Secrets of London
Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118)
+---- Dział: Charing Cross Road (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=119)
+---- Wątek: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja (/showthread.php?tid=3172)

Strony: 1 2 3 4 5 6


RE: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - The Edge - 08.06.2024

Ten pocałunek nie zadziałał. Flynn zamknął oczy, przysunął się bliżej, odwzajemnił go, ale wszystko wydało mu się takie... pełne strachu i niepewności. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu poczuł, że od pocałunku można było nabrać do siebie dystansu. Czuł się coraz gorzej. Byli tak blisko, wręcz przylegali do siebie ciałami, a jednak...

- Al, masz mnie przecież całego. - Oczywiście ten drugi też miał go całego. Nic nie brzmiało dobrze. Nic nie dawało mu tyle ciepła, żeby tliły się w nim nawet minimalne iskry nadziei. To jest pożegnalny wieczór? Stracił go? Czy to było ostateczne? Nie chciał gdybać, kiedy rozmowa wciąż się toczyła, ale nie potrafił inaczej. Roztrząsał znów każdą głoskę, wpadając w panikę, słysząc nieodpowiedni ton.

- Ta... - przyznał, odsuwając się minimalnie i zakrywając usta dłonią - ale nie wie, kim jesteś. Nie lubi o tym rozmawiać. - W ignorowaniu prawdy i pomijaniu niewygodnych informacji byli oboje całkiem nieźli. Aż dziwiło go to, że to on stawał na głowie, żeby cokolwiek mówić, skoro mówić nie lubił. I tak, to było przykre, ale z Cainem rozmawiało mu się prościej, więc i wiedział o nim dużo więcej niż facet, z którym dzielił łóżko. Mimo tego bez zawahania się powiedział, że Alexander miał go całego.

- Al, masz mnie całego, ale coraz mocniej czuję, że... - zapowietrzył się znów - t-ty się wtedy o-ooszukiwa-ałeś, ja-ak mówiłeś, że p-pokochasz mnie każdego. - Szarpnął go jeszcze raz, delikatnie znak, żeby mu nie przerywał, bo chce powiedzieć coś jeszcze. - G-gdzie leży g-granica? - Przecież on nie tylko go zdradzał, on... Rozważał porwanie dziecka. On w przeszłości nie tylko bił w samoobronie, on znajdował ludzi, śledził ich i zabijał. On zastraszał, brał udział w bójkach, kradł, chociaż nie musiał, angażował się w sprawy związane z tak grubymi przekrętami, że czasami sam nie dowierzał, jak bardzo dało się wzbogacić na przemycie i jak wielki to był rynek. I trwał w tym przecież. Nie przegonił go stamtąd okrutny styl życia, tylko brak ciepła - wszystko inne... na to dało się przecież przymknąć oko, tak jak przymykał oko, brojąc coś w Fantasmagorii i szykując się na to, że pewnego dnia Alexander wkurwi się i przyłoży mu znowu.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - The Overseer - 09.06.2024

Ciężkie brzemię słodko-gorzkiego pocałunku. Pragnąłem go mieć całego... Poprawka, pragnąłem go mieć całego dla siebie, ale tak ewidentnie się nie dało. Przez to wariowały wszystkie kontrolki w moim ciele, a rozwaga w tym przypadku nawet całkowicie zgasła. Oczywiście, nie chciałem go tracić, stracić czy odzyskać, bo pragnąłem mieć go wciąż przy sobie, tak nieprzerwanie i solidnie, ale jednak... wcześniej wyjazdy, a teraz inne jego miłostki zaburzały mi solidnie obraz naszej szczęśliwej rodziny. I pomyśleć, że chciałem nawet spełniać jego marzenia o byciu żoną. Nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać, ale byłem gotów na wszelkie opcje, byleby poczuł się bardziej ze mną, ale...
No właśnie, jakie ale? Spojrzałem na niego, tak na powrót, kiedy mną szarpnął. Wciąż to do mnie nie docierało, że to szczęście... Że my... Że to, co nas łączyło... Sam nie byłem pewien, co się z tym działo. Jak to nazwać? Flynn był przekonany, że mnie kocha, że mam go całego, a jednak jak stąd wyjdzie, to... pójdzie Tam? I co będzie tam robił... z Nim? Co będą robić? Co mówić? Jak się czuć? Czy będą ze sobą spać? Czy może inaczej spędzać czas?
- Tak się właśnie zastanawiam - zacząłem w odpowiedzi na słowa Flynna. Oczywiście, nie tak od razu, bo jednak byłem pełen obaw, żeby go nie zrazić do siebie, ale - tak myślałem, przynajmniej - już to zrobiłem. Swoimi obawami. Wziąłem głęboki wdech, tak dla odwagi, ale chuja dało. - Tak się zastanawiam, że... że ja może faktycznie... Nie spodziewałem się tego, że... Nie wiem, jak to inaczej określić, ale tak się czuję po prostu, że jestem zastępowany. Nie spodziewałem się, że możesz mnie zastąpić, bo nie wiem, z jakiego innego powodu mógłbyś kochać kogoś jeszcze... - przyznałem zagubiony. Nie, to nie były odpowiednie słowa. Raczej powinienem zapytać, czego mi brakowało, a co posiadał ten drugi...? Choć nie, to też nie było odpowiednie do tej chwili. Prawdopodobnie nie było słów, które mogły wyrazić ten bałagan w mojej głowie i w moim sercu.
- Muszę to przemyśleć. Teraz sam nie wiem, co myśleć o tym... Gdzie w tym jestem ja... I czy siebie oszukiwałem, czy nie...? Po prostu spodziewałem się wszystkiego najgorszego, ale nie tego. Nie tego - przyznałem szeptem, przecierając swoją twarz. Umęczoną, udręczoną twarz. Oczy musiałem mieć czerwone jak diabli. - Chciałeś być ze mną na dobre i na złe... Być moją żoną. Chciałeś być moją żoną. Czy to było szczere? - dopytałem go tak dla pewności, bo już się ubiłem w tych wszystkich wyznaniach, ale to zapewne brało się stąd, że ja tylko Flynna brałem pod uwagę u swego boku i nikogo innego więcej. Czy mogłem kochać kogoś jeszcze tak, jak kochałem jego? Romantyczna miłość do kogokolwiek, kogo znałem, jakoś mi nie leżała, choć było mnóstwo super istot w moim otoczeniu. Kochałem ich, ale w pełni jak rodzinę.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - The Edge - 10.06.2024

