśmy właśnie zawierali wyjątkowo istotny kontrakt. - Jeśli wylosujesz zieloną, biolę ją bez naszekania. W zamian ty pszejmujesz odpowiedzialność za żółtą. Żadnych lenegocjacji w tlakcie. Żadnego powoływania się na niepszewidziane okoliczności. Deal? - Kącik moich ust drgnął lekko, lecz dopiero informacja o braku fasolek wywołała u mnie wyraźną ulgę, może okraszoną odrobiną teatralności, ale robiłem to naturalnie, odchyliłem się lekko na krześle i rozejrzałem się po sali jeszcze raz, kontrolnie, chociaż tym razem mniej uważnie niż wcześniej. Nadal odnotowywałem ruch przy wejściu, zmianę obsady przy sąsiednich stolikach czy zachowanie obsługi, ale nie skupiałem się na tym tak intensywnie. - Doskonała wiadomość. - Odmruknąłem. - Czyli mamy szansę opuściś to miejsce bez konieczności wypluwania czegoś w selwetkę. - Zdecydowanie poprawiło mi to, już i tak bardzo dobry, humor. Sięgnąłem po własny pakunek, obracając go przez chwilę w palcach z przesadną ostrożnością człowieka, który nauczył się już, że pozornie niewinne słodycze, sygnowane niektórymi nazwiskami, potrafiły kryć w sobie bardzo osobliwe niespodzianki, ostatecznie ciekawość okazała się silniejsza od rozsądku - w końcu rozwiązałem kokardkę i rozchyliłem folię na tyle, by zajrzeć do środka, nie uwalniając jeszcze jej zawartości. Uniosłem brwi. - Oho. - Zerknąłem na Pruey, po czym ponownie spojrzałem do środka. - Gdybyś kiedyś potszebowała dowodu na to, sze wszechświat ma specyficzne poczucie humolu, plosę balso. - W moim głosie pobrzmiewało coś pomiędzy rozbawieniem a rezygnacją, kiedy delikatnie uniosłem pakunek wyżej, żeby i ona mogła dostrzec maleńkie słodycze pod postacią pajęczaków, każdy z odciśniętym na odwłoku symbolem łyżeczki i nazwą lokalu. Już teraz dało się zauważyć pierwsze nitki cukrowej pajęczyny i tworzące je arachnidy ostrożnie snujące się po wnętrzu opakowania, więc zamknąłem opakowanie, zanim zawartość postanowiła rozprzestrzenić się dalej po stoliku. Wreszcie pokręciłem głową z rozbawieniem - w końcu byłem domowym negocjatorem z pajęczakami, więc wszystko się zgadzało - i przesunąłem wzrokiem po karcie dań, analizując kolejne pozycje z rosnącym zainteresowaniem, musiałem przyznać, że oferta prezentowała się lepiej, niż przewidywałem, więc kiedy Prudence zaproponowała zamówienie dwóch różnych zestawów degustacyjnych, spojrzałem na nią znad menu i zdecydowanie pokiwałem głową. - Okej. To bszmi losądnie. - Przyznałem, decydując się zamówić jedzenie zgodnie z sugestią. W praktyce i tak skończyłoby się na tym, że podkradałbym jej część potraw pod pretekstem konieczności dokonania rzetelnej oceny, i vice versa Nie uważałem dzielenia się jedzeniem za coś szczególnie niezwykłego, szczególnie w małżeństwie, od paru tygodni byłem szczerym zwolennikiem teorii, iż w pewnym momencie wspólnego życia człowiek musiał przestawać udawać, że nie interesowało go to, co znajdowało się na talerzu drugiej osoby - ja przynajmniej nie próbowałem zbyt długo grać kogoś, kto tam nie spoglądał. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Christopher Rosier - 11.06.2026 – Wciąż to zdaje mi się… dość straszne, że niektórym się przydarza – mruknął, a potem pokręcił głową. – Nie jestem pewny, czy z tym się zgadzam. Może być zabawne, jeśli trwa pięć minut. W chwili, gdy ktoś się zakochuje na stałe pod wpływem takiego eliksiru nie jest zabawne, nawet jeżeli to właściwa osoba. Czy to nie… pewnego rodzaju niewolnictwo, jeśli nie wie, czym go faszerują? Oszustwo? W niektórych opowieściach ludzie poddawali się zaklęciom miłosnym dobrowolnie. Albo wypijali miksturę, mającą wywołać takie uczucie. Trochę dziwne, jakby go ktoś pytał, ale no dobra, ich wybór. Jak jeszcze jesteś świadomy, co się dzieje, i możesz myśleć racjonalnie… jasne, to też była inna sprawa (nie był do końca tego świadom, ale to był choćby przypadek rytuału Victorii i Sauriela: mogli się kontrolować, mogli go złamać, nie musieli rzucić się sobie w ramiona, nawet jeżeli chcieli). Ale w chwili, gdy nie wiedziałeś, że wszystko jest kłamstwem, nie mogłeś się oprzeć, jakie miało znaczenie, że osoba mogłaby być właściwa? Pozdrowienie Lukasa wyłapał głównie dlatego, że ten z całą drużyną zwracał na siebie uwagę, i kiwnął mu lekko głową. Nie zachęcał, by się do nich teraz przysiadał, bo trochę ich było za dużo, a on był tu z Victorią i zdecydowanie nie chciał ściągać im na głowę całej grupy quidditcha. – Ciekawe, o którego chodziło… na pewno ktoś dał taką bombonierkę Borginowi, coś mi się kojarzy, ale chyba jej nie zjadł… – Tyle że oczywiście nie był jedyną ofiarą. Chris nie byłby zdziwiony, jakby ktoś podał tę Lou albo Atreusowi, ale po prawdzie, gdyby nie pogonili za jakąś absolutną maszkarą, na pewno nikt nie zwróciłby na to uwagi, a Delecour raczej nie ukradła dość zapasu, aby starczyło to na naprawdę długo. – Na pewno Roger zrobił z siebie wtedy kretyna, ale ktoś mógł go poczęstować. Przez chwilę milczał, jedząc po prostu, a kiedy Victoria zaproponowała, aby spróbował pieczeni, nie zamierzał odmawiać i zamiast tego podsunął też w jej stronę swój talerz. Może nie było to jakoś niesamowicie eleganckie, ale Rosier w tej chwili zupełnie się tym nie przejmował. – Dobre. Ale oba są dobre. Zaczynam być ciekawy, jak będzie wyglądało całe menu. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Prudence Fenwick - 12.06.2026 - Tak, to prawda, są najbardziej niepewnym czynnikiem. - To ludzie powodowali, że nie dało się do końca przewidzieć tego, co może się wydarzyć. Ludzie byli różni, ich doświadczenia życiowe, marzenia powodowały, że nie dało się zupełnie założyć tego, co może się stać. Jedni spędzali godziny nad debatowaniem w jakim miejscu zjedzą dzisiaj kolację, inni w tym samym czasie potrafili podjąć decyzję o tym, gdzie będą mieszkać, z kim zwiążą swoją drogę, ale nie tylko. To było całkiem fascynujące, na ten temat na pewno można by przeprowadzić całą masę badań, jednak Prue od jakiegoś czasu zdecydowanie bardziej interesowali martwi od żywych, nie do końca była to jej nisza, ale na pewno chętnie przeczytałaby coś na ten temat. - Tak naprawdę nie wydaje mi się, że powinnam to oceniać. Sam wiesz, że jeszcze całkiem niedawno też nie należałam do osób, które lubią spontaniczność. - Całkiem niedawno to ona była jedną z takich, które spędzały godziny na planowaniu, zastanawianiu się nad tym, czy faktycznie warto coś zrobić. Rozpisywała sobie wszystkie za i przeciw, analizowała temat bardzo dokładnie, nim zadecydowała czego właściwie chce. Ostatnio zaczęła jednak zauważać, że faktycznie czasu może być mniej, niż można by się spodziewać. Wydarzenia minionych dni i miesięcy pozwoliły jej zauważyć, że właściwie to nie ma pewności, że przyszłość będzie kolorowa. Każdy dzień mógł być tym ostatnim i szkoda by było marnować chociaż chwilę na zupełnie niepotrzebne rozważania. To nie tak, że zupełnie przestała analizować, dużo łatwiej jednak przychodziło jej podejmowanie tych drobnych, spontanicznych decyzji nad którymi kiedyś też się dość mocno skupiała. Nauczyła się tego od Benjy'ego, który miał zupełnie inne podejście do życia od niej, uważała tę zmianę za całkiem pozytywną. Pewnie kilka miesięcy temu nie weszłaby tak po prostu do tej restauracji, zastanawiałaby się nad tym, czy wygląda odpowiednio, czy faktycznie będzie tu mile widziana - chociaż przecież każdy mógł tu wejść, teraz nie pojawiły się te obawy. Trzymała za rękę mężczyznę którego kochała i liczyło się tylko to, że spędzą razem trochę czasu w całkiem atrakcyjnej restauracji, być może zjedzą coś, czego nigdy nie zapomną, a nawet jeśli nie to i tak będzie pamiętała ten dzień, bo pierwszy raz brała udział w podobnym wydarzeniu i robiła to z nim, to było dla niej najważniejsze. - Czasem warto zmienić