Czy można było mieć powód do zakochania się?

Chyba nie potrafił sobie tego wyobrazić i... to chyba właśnie jego największa wada - potworne wyuzdanie pomogło mu teraz odrobinę to rozdzielić. Potrafił wymienić bardzo, ale to bardzo wiele rzeczy, które uważał w Alexandrze za atrakcyjne. Nie chodziło tu tylko o to, że (ale to oczywiście też była prawda) facet był cholernie przystojny (i to obiektywnym spojrzeniem, a nie jak w przypadku Caina spojrzeniem zaszmaconego w nim kundla). Nie. Alexander wzbudzał we wszystkich w cyrku głębokie poczucie bezpieczeństwa. Potrafił czarować słowem, miał w sobie masę uroku osobistego. Był mądry życiowo na podobnym poziomie co on, chociaż czasami ich wiedza mocno rozmijała się przez życiowe doświadczenia. I był spostrzegawczy. Tak, niby był jednocześnie durniem unikającym patrzenia na to co powinien, ale Flynn był pewien, że przymykał to oko z czystej miłości właśnie. I z tej czystej miłości tak wiele zauważał. Wiele jego uwag mu wadziło, ale przecież ich potrzebował. Dzięki niemu przytył, był zdrowszy, wreszcie przestał wyglądać jak trup. Może i zdarzało mu się być zapominalskim, ale... był też tak permanentnie wymęczony przymusem trzymania tego wszystkiego w ryzach, żeby się nie rozpadło. Jednocześnie był taki... delikatny. Powolny w dobrym tego słowa znaczeniu - jeżeli ktoś uważał je tylko i wyłącznie za obelgę, to nigdy nie miał go w łóżku i...

I co? Wielu ludzi próbowało o niego dbać, wielu ludzi uważał za atrakcyjnych, wielu mu się podobało, wielu poznał mądrych, spostrzegawczych, utalentowanych. Z wieloma spał i tworzył związki, krótsze i dłuższe relacje. Ale to wcale nie znaczyło, że ich kochał.

I dobrze, że tak mało osób miało go w łóżku, bo w swojej hipokryzji Flynn niekoniecznie spieszył się do słuchania o igraszkach z kimś innym. Miał jakieś przebłyski myśli, czy mogliby tak żyć, dzieląc się sobą z innymi, ale... Skoro Alexander nie myślał o tym jak on, skoro nie potrafił wyobrazić sobie nikogo innego obok siebie, to Flynn czuł wyraźnie, że on zostałby zastąpiony. Jedna miłość wymieniona na drugą miłość, nie dało się mieć obu naraz, tak?

- Wszystkiego najgorszego, czyli czego? Czy to jest... gorsze?

To, że go kochał, ale nie tak jak on chciałby być kochany.

- Tak, t-to było szczere - znowu wpakował sobie paznokcie do gęby, a to znaczyło, że do końca szczery to on jednak nie był. Kiedy zorientował się, jak szybko został w tym zdemaskowany, odwrócił głowę. - P-pamiętasz ten poranek po tym, jak pie-pieprzyłeś mnie pierwszy raz? Powiedziałeś, że nie ma m-miiejsca na żonę w two-im f-aachu, ale ja zawsze miałem wrażenie... że tak naprawdę to jej potrzeebowałeś. Kogoś, kto by cię oo-odciążył, w-wiesz? Z tego wszystkiego, a-ale - głos mu się jednak złamał - ja nigdy nie p-potrafiłem tego robić. Ci ludzie mnie w wię-ększości nawet n-nie lubią i wcale mnie to nie dziwi. - Bo on nie lubił ich. Zniszczyłby każdego, kto śmiałby im zagrozić, ale to wcale nie wynikało z osobistej sympatii. Ryzykował swoim życiem dla obcych ludzi.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - The Overseer - 10.06.2024

Wzruszyłem ramionami. Nie byłem pewien, co z tej puli było najgorszym. Wiele złego miałem okazję już usłyszeć o Flynnie, na przykład, że mordował całe zastępy zbirów, ale czy to było z kolei takie złe...? Gorsze było zapewne mordowanie niewinnych. I dziwna sytuacja, ale najwyraźniej świadomość, że nie byłem jedyny w jego sercu, byłaby mi bardziej bolesną od informacji, że Flynn w przeszłości mordował bezbronne dzieciątka. Nie powinienem nawet tak myśleć, brać tego pod uwagę, ale czułem się jak czułem.
Jakoś nie miałem odwagi powiedzieć mu o tym. Były to myśli nad wyraz egoistyczne, więc Flynn musiał pocieszyć się wzruszeniem moich ramion, niewiedzą na temat tego, co też się rodziło w moim umyśle. Zapewne będę to sobie wyrzucał przez jakiś czas, bo ten kompas moralny w moim sercu był w tej chwili naprawdę podle zaburzony.
Jednakże złapałem go odruchowo za te palce, co to je wsadzał sobie do ust. Nie chciałem by znowu się gryzł i tak zadręczał, choć wizja niezadręczania się raczej błądziła w zestawieniu z tematyką naszej rozmowy. Już zabrnęło to za daleko by nie czuć dyskomfortu.
- Przestań. Nie rób tak - poinstruowałem go delikatnie, trzymając jego dłonie w swoich. Dotyk. To był ten znajomy dotyk, który potrafił kochać, potrafił mordować, ale również zdradzać. Zapewne wszystko, co dusza sobie zapragnęła. Ucałowałem te dłonie, bo wbrew pozorom zależało mi na Flynnie. Nie chciałem go utracić, tracić... Nie wiem, ale nie chciałem żeby źle się czuł, żeby robił sobie krzywdę, łamał się. Mimo wszystko chciałem dla niego wszystkiego co najlepsze, więc tym bardziej źle mi było z tym chaosem w moim sercu.
- Czemu uważasz, że większość cię nie lubi? Lubi cię. Może nieodpowiednio coś odczytujesz - spróbowałem zbić te wstrętne myśli z jego głowy. Próbowałem przywołać ze swojej głowy jakieś sytuacje, w których ktoś byłby dla Flynna nieuprzejmy w moim towarzystwie, ale wszystko grało. - Miałem takie... marzenie? Plany? Chciałem żebyśmy razem zarządzali cyrkiem, tak ramię w ramię... - dodałem jeszcze nieco ciszej, nieco smutniej. Tak, chciałem, żeby tak było. Czy nadal chciałem? Czy może to się rozmyło...? Chyba tak. Chyba... A może jednak nie? Bo nie potrafiłem się od niego odwrócić, mieć gdzieś tego, w jakimś głębokim poważaniu, co też się z nim stanie, a bałem się, bałem się bardzo, że mogłoby być naprawdę źle.
Mimo wszystko puściłem dłonie Flynna. Był wolnym człowiekiem. Mógł wybierać...? Ale czy mógł wybrać dwie drogi? Czy tak się dało? A nawet jeśli? Co ze mną w takim układzie? Co z moimi uczuciami? Czemu tamten drugi się na to godził...? Czemu pozwalał sobie na dzielenie się Flynnem...? Ech, może właśnie z tych samych względów, dla których ja uginałem się przed Flynnem? Chcieliśmy dla niego jak najlepiej, wielkim kosztem, zapewne przekurwiście ogromnym kosztem własnych uczuć i wygody.
Wciąż znajdował się na moich kolanach. Jednocześnie przyjemny, jednocześnie niewygodnie ciężki. Wpatrywałem się w niego, wyobrażając go sobie w welonie, jak gdyby to było w tej chwili najważniejszą rzeczą na świecie. Wyglądałby pięknie... Na początku zbił mnie z tropu, kiedy stał przed lustrem w damskich ubraniach, ale teraz stwierdzałem, że to było bardzo seksowne. I ten welon... Byłby przepiękną Panną Młodą.
- Boję się - odezwałem się, ponownie ujmując w dłoń jego policzek i obracając jego twarz w swoim kierunku. Ten welon, tym welonem próbowałem zmazać wszystko inne. Ten dotyk... Nie chciałem go, a jednocześnie potrzebowałem niczym powietrza. Sprawiał, że było mi lżej. I jednocześnie ciężej, kiedy myślałem o tym całym Razielu. - Boję się jeszcze bardziej niż wcześniej, że cię stracę czy straciłem, nie wiem sam, że nie wrócisz, że już cię więcej nie zobaczę, bo gdzieś tam będzie wygodniej i lepiej niż tu u mnie... Oni wszyscy cię kochają, cyrk cię kocha... I ja cię kocham bardzo. Nie wiem, co mogę dać od siebie więcej by na ciebie zasłużyć, by móc się cieszyć tobą, cieszyć z tobą każdego dnia - odparłem rozbity, zmieszany, zagubiony. Biegałem wzrokiem po całym Flynnie, jakbym chciał go objąć spojrzeniem całego, tak w jednym kadrze, i tak zapamiętać, zatrzymać dla siebie już na zawsze. Ale czy tak się dało? Te dłonie zatrzymać przy sobie? Nieśmiałe bądź zagubione spojrzenie? Nawet te paznokcie między jego wargami.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - The Edge - 11.06.2024

Wyraźnie nie spodobał mu się zakaz obgryzania paznokci. Zdążył przygryźć jednego do połowy i bardzo irytowało go to, że nie może tego dokończyć bez oceniającego spojrzenia i trzymania go za ręce jak dziecka. Był tam pocałunek, ale on stresu w tym nie odjął - bo oprócz bliskości potrzebował też bardzo jakiejś zmiany. Gwałtownej zmiany pozycji robić nie chciał - wtedy musiałby zejść z jego kolan, a to wydawało mu się bardzo ostateczne. Puszczony dogryzł ten paznokieć do końca, ale nie wrócił już rękoma do ust. Zacisnął je na własnych udach, garbiąc się i chowając w kępie włosów opadających mu w tej pozycji na twarz.