podejście, okazuje się, że to może wyjść na dobre. - Niby rozumiała, że niektórzy mogą być przyzwyczajeni do ciągłych wyzwań, mogą obawiać się tego, że ciągle, gdzieś czai się ktoś, kto ma chęć się z nimi mierzyć, ale warto jest od czasu do czasu odpuścić, pozwolić sobie nieco popłynąć, na szczęście dotarło to do niej całkiem szybko. Dotarli w końcu do stolika, który został im wybrany przez uroczą kelnerkę. Mogli usiąść, w sumie jak na to, że to miejsce miało być bardzo popularnym to wcale długo nie oczekiwali na to, by usiąść. Było to całkiem pozytywne i sugerowało, że na posiłek też wcale nie będą musieli czekać trzech godzin o których wspomniał jej mąż. Póki co więc wszystko wyglądało całkiem nieźle. Powinni być zadowoleni z wizyty w tym miejscu, wolała, aby faktycznie tak było, skoro to ona przekonała go do tego, aby znaleźli się w środku. Miała świadomość, że to raczej nie było w jego stylu, nie był osobą która szlajała się po eleganckich restauracjach, jednak tak po prostu zgodził się na to dla niej. To było naprawdę miłe, ogólnie nie miała prawa narzekać na jego podejście, traktował ją wyjątkowo, nikt wcześniej nie zachowywał się w stosunku do niej w ten sposób, naprawdę czuła się doceniona i kochana, tak po prostu. Nie musiała niczego udawać, mogła być sobą, mogła pozwalać sobie na te wszystkie uwagi, wątpliwości, a on to akceptował i ją wspierał. - Do tego akurat nie mogę dopuścić. - Nie śmiałaby pozwolić na to, aby pojawiły się wątpliwości związane z ich duchem współpracy, przecież było to bardzo istotne w małżeństwie. Zdecydowanie był to wyjątkowo doskonały argument, wiedział, gdzie celować, aby mu nie odmówiła. - Tak, mamy deal. - Zielone za żółte, bez niepotrzebnego gadania. Brzmiało to sprawiedliwie, chociaż nadal nie miała pojęcia co mógł nieść za sobą żółty kolor, wymiociny, mydło? Możliwości było wiele, wolała nie rozważać każdej z nich, by się niepotrzebnie nie stresować, jakoś sobie z tym poradzi. Zawsze przecież sobie radziła, ten smak powinna odczuwać tylko przez chwilę, zresztą wcale nie mieli pewności, że to właśnie fasolki znajdują się w tych drobnych paczuszkach. - Dosyć szybko doszedłeś do takich wniosków, nie możesz mieć pewności, że pan Bott nie postanowił nieco zaszaleć z daniami głównymi. - Skoro w pakunkach nie znaleźli fasolek, to być może właściciel tego miejsca planował nieco inną niespodziankę, znaczy nie wydawało jej się, aby faktycznie tak było, na pewno nie chciał zrobić sobie nieodpowiedniej reklamy, jednak powinni brać pod uwagę różne opcje znając jego standardy, a nie można mu było odmówić tego, że lubił zaskakiwać. Z ciekawością zajrzała do środka pakunku swojego męża, uśmiechnęła się kiedy dostrzegła to, co znajdywało się w środku. - Faktycznie, jest to całkiem interesujący zbieg okoliczności, myślisz, że wszyscy już wiedzą o tym, że zostałeś mianowany specjalistą do spraw negocjacji z pajęczkami? - Wieści mogły rozejść się bardzo szybko, kto to właściwie wiedział jaką siłę przebicia miały ich domowe zwierzątka, być może ogłosiły swoim znajomym to, że doszło do takich rozmów, w końcu było o kim mówić. Benjy na pewno siał postrach. - Całkiem szybko udało nam się podjąć decyzję, podejrzewam, że dla niektórych to też mogło być czasochłonne. - Zwłaszcza, że wszystkie dania znajdujące się w karcie wydawały się być smaczne. Rozumiała więc w tym wypadku to, że można było mieć wątpliwości co do swojego zamówienia. Na szczęście ona nie musiała dokonywać tego wyboru, kolejny plus z posiadania męża, nie spodziewała się, że będzie ich tak wiele i że każdego dnia będzie odkrywała następne. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Nora Figg - 12.06.2026 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/a8d0694355356845379d7db5357f3d63/ab57b438a51e685b-1d/s500x750/bf9d747287295bfb9c814cff79a44cd48d2de238.pnj[/inny avek] W drobnym pakunku, który znalazł się w jej dłoniach znajdowały się tęczowe bezy, oglądała je dyskretnie, była zafascynowana tym, jak wyglądały, zastanawiała się, jak właściciel tego miejsca osiągnął ten efekt, czy używał sztucznych barwników, czy naturalnych? Być może będzie miała szansę go o to zapytać. Nie do końca wiedziała, co myśleć o efekcie, który powodowały. Czy właściwie będzie chciała zamienić się w właściciela restauracji? Na pewno była ciekawa tego smaku, jednak nie do końca wiedziała, czy chciałaby się znaleźć w ciele mężczyzny. Położyła je w końcu na stole, nie miała zamiaru kosztować słodkości przed tym jak zje dania obiadowe. Panna Figg uważnie przeglądała kartę dań. Wszystko, co się w niej znajdowało brzmiało całkiem interesująco, dość długo więc pewnie miała zastanawiać się nad swoją decyzją, jeśli chodzi o jedzenie to bywała bardzo niezdecydowana z racji na to, że uwielbiała kosztować nowych smaków, była naprawdę ciekawa kunsztu Botta. Zapach który roznosił się po sali zapowiadał, że mogą doświadczyć naprawdę wyjątkowych doznań smakowych. Nie miała świadomości tego, że pod stołem działo się zdecydowanie więcej niż nad nim. Nie odrywała wzroku od karty dań, którą studiowała bardzo uważnie. - Jest deser, będzie słodki, jak chcesz mogę Ci oddać mój. - Powiedziała jeszcze do Florki, bo w sumie mogła sobie to odpuścić, mimo, że to przecież właśnie deser powinien najbardziej ją interesować. Nie miała jednak najmniejszego problemu, aby z tego zrezygnować, jeśli miałoby to sprawić radość Flynnowi. - Chyba postawię dzisiaj na klasykę. - Przeniosła spojrzenie na Zenka, który spytał, czy zdecydowała o tym, co zamierza zamówić. Gdy pojawiła się przed nimi kelnerka zamówiła zupę warzywną, zapiekankę pasterską, przy deserze nieco się zawahała i spojrzała na Florkę. - Tarta, czy trifle? - Mógł o tym zadecydować, bo przecież już wspomniała, że odda mu swoją część. Jeśli zaś chodziło o napoje, to wybrała sok jabłkowy, nic specjalnego, ale po wizycie w tej restauracji czekało ją jeszcze sporo pracy. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Victoria Lestrange - 12.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=pNjQXjv.png[/inny avek] – No wiesz, ludziom ogólnie przydarzają się rzeczy – uśmiechnęła się pod nosem, nawet pomimo dość poważnego tematu, który im się tutaj zupełnym przypadkiem rozwinął. Ludziom przydarzały się rzeczy i to również te okropne, gdyby tak nie było… to nie byłoby potrzeba brygadzistów, aurorów, uzdrowicieli… Ale byli niestety potrzebni, a przez to że byli – Victoria zarabiała niemałe pieniądze. To nie tak, że żerowała na ludzkim nieszczęściu, raczej patrzyła na to tak, że pojawiała się tam, gdzie już zadziało się coś złego. Albo gdzie mogłoby się zadziać… – Mnie by nie bawiło – przyznała za to, w tym jednym miejscu nie zgadzając się z Christopherem, który miał dużo luźniejsze podejście do życia. Ale skąd miał wiedzieć, jak niemal panicznie Victoria reagowała, kiedy traciła kontrolę nad swoim życiem, myślami czy zachowaniem – chyba nie połapał się jeszcze, czym był bogin, który przed nią wczoraj stanął. – Ale tak, to zdecydowanie niewolnictwo i oszustwo. Chodziło mi trochę o aspekt tego, co może się stać… Wiesz, nawet w kontekście twojego wuja i ciotki… Jakby ta amortencja podziałała tak, że zapałałaby jakimś szaleńczym uczuciem do męża, to może i byłoby to zastanawiające, ale nie byłby to żaden materiał na skandal, nie? – w zasadzie tylko to miała na myśli dzieląc to na odpowiednie i nieodpowiednie osoby. No bo… Gdy amortencja zmusza kogoś do zdrady, to całkowicie najgorsze działanie, bo wtedy ofiar jest więcej niż jedna. Zauważyła ruch od strony zawodników quidditcha tylko dlatego, że wszyscy wstali i w jednym momencie poszli w kierunku schodów. Gdyby nie to, to w ogóle nie zwróciłaby uwagi, że coś się tam dzieje i nie dostrzegłaby Lukasa, o którym zdążyła już zresztą