- Al, proszę - nic nie prosił, to było takie nieco pogardliwe proszę, takie proszę mówiące co ty mówisz, czyy ty siebie słyszysz - Bell-lowie przyjęli mnie tutaj tylko dlate-go, że ty kazałeś im too za-akceptować. Kochają cię. T-to ty kleisz to mie-ejsce w całość, n-nauczyli się mnie tolerować z szacunku do ciebie. Z k-kim ja niby tutaj roz-rozmawiam oprócz c-ciebie? Z J-Jimem? Który jest tak samo p-pierdolnięty j-jak ja. Fiery? Dzieliłem się z nią zie-zielskiem. To p-pprzeze mnie chodzi przy-yćpana. Nawet Elaine nie będzie t-traktowała mnie już tak samo, bo prawda o Lu-ukrecji jest taka, że...

...że Laurent nie zrobił nic złego. Uczynił go tym złym ich historii głównie dlatego, że tak było dla wszystkich wygodniej. W szczególności dla Flynna oczywiście. W Fantasmagorii wszystko przecież potrafił uczynić dla siebie prostym. Opierdalał się całymi dniami, kończąc wszystko na ostatnią chwilę i przykrywając niedostatki swojego geniuszu kilkoma dobrymi pomysłami, jakie dało się ostatecznie ubrać w przedstawienie. Ukrywał to co niewygodne. Miał całkiem wyraźne oczekiwania względem Alexandra, chociaż nieszczególnie dawał tutaj coś od siebie. Mógł się tutaj jąkać i milczeć tygodniami, a Alexander dawał mu w zaufaniu tyle czasu, ile tylko potrzebował, ale... Ha, pokazał mu dzisiaj, że potrafi mówić bez Veritaserum. Jakaś część niego zawsze potrafiła to robić. Ta, którą widział tu pierwszego dnia po powrocie, kiedy jeszcze trzymał gardę i nawrzeszczał na Laylę.

Odetchnął. Jego ton się zmienił. Na ten samym smutny ton, którym opowiadał najgorsze z opowieści.

- Kiedy tutaj przyszedł to wyjaśnić, to go pobiłem na jej oczach i dlatego zamieniła się w Sionnah. - Nie ulegało jego wątpliwości, że Prewett nie miał szans się bronić. Gdyby chciał go zabić, zabiłby go bez problemu. Wyrwałby mu różdżkę, złamał ją, a później mógł rozwalić mu głowę o bruk, bo dało się rzucać nim jak szmacianą lalką. - Fiery zamykała ją w klatce, a ja podałem mu Veritaserum, które kazałem przyrządzić dla siebie. - Zamilkł na sekundę, jakby sam nie mógł tego przetrawić. - Opowiadał mi o tym, że nie może oddychać ze strachu i nie ma obok siebie nikogo, a ja kazałem mu złożyć wieczystą przysięgę. Jak przestanie mi wysyłać te listy to... zdechnie. Zamieni się w kupkę popiołu. - To dlatego ten list w ogóle tu dotarł. Wiadomość będąca punktem zapalnym tej nieszczęsnej rozmowy. - Al, ty nie zrobiłeś nic złego - w ogóle nie docierało do niego, jak można było użyć słów, że chciałby sobie na niego zasłużyć... przecież zakochanie się w nim brzmiało jak najgorsza z możliwych kar - a ja bardzo chciałbym cię wspierać, chciałbym, żeby nie było ci ciężko, żebyś nie wracał codziennie taki zmęczony i zmartwiony - nie kłamał na ten temat - ale ja nie potrafię się zmienić. - To nie z Alexandrem był tutaj problem. - Kocham cię, ale nie potrafię się dla ciebie zmienić. Nie wiem... - Ten smutny głos, który z siebie wydusił, też się ostatecznie załamał. Ponownie ukrył twarz w dłoniach, czyniąc następne słowa cholernie niewyraźnymi. - Nie wiem, co robić, tak cholernie nie wiem, co mam robić. - I uważał za chore to, że z tego powodu ostatecznie się poryczał, ale nie potrafił już powstrzymać łez. - Czułem to w głębi duszy cały czas, ale tak cholernie bałem się to powiedzieć, bo nie chcę, żeby to był koniec. Fantasmagoria to moje dobre miejsce, bo ty tu jesteś. - W najczarniejszej chwili jego życia był osobą, której udało się wyciągnąć go do światła. - Teraz już i tak na wszystko za późno, prawda? - Ludzie zawsze mówili sobie o potrzebie czasu, gasili swój zapał do rozmowy słowami muszę pomyśleć, ale to już były nieodwracalne zmiany. Takie rzeczy pozostawały na relacjach jak blizny na ciele. W końcu przestaną całować się przed snem. Nie będą rozmawiali. Będą stawali się dla siebie obcymi ludźmi, jedynym spoiwem pozostaną gorycz i zobojętnienie. Tak wyglądały rozstania, a on nie chciał się rozstawać. Chciał mieć ich obu. - Trzymałem to w sobie, ale to zaczyna pękać. - Jego potworna samolubność. Krzywdzenie siebie i innych za choćby chwilę ciepła. - Tego nie da się pomieścić. Nie da się pomieścić w niczym tego, jaki jestem. - Coś chciał jeszcze dodać, ale już sam nie wiedział co. Zaszlochał tylko całkowicie gotów na to, że Alexander jednak przez te drzwi wyjdzie, a on nie miał prawa go gonić.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - The Overseer - 12.06.2024

Nie było łatwo, ale można by było się spodziewać, że nasze sprawy mogły mieć pozytywny finał, nie? Może w tej chwili nie potrafiłem sobie wyobrazić pewnych rzeczy, takich na dwa fronty rzeczy, ale... bywałem cierpliwy? Może bardziej... wyrozumiały? Pełen nadziei? Albo po prostu kurewsko naiwny, ale robiłem to, byłem taki... działałem tak? Chciałem być dla niego dobry, ale najwyraźniej tak się nie dało. Może na dobrą sprawę sam nie chciał więcej tej dobroci ode mnie? Zawsze były te dwie strony medalu imieniem Flynn - ta strona, która do mnie lgnęła, oraz ta strona, która za wszelką cenę chciała mnie do siebie zrazić.
Czemu tak przedstawiał sytuację? Wszyscy go kochali. Byliśmy rodziną. Jim wcale nie był pierdolnięty. Czy Fiery naprawdę miała problem z ćpaniem?! I jeszcze Elaine... Co z Elaine? I tą blondynką. Zresztą, jego to miałem gdzieś. Bardziej rozchodziło się o moją cyrkową rodzinę.  Czyżby znowu się rozpadała?
- Czemu mi to robisz, Flynn?! Kłamiesz. Kłamiesz mi prosto w oczy. Albo nawet i nie prosto w oczy, ale kłamiesz. Już wolałem, kiedy mi nic nie mówiłeś, bo po prostu mi nic nie mówiłeś, ale... Mówienie z wygodnym zatajaniem, kłamanie na własną korzyść?! Kim ja dla ciebie jestem Flynn!? - zapytałem go, bo nie byłem już pewien, co to za człowiek siedział na moich kolanach. Pokręciłem głową, z żalem ściskając wargi. Chciałem tak wiele... Może za dużo? Może miałem zbyt wygórowane wymagania? - I mam wrażenie, że to ty nie lubisz tej rodziny, że są ci kością... To całe miejsce... I Tully był. Nie lubiłeś go bardzo. Może nienawidziłeś...? Czy on zrobił ci coś złego? Czy którekolwiek z nich zrobiło...? Ja to cyrk, cyrk to ja. Możliwe, że już za późno, że na wszystko za późno, bo nie głęboka rozpacz, a teraz też żal ściska, bo ja cię nie rozumiem... i chyba nawet nie znam. Kim jesteś, Flynn? Co tu robisz?! Z czym mi jeszcze nakłamałeś? Czy ja jestem naiwny?!? Z pewnością dla ciebie za miękki, to wiem... Weź, zejdź ze mnie. Muszę to wszystko sobie przemyśleć, to, co dziś wypłynęło. I lepiej dla ciebie, jak zwalisz wszystkie podłe nowinki teraz, a nie żebym znowu musiał przez to przechodzić - stwierdziłem stanowczo, tym razem już bez zawahania dając gestem znać Flynnowi, by zszedł, by mnie zostawił samego sobie. Może to właśnie ten sąd? Wizengamot z moich ogniskowych wizji. Bardziej przenośny niż faktyczny, gdyż to ja miałem osądzić Flynna.
W miarę możliwości, zamierzałem wstać. Nie mogłem już tak siedzieć, bo mnie cholera weźmie. Jeśli Flynn mnie nie zatrzymał, to stanąłem z założonymi rękoma na piersi. Nie myślałem o niczym, bo myślenie mnie zabijało. Czekałem na ewentualne kolejne opowieści z życia Crowa.
- Powiedz mi, czy to Veritaserum było prawdziwe, czy to sok mający uśpić moją czujność? - zapytałem go znienacka. Chyba jednak myślałem i to myślałem nad wyraz intensywnie. - Jak możesz mnie kochać? Jak możesz mnie szanować? I jednocześnie robić ze mnie głupka?
Rozplątałem dłonie, żeby przetrzeć zmęczoną twarz. Miałem wiele nowych zmiennych do przemyślenia, ale najchętniej to przestałbym istnieć. Ech.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - The Edge - 14.06.2024

Flynn nie chciał z niego schodzić, ale zabrał te nogi i podciągnął je pod brodę, kuląc się przy oparciu kanapy. Starszy Bell uderzał w niego po części trafnym słowotokiem - problem z nim był większy niż on sam sądził, faktyczne posiadał w sobie bardzo dużo niechęci do ludzi chcących dać mu gwiazdkę z nieba nie oczekując wiele w zamian, jednak... To też nie było tak, że ich nienawidził. Odpychał ich od siebie jak każdego, będąc jednocześnie gotowym wesprzeć ich w trudnych chwilach. Ich największym grzechem nie było nic co mu zrobili, po prostu... Nie pasował tutaj. Nie pasował do obrazka, w którym mógłby być szczęśliwy - z rodziną wokół, z tymi (podobno) kolorowymi wozami - jego dusza nie rozróżniała barwionych materiałów wiszących na oknach od betonowych ścian, a jednak te betonowe ściany zawsze zdawały się trzymać go w ryzach lepiej niż kiedy ktoś puszczał go samopas.