zapomnieć, że chwilę o nim porozmawiali. Również odkiwnęła głową, krótko, niemal powściągliwie. – Nie mam bladego pojęcia. Trzymałam się głównie z moim rocznikiem – ale nie tylko z dziewczynami z własnego dormitorium. Z niego to głównie chodziła po szkole z Cynthią, niektórzy myśleli że były niemal nierozłączne (co nie było prawdą), ale całkowicie w poważaniu miała jakiekolwiek komentarze na temat tego, że rozmawia z uczniami innych domów (o ile ktokolwiek ośmielał się w ogóle takie wygłaszać): z gryfonami na ten przykład, bo z Brenną, ale też z puchonami i takim Dægberhtem. – W sensie nie zwierzała mi się – ale też nie była typem osoby, z którą Victoria w ogóle chciałaby się zadawać na dłuższą metę. – Pamiętam tylko, że kilka osób wtedy pajacowało – ale kto miał być docelową ofiarą i czy jakaś w ogóle istniała… – To było na walentynki czy jakoś wcześniej? – Victoria próbowała sobie przypomnieć, bo zlewało jej się kilka różnych sytuacji w ciągu siedmiu lat szkoły, w jedno. I ona skorzystała z okazji, by skubnąć trochę zapiekanki Chrisa, niewiele zastanawiając się w tej chwili nad tym, czy to eleganckie czy nie, bo też raczej nikt nie zwracał na nich uwagi. – Pewnie na to menu degustacyjne wybrał jakieś swoje popisowe dania… Albo takie, które są najmniej szalone. Ale to był dobry wybór. Skoro te są tak dobre… Zobaczymy jeszcze co z deserami – chociaż Bott zasłynął właśnie słodyczami: fasolkami, ale raczej nie ze względu na walory smakowe, a potencjalną zabawę. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Aaron Andrew Moody - 13.06.2026 "Nie wiem, co do mnie właśnie powiedziałeś". Aaron prychnął cicho, zdając sobie sprawę, że znowu myślał na głos. W głowie już mierzył ramy okienne, już obsadzał drzwi… Myślał, czy nie wyglądałoby estetyczniej, gdyby podwiesić sufit w salonie, bo mieli tam okna na taras, a potrzeba będzie specjalnych karniszy, aby utrzymać wszystkie te firanki, zasłonki i inne fikuśności, które zajmowały ostatnio uwagę Lorien. Naprawdę był cierpliwym w tłumaczeniu, że jeszcze trochę zajmie odnowienie domu, i doprowadzenie go do porządku na tyle, żeby zdatny był do mieszkania… Ale w końcu machnął na to wszystko ręką, i przestał w ogóle kwestionować zachcianki Lorien. "Ja to się nie znam na dekoracji wnętrz, więc ty musisz zaplanować, żeby ci się podobało", zaproponował wspaniałomyślnie. No i zajęła się planowaniem! Widać było, że sprawiało jej to radość, a jej entuzjazm udzielał się Aaronowi, nawet jeżeli ten myślał w kategoriach bardziej praktycznych. — Powiedziałem, że da się zrobić — zlitował się teraz, chociaż kusiło go pogrozić Lorien zabawnie paluchem. Mógłby przecież stwierdzić żartobliwie, że słucha go tak samo uważnie, jak wokand komisji do spraw resocjalizacji, gdy ta dywagowała na temat wcześniejszego zwolnienia z Azkabanu… Czyli że nie słucha mnie pani wcale, pani Mulciber. A jednak nie zrobił tego, pogrążony w tym swoim charakterystycznym, mrukowatym milczeniu, z którego w obecności Lorien wybudzał się zaskakująco często. Zdecydowanie bardziej ekspresyjnym zdawał się, gdy była obok. Być może działo się tak dlatego, że wynarzekał się już wystarczająco na etapie szukania odpowiedniego lokum. Wtedy to ustalili, że Lorien zorientuje się, jaki rozkład pomieszczeń podoba jej się najbardziej, Aaron natomiast będzie się zajmował technikaliami: sprawdzaniem, czy posadzki równo wylane, instalacje sprawne… A krokwie dachu nie popodgryzane przez gnieżdżące się na strychu ghule. Dom z duszą, trzymajcie mnie, wspomniał gniewnie słowa agenta nieruchomości, który przedstawiał im kolejne oferty — do tej pory telepało go na samo choćby wspomnienie — teraz już wiedział, że było to eufemizmem na infestację pasożytniczą. Podczas gdy Aaron opierdalał agenta, Lorien kręciła noskiem nad kolejnymi katalogami z meblami, pytała, czy można przesunąć kanapę, żeby lepiej mogła