Tak dużo znaków zapytania, jednocześnie absolutny brak przestrzeni na odpowiedź. Bo to były pytania na pokaz. Pytania na które nie warto odpowiadać, bo Alexander i tak usłyszy swoje. Z tego powodu Flynn przez dłuższą chwilę milczał, siedząc w bezruchu i wyglądając niemal tak bezbarwnie, jak kiedy spotkali się pierwszy raz po piętnastu latach rozłąki. Przypomniał sobie nagle jaki Cain był szczęśliwy widząc go w czerwcu, spokój malujący się na jego twarzy bo smutny Crow znalazł sobie „zalążek rodziny”. Ludzi, których chciał chronić. Chyba się wtedy bardzo oburzył, że żaden to był zalążek - to po prostu rodzina, taka do której się wraca. Co się zmieniło? To wszystko przez zdradę, czy zło czaiło się za rogiem już wcześniej?

Odezwał się wreszcie, ale wymagało to bardzo długiej chwili, podczas której zbierał słowa. Jedno po drugim. Ostatnio coraz częściej mu się to udawało. Przemyślane wypowiedzi - coś niespotykanego na kartach jego biografii przed tym cholernym latem.

- Z ciebie też jest niezłe ziółko, wymusiłem na tej dziewczynie zrobienie mi nielegalnego eliksiru żebyś mnie mógł przepytać z czego tylko chcesz, a ty to zlałeś, bo chciałeś poczekać... aż sam zacznę mówić chociaż od trzydziestu kurwa lat cierpię na wybiórczy mutyzm! - Tylko szaleniec spodziewałby się czegoś innego! Dawał mu „tyle czasu ile potrzebował” ale tylko po to, żeby teraz kazać mu wyrzygać wszystkie grzechy i... Wybrzmiewała w tym groźba. Groźba! A każda groźba płynąca z ust kogo kochał stawała się kolejnym znakiem zapowiadającym rychłe porzucenie. - Czy ty mnie kiedykolwiek chciałeś poznać? - Teraz i on był zdenerwowany. Zadarł nawet głowę do góry, ale tylko po to, żeby ją po chwili opuścić w dół. - Zawsze wiedziałem, że nie kochasz mnie tylko jakieś swoje urojenie na mój temat. Coś co sobie kurwa wymyśliłeś. Urojenie, któremu nigdy nie byłem w stanie sprostać. - Znów czuł jak do oczu zbierają mu się łzy. Pierwszą reakcją było otoczenie nóg ramionami i zastygnięcie w tej pozycji, ale nagle, kompletnie niespodziewanie dla nikogo w tym pomieszczeniu - wstał (!) i machnął rękoma, jakby zrzucał z siebie jakiś wielki ciężar. - Mnie się nie da naprawić! - Ryknął wręcz. - Wykrzyczałem to do Layli pierwszego dnia po powrocie. Wtedy też mnie nie słuchałeś! - Pełny goryczy strzepnął z siebie zalążki kiełkującej agresji, nie chcąc powtórzyć sceny, w której pchał rękoma lub uderzał kogoś cofającego się pod ścianę.

- Zamknij na chwilę mordę. - Ledwo to z siebie wydusił, a później chciał splunąć na ziemię, ale przecież znajdowali się w pomieszczeniu. Ostatecznie ograniczył się do dziwnego wykręcenia twarzy, jakby czuł na języku coś potwornie gorzkiego. - Alexandrze - szepnął. Trochę dla siebie na zachętę. - Zabiłem więcej ludzi niż byłem w stanie zapamiętać. - I generalnie miał problemy z pamięcią. Większe niż był w stanie przed sobą przyznać. - Pieprzyłem dwa razy tyle. - A nawet i więcej. - Pieprzyłem też tego chłopaka - głos mu się jednak złamał, ale stał przy nim wciąż, nie gapił mu się w oczy bo nie dawał rady, zamiast tego natrętnie bawił się kołnierzem jego koszuli - a kiedy powiedział mi, że mógłby mnie kochać, zgasiłem go mówiąc, że i tak wrócę do ciebie. - Nie musiał chyba dodawać, że byli już razem. - Dwa miesiące temu Raziel rzucił, że chciałby ze mną zamieszkać, a ja od razu odpowiedziałem, że przecież to niemożliwe, bo musiałbym zostawić cyrk. Takie to było dla mnie oczywiste. - Znów spróbował na niego spojrzeć, ale zaniechał. Wbił wzrok w ich buty. - To jest moja miłość. Może jest kulawa, ale przestań w nią wątpić. Obiecałem ci zostanie tutaj tak długo jak będziesz mnie chciał. Przestań słyszeć tylko to co chcesz usłyszeć, jeżeli masz zamiar mi to potem wyrzygiwać. Jestem dobry w grę, w której nie mówimy sobie nic oprócz kocham cię po tym jak się we mnie spuścisz. - Znów trzymał go za ubranie. - Nie szukam sobie nowej Fontaine, przecież... - już ją znalazłem.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - The Overseer - 15.06.2024