sobie wyobrazić przestrzeń i krytykowała kolor płytek w kuchni. "Okropne", zgodził się natychmiast Aaron, przerywając na moment ostrą wymianę zdań z przedstawicielem agencji. — Może dałoby się nałożyć na to iluzję — podsunął teraz pomysł, począwszy w zamyśleniu kreślić na serwetce niewyraźne zarysy kwiatów, o których wspominała Lorien. Irysy przypominały nieco esy floresy, bo trudno było uchwycić ich kształt, ale makówki były już łatwiejsze. Obok powoli zaczęły wyrastać wrzosy. Moody milczał dłuższą chwilę, przypatrując się ich łanom, tak samo jak ostatnio przypatrywał się granicom działki, przysiadłszy na schodach po robocie. Jak nikt inny celował w myśleniu katastroficznym. Był dumny z tego, że umiał wymyślić całe mnóstwo sposobów, na jakie coś mogło pójść nie tak. Nie spodziewał się, że tak łatwo przyjdzie mu przywyknąć do wizji czegoś, co byłoby tak miłym jak codzienność z Lorien. — Jak w układzie pryzmatów w teodolicie widmowym. To taki magiczny przyrząd do geodezji. — Aaron odchylił się lekko w krześle, unosząc dłonie w obronnym geście, jak gdyby obiecywał, że nie będzie przynudzał. — Rozstawiasz trójnóg, wbijasz w ziemię srebrne repery, a potem patrzysz, jak obraz w okularze rozszczepia się na kilka planów. Pierwszy wyznacza linię widzenia, drugi wychwytuje zakłócenia w przestrzeni, trzeci zaś rozszczepia obraz na widmo katastralne. Mierniczy widzi jednocześnie rzeczywistą granicę, iluzje, jakie nałożono na grunt, jak i przebieg map, wgranych w aparat z archiwum ksiąg wieczystych. Wszystkie nakładają się na siebie, mieniąc się potem w oczach najprzeróżniejszymi kolorami. Można byłoby tak zakląć witraże. Widać było po nim, że zaakceptował już ich obecność, nawet jeżeli wciąż kojarzyły mu się głównie z świątyniami. To nie chodziło przecież o to, że mu się nie podobały kolorowe szkiełka w oknach, nie tak do końca przynajmniej. Nie lubił religii, bo nie lubił kłamliwej otoczki świętoszkowatości, jaka spowijała jej wyznawców — tego, jak owijali wszystko w retorykę bożej łaski, a może dopustu bożego. Rzucane przez witraże świetlne powidoki były najlepszą tej retoryki reprezentacją. Aaron nie lubił, gdy przekłamywało się rzeczywistość. Przyjmował ją w całości, z dobrodziejstwem inwentarza: nie potrzebował, żeby ktoś kolorował odcienie szarości, próbując uczynić życie bardziej znośnym. Na wspomnienie ojca Lorien skrzywił się lekko, zamaskował to jednak, podnosząc szklankę z sokiem do ust. Zignorował sugestię poproszenia o pomoc Philipa. Głównie dlatego, że była niedorzeczna, bo wątpił, żeby Philip kiedykolwiek pił z robolami na rusztowaniu: takich jak on to najwyżej kroiło się na kasę — "oj, podrożały materiały, kierowniku" — obiecując, że nikt nie załatwi mu tego lepiej i taniej. Nie wątpił, że Crouch poruszyłby niebo i ziemię, i znalazłby swojej córeczce mistrzów szklarskich o niezrównanej renomie, którzy wyrabiali witraże do najstarszych rzymskich bazylik… Tylko że Aaron potrzebował kogoś na miejscu, i to najlepiej kogoś nieco bardziej przyziemnego. Wątpił, aby Lorien czerpała przyjemność z przesiadywania w ogrodzie zimowym, gdyby wiatr nieustannie wiał jej po karku, bo jednak co angielska pogoda, to angielska pogoda: wątpił, żeby Włosi uwzględniali w swych projektach tutejsze warunki klimatyczne. Nie, żeby się im dziwił. Nawet teraz było na Sycylii ciepło. Lorien wydawało się służyć tamtejsze słońce. — Stęskniłaś się już? — Aaron przechylił głowę, zmieniwszy gładko temat. Nieco ściszył głos, bo rozmowa zeszła na sprawy nieco intymniejszej natury. — Za rodziną — dodał łagodnie. — Za Włochami. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/2478d4355200b3276abe8657763bbd40/49d132b85beaf6d2-97/s2048x3072/70afb59469e27b3ccedb02c75422baac522593be.jpg[/inny avek] RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - The Edge - 14.06.2026 ** @Nora Figg @Zenon Kozioł Zegar tykał, a wir rozpędzał się. Przez łeb przechodziły jej pomysły agresywne i wulgarne – wredne odzywki zwracające na nią uwagę całego świata i wszechświata. Nie czytała już w ogóle tego menu, przestała się starać. Uśmiechała się, ale kącik ust jej drżał. I dokładnie w tym momencie, w którym miała wybuchnąć od narastającego wewnątrz ciśnienia, jej ramiona się rozluźniły. Musiała to wytrzymać bo obok siedziała ona. Florence nie mogłaby knuć w głowie żadnego spisku, nic by nie mogła, nie istniałaby gdyby nie drobna blondynka siedząca obok. W całym tym natłoku wad i wybuchowej osobowości, pary ulatującej z niej jak z czajnika, nie potrafiłaby znieść skrzywdzenia Nory Figg. Nawet Laurent, którym próbowała się okrywać jak pierzyną, nie był dla niej tak dobry i wyrozumiały, a przecież wcale na to nie zasługiwała. Nigdy sobie na to nie zasłuży. Mogła mieć tyle nowych imion ile chciała, ale ciężar przeszłości nigdy nie znikał. Przyciskał ją do podłogi tak jak ściskały go klaustrofobiczne korytarze Ścieżek. Nora przyszła tutaj na obiad. Pewnie nie gniewała się, że przy okazji przyszła tutaj poznać jego najlepszego przyjaciela, ale też… Przyszła tutaj na obiad. Nie myśl o tym, że ten zimny drań kopnął cię tak, jakby chciał powiedzieć: uspokój się wreszcie i usiądź prosto, bo mam cię dosyć, przecież z tobą kompletnie nie da się wytrzymać (bez wątpienia to miał przecież na myśli). Powinna przestać ćpać, ale nie potrafiła. Przez te wszystkie rozważania nawet nie zauważyła, że skierowano do niej jakieś miłe słowa. Owszem, rejestrowała je, ale głównie to próbowała nie patrzeć na Kozła, bo jej kolejne uderzenie mogło okazać się zabójcze dla następnego terminu występu w Rejwachu. Podciągnęła nawet nogi pod swoje krzesło. Kiedy pojawiła się kelnerka, ucisk wymiocin w jej gardle był spory, rzuciła więc rozżalona: – Ja to bym chciała oba deserki… – a później dopiero dotarł do niej sens wcześniejszej propozycji i rzuconego jej pytania. Plasnęła więc dłonią w czoło, odrobinę zażenowana. – Ah no tak, mogę zjeść oba. I chociaż od razu zaczerwieniła się przez hojną ofertę, musiała jeszcze przetrwać coś trudniejszego niż to, jak dobrym i spostrzegawczym człowiekiem blondynka była. Absolutnie nic, poza kartą deserów, nie wyglądało dla niej apetycznie. Nie było mowy, żeby dała radę zjeść jakiekolwiek danie główne bez łykania kęsów w całości i popijania ich wodą. Zblendowana zupa brzmiała na coś wolnego od niechcianych niespodzianek, ale mówienie tego co miało się na myśli nigdy nie zaprowadziło go w dobre miejsce. Wręcz przeciwnie, każda jego relacja rozpadała się dokładnie w tym momencie, w którym zaczynał mówić całą prawdę. Ktoś wredny powiedziałby pewnie, że to ta druga przydałaby się bardziej, ale ktoś wredny nie przejmowałby się tym, że bycie w centrum uwagi w chwili, kiedy próbuje coś przeżuć, doprowadzi ją do jeszcze większego dołka. Jej zamówienie było więc zdecydowanie najbardziej chaotyczną sceną, jakiej kelnerka doświadczyła tego dnia. I nie wpadła na to, że mogła zwyczajnie nie zamawiać czegoś, czego nie zamierzała zjadać. Za moment któreś z nich dowie się, że może zabrać to na wynos. Zdecydowanie nie pomogło też to, jak szybko zaczęła się jąkać. Ale hej – wzięła za to sok, ten słodki i pełen melancholii – nawet to do ich stolika pasowało. – Pół na pół? – Zapytała nagle Nory, kiedy typiara już poszła. – Przekroję nam. – Nożykiem ze stołu oczywiście. Co prawda nie przyszła tutaj bez noża, ale… No wiadomo, głupio go wyjmować. – Albo się w połowie wymienimy. A mówiłam ci kiedyś, że mój najlepszy przyjaciel też jest kucharzem? RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Zenon Kozioł - 14.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=TcmZtQq.jpeg[/inny avek] Wydawać się mogło, że przy stoliku siedziały tylko trzy osoby. Istotnie tak było. Zastawa stołowa gotowa była równo dla trzech gości. Stolik mieścił jednak czwartego bohatera. Była nim karta degustacyjna, przygotowana przez Bertiego Botta we własnej osobie. Ależ to była zajmująca lektura. Zenek od roku nie skończył żadnej książki, z kartą natomiast zapoznał się od początku do końca. Przeczytał nawet podziękowania dla magicznej drukarni. Wszystko, byle nie patrzeć na diabelstwo w spódnicy. Kolano podskakiwało. Miał z czego wybierać. Brązowa zupa sama w sobie brzmiała podejrzanie. W Rejwachu nie jadało się niczego, co było brązowe. Łatwo było ją zatem pominąć po samej nazwie, ale żeby jeszcze miała z niego robić centrum uwagi? No jeszcze tego brakowało. Zupę warzywną weźmie. Przewrócił stronę z nabożną czcią. Papier zaszeleścił niczym wysuwana z pochwy katana. Po zapiekance pasterskiej rzekomo doceniało się bardziej swoich bliskich… jakich bliskich? Mamusia siedziała w domu. Kończyła pewnie cerować komuś gacie albo szyła jakiemuś dzieciakowi kostium na Halloween. Zenek już z tego wyrósł. No to niedzielna pieczeń. Do jego nozdrzy dochodził aromat naparów; pierwsi przybysze otrzymywali swoje zamówienia. Wzrok mu skakał między pozycjami. Deser. Nora wspomniała o deserze, a on wreszcie spojrzał przed siebie. Karta opadła na talerz i zgniotła misternie ułożoną serwetę. Florka lubi słodkie. Coś mu się skręciło w żołądku. Chyba nie z głodu. Halo, kelner. — Klasyka dobra rzecz… — próbował zabrzmieć luzacko, ale równocześnie ścisnął krawat. Nie miał pojęcia, skąd usłyszał coś takiego. Dobra rzecz, dobra rzecz. Czy pijacy w Rejwachu tak mówili? Powinien naprawdę częściej wychodzić z domu. Tup tup tup… Bla bla bla… Sok jabłkowy… Florka szurnęła nogami pod krzesło i rzuciła deserkami z takim impetem, że Zenek podskoczył na miejscu. No, tylko ramiona mu drgnęły. Ręce zacisnął na obrusie i zmiął go pod palcami. Sam zaś wpatrywał się we Florkę tak intensywnie, że mu prawie żyłka na czole wyskoczyła. Nie w twarz. Boże broń, tylko nie w twarz. Wzrok osiadł mu na włosach. Niemal jakby patrzył ponad nią gdzieś w przestrzeń, ale to właśnie na opuszczających jej usta tonach fiksowało się jego ucho. Co zamówiła Nora Figg? Nie miał pojęcia, ale Florka wybrała “oba”. Chodziło o deser. Zjechał wzrokiem niżej, na różowe policzki. Wokół zrobiło się dziwnie cicho. Zauważył po paru sekundach. Przekręcił powoli głowę w stronę czekającej kelnerki. — Eeeee. — rzucił się na kartę i zaczął szybko przerzucać kartki. — Zupa warzywna i niedzielna pieczeń. — wydukał. Zapiekł go kącik ust, no więc właśnie wtedy zaczął wycierać kciukiem ślad po pomadce. Czemu to cholerstwo nadal było lepkie? A deser? — No i deser. — brawo. Zenek nie lubił zawrotów głowy. Trifle z kolei kojarzyło mu się ze strzelbą… Nie miał pojęcia, co zamówić. Spojrzał na cukrowe imperium Nory, potem na chmurę florczanych włosów. Żadne nie ułatwiało podjęcia wyboru. — Uuuh. Nora, co polecasz? — gdyby ktoś go teraz ruszył, to by się złamał w pół jak suchy krakers. A kelnerka czekała. Ostatecznie coś na pewno zamówił. A do picia?, niecierpliwiła się. Kolejna zwiecha. Przejechał kciukiem po zmiętym obrusie. Kelnerka pozostawiła to bez komentarza. — To ja też tego soczku… — kelnerka nie dopytała, jakiego. Po prostu kiwnęła głową, skończyła spisywać zamówienie i odeszła od stolika. Osunął się po krześle, jakby dokonał czegoś wyczerpującego i heroicznego zarazem. Wypuścił powietrze ustami nieco zbyt głośno. Na sekundę stolik spowiła cisza. Na sekundę. Bo Florka faktycznie zrobiła się dziwnie spokojna, kiedy przestała go szturchać. Siedziała jak dama. Mówiła coś o “pół na pół”. O krojeniu. I przez sekundę faktycznie zastanawiał się, czym chciała kroić. Chociaż nogi miała powleczone rajstopami, na cienkim materiale rysowały się mięśnie. Nadal mogła mieć pod spódnicą ten pasek na noże. Gdzieś na wysokości ud. — Lewis? — resztką sił nadał imieniu intonację pytania. Zapomniał tylko o uniesieniu wzroku. |