Zamarłem. Szkoda, że nie zmarłem. Flynn wykrzyczał to, czego się obawiałem, o czym starałem się nie myśleć, ale nie chciałem się z tym zgadzać, nie mogłem się z tym zgadzać, bo ten człowiek, którego kochałem, stał przede mną. Nie był moim urojeniem, tylko Flynnem, nieśmiałym i zagubionym chłopakiem, który był pogubiony aż zanadto, bardziej niż mógłbym zakładać. Czy mogłem więc kochać urojenie? Własną wizję? Człowieka, któremu nieumiejętnie doszyłem łatki wedle własnego widzimisię i teraz, cóż, się rozpadał przed moimi oczami? Nie, to nie mogło tak być. Nie mogło tak być. Nie zgadzałem się z tym. Kochałem jego, a nie urojenie. Nie byłbym aż tak popieprzony by wymyślać sobie coś tak chorego...? ...ale zawsze też trwałem w świadomości, że każdy w cyrku miał swojego problemu, każdy dzieciak, sierota, którego przygarnęliśmy, w tym ja. Też byłem porzucony. Nawet dwa razy, wpierw przez rodziców, potem przez Flynna... Na domiar złego, straciłem również Tullyego. Niedobrze...
Wyprostowałem się. Nie zamierzałem dać się stłamsić słowom Flynna czy też własnym obawom. Wiele zmiennych brałem pod uwagę, wiele sytuacji, przeróżnych scenariuszy, ale ten, w którym kochałbym urojenie Flynna, odrzucałem. Uparcie odrzucałem. Był zbyt... Flynn był jaki był, ale kochałem go, nie wymyślałem sobie niczego. Zdawałem sobie sprawę, że dorósł i nie był już tym dzieciakiem, w którym miałem brata. Dorósł, wyostrzył mu się charakter, nabył doświadczenia, gdzieś tam się pogubił, ale to wciąż był on i... za bardzo ujadał. Już od dawna wchodził mi na głowę, a ja stąpałem na palcach, żeby go nie zrazić do siebie, ale najwyraźniej zbyt długo byłem pobłażliwy. Teraz pogrywał sobie z moim sercem, używając mocnych, brutalnych słów. To co, że wyznawał mi miłość, skoro jednocześnie bił mnie po twarzy tymi wyznaniami? Tego było za wiele.
Cofnąłem się o krok, drugi. Wyszarpnąłem odzienie z jego uścisków. Miałem ochotę zrobić coś innego, coś bardziej intensywniejszego i dosadniejszego, jak też słowa Flynna, ale powstrzymałem się. To co, że dłoń sama się szykowała ku temu, żeby go uciszyć. Nie byłem w stanie. Obiecałem sobie, że nigdy więcej go nie uderzę, niezależnie od sytuacji, więc miałem na myśli również tę sytuację. Wziąłem jedynie głęboki wdech by odetchnąć, nabrać dystansu.
- Wyjdź - zacząłem krótko. Pomyślałem sobie, Wyjdź i przemyśl swój ton, swoje emocje, swoje postępowanie, ale nie zamierzałem być dla niego miękki, taki, że pięć minut czy coś. Poza tym nie chciałem go uderzyć. Potrzebowałem się wyciszyć. Starałem się nie myśleć o tych wszystkich osobach, z którymi się pieprzył, ale było ich więcej, z pewnością więcej niż wiedziałem... Więcej niż ja... aktualnie, tak aktualnie więcej niż ja i Raziel nawet. Bo jeszcze on. Nawet ON. Miałem wrażenie, że Flynn wbił mi jeden z tych swoich sztyletów w serce, ale to było akurat urojenie, takie tylko (albo aż) wrażenie, paskudne uczucie bólu i zdrady, które chciałem zatuszować ciosem? Takim świstem. I krwią. Nie czułem krwi. Wolałbym już krwawić niż słyszeć, że Flynn mnie zdradzał i to z tak perfidnymi ludźmi.
- Wyjdź* - powtórzyłem z uniesioną głową. Ja z kolei chętnie unikałbym kontaktu wzrokowego, ale teraz musiałem być silniejszy, silniejszy od nas dwojga, inaczej znowu się rozkleję. Nie zamierzałem sobie na to pozwolić po tym, co miałem okazje usłyszeć. - Przemyślę sobie, czy jeszcze ciebie chcę - dodałem ostro i wskazałem mu drzwi wozu.

*jedziemy na ostro - KOKIETERIA I DOWODZENIE II


RE: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - The Edge - 15.06.2024

Wyjdź? On tu stawiał wszystko na jedną kartę, a ten mu kazał wyjść. Stanowczy głos wywołał w nim drżenie, ale jego ostateczność dodawała mu też sił, bo był pieprzonym desperatem. Odsunął się na krok, odtrącony i pozbawiony możliwości trzymania go za koszulę, na kilka sekund odwrócił twarz w kierunku zamkniętych drzwi...

Nad czymś się jeszcze zastanawiał.

- Jak myślisz, Al... po czym poczujesz się lepiej? Po samotnej, smutnej jak pizda nocy, podczas której śpię chuj wie gdzie, a ty nie potrafisz przestać o mnie myśleć? Czy po zerżnięciu mnie tak, żeby usłyszał mnie cały cyrk? - Albo w pieprzonym Islington. - Kogo innego sobie znajdziesz? - Celowo wybiegł w przyszłość, żeby zasiać w nim ziarno niepewności - żeby do niego dotarło, jak ostateczne to było, że musiałby sobie układać życie na nowo. - Przygruchasz sobie zamiast mnie jakąś tępą kurwę, która będzie gotowała ci obiadki? - Oczywiście wplótł w to swój najgorszy koszmar... - To niczego nie zmieni. - Nie dało się go tak pozbyć. - Wiesz, jak to będzie wyglądało? Będziesz sobie wmawiał, jaka to jest zajebiście zdrowa, oczyszczająca cię relacja, zaplączesz się w czyjeś ramiona i spróbujesz odpłynąć. Myśląc, że tak to powinno wyglądać. Ale nic nie będzie ci się śniło. Obudzisz się w nocy i nie będziesz mógł się mnie pozbyć ze swojej głowy. Bo nikt, NIKT KURWA nie sprawi, że się tak poczujesz. Będziesz się do końca swojego spróchniałego życia budził, mając nadzieję, że się do ciebie dobieram, ale zostanie ci ręka i wspomnienie tych kilku lat, kiedy miałeś mnie w garści.

Chciał jeszcze dodać, że oni by się nie zawahali. Oni by go wzięli takim, jakim był, ale... spodziewał się od razu, że mu głos zadrży. Nie miał pojęcia gdzie właściwie był Cain, a Laurent nie odezwał się do niego ani razu, poza tym jednym listem, który musiałby wysłać nawet wbrew swojej woli. Alexander tego nie wiedział, mógł sprowokować go jeszcze mocniej, ale... kiepski był w aż tak bezpośrednie kłamstwa.

- Może i jestem szmatą, ale skosztowałeś mnie z własnej woli i nie powiesz mi nigdy, że nie było warto.

Jestem pojebana więc rzucam na rizz (kokieteria).
[roll=N]
Jak poszło mu tragicznie to wyszedł.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Lukrecja - The Overseer - 16.06.2024

Flynn mnie znał. Nie zasnę dziś tak szybko, nie zasnę wcale, jeśli nie będzie go u mojego boku. Będę myślał, gdzie będzie i z kim będzie, bo to, że nie będzie sam, było bardziej niż pewne. Pójdzie do jednego albo do drugiego, albo kogoś jeszcze innego, kogo nie kojarzyłem z opowieści... A może wróci do samej Fontaine? Jakby nie patrzeć, wciąż o niej myślał. Tęsknił za nią. Za nią dawną, ale zawsze coś... I jeszcze Raziel, i Blondynka. Oni wszyscy gdzieś tam rozsiani po Londynie, a może nawet i za jego granicami? Ci kochankowie? Ilu ich bylo? Jacy byli? Co sprawiło, że utonął w ich ramionach?
Nie byłem w stanie o tym myśleć. Nie w szczegółach. Nie, kiedy sobie próbowałem to wyobrazić, to, że dotykają go inni, że jest z nimi, że sapią sobie do ucha.
Kogo innego sobie znajdę...? Nikogo. Już zawsze będę o nim myślał. Jeśli nasze drogi ponownie się rozejdą, będę na nowo żył nadzieją, że znowu go zobaczę. Będę szukał go w tłumie, wypatrywał na trybunach, widział go w różnych losowych osobach... Albo, jeśli pozostanie w cyrku, to... co? Co ze mną będzie? Co, jeśli będzie całował się z innymi na moich oczach? Będzie chociaż szczęśliwy...? Czy mógł być szczęśliwy beze mnie? Czy w ogóle był szczęśliwy, tak na dobrą sprawę? Ewidentnie nie czuł się w cyrku jak w domu, jednocześnie czując się jak w domu... Ja już nic o nim nie wiedziałem, poza tym, co mi wykrzyczał. Zależało mu na mnie, niby mu na mnie zależało, a... A... A... Robił mi to, mówiąc, że kochał mnie i Raziela, i dlatego nas zdradzał jeszcze z kimś innym...? To był jakiś paskudny żart, mało śmieszny i zabawny. Miałem wyrwę w piersi, krwawiąca dziurę. Chciałem zniknąć, zapaść się pod ziemię, ale nie mogłem. Nie mogłem mu tego pokazać, poza tym cyrk na mnie liczył. Cyrk na mnie liczył. Cyrk na mnie liczył. Cyrk na mnie liczył. Cyrk na mnie liczył. Cyrk na mnie liczył i nie mogłem się poddać. Nie mogłem znowu przechodzić załamania, a jednak jak mogłem przestać o tym myśleć?!
Wyprostowany, dumny - choć może bardziej wściekły, stanowczy. Tak, tego musiałem się trzymać, ale jak? Czułem się, jakby właśnie odcięto mi penisa, a przy okazji również jaja. Trochę tak, jakbym przestał istnieć. Nie, gorzej! Jakbym istniał, ale bez wyrazu.
Musiałem zgodzić się z tym, że sam sobie zafundowałem to piekło. Mogłem być neutralny, obojętny względem Flynna, ale tak bardzo za nim tęskniłem, chciałem być mu bratem jak dawniej, otoczyć go ciepłą opieką i... skosztowałem go z własnej woli - trafne słowa. I nie żałowałem tego, bo go pokochałem. Kochałem go wciąż, mimo że w afekcie wciskał uparcie nóż w moje serce. Raz po raz. Nic nie oszczędzał.
Ale miał rację. Miał sporo racji, ale prezentował ją w taki sposób, w tak bezczelny i okrutny sposób, że nie wytrzymałem. Zrobiłem dwa duże kroki w jego kierunku i uderzyłem go w twarz. Tak jak wtedy, kiedy wrócił do cyrku i się awanturował. Miałem nigdy tego nie robić, ale to zrobiłem... Pięść była przygotowana.
- Faktycznie, było warto! - warknąłem wściekły w trakcie. Kochałem go aż za bardzo.

[roll=Z]

A jeśli wyszło słabo, zamierzałem w przypływie jeszcze większej wściekłości wyrzucić go własnoręcznie z przyczepy, a że dokładnie zamknąłem drzwi, to jak będę w tym wystarczająco silny, to Flynn będzie miał bliższe spotkanie swojej twarzy z drzwiami.

[roll=Z]