![]() |
|
[7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +--- Wątek: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange (/showthread.php?tid=5408) |
RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Zachary Burke - 04.12.2025 Rzucam się na Charlotte w celu zbałamucenia Oj tak, jego wysokość była łaskawa i to nawet bardzo. Dobrze jednak, że za te łaskawości nie nastąpiła mu na stopę i za to był jej niezmiernie wdzięczny, chociaż nie to że podjął się jakiejkolwiek większej refleksji nad wypowiedzianymi słowami. - A skąd ja mam to wiedzieć? - uniósł delikatnie brwi, chociaż wyraz zdziwienia przykrywała oczywiście maska. Nie znał zwyczajów jakie panowały w domu Lestrange, chociaż spodziewał się że było to wynikiem pewnych... wydarzeń podczas wesela Blacków. Mówiło się o nim różne rzeczy i Burke nie dziwił się, jeśli teraz nikt nie chciał by doszło do nieprzyjemnych wypadków spowodowanych przez nieproszonych gości. Poklepał Charlotte po dłoni, którą oplotła jego przedramię. - Ale nie martw się, przecież i tak nas to nie dotyczy. - Dobry, taki nie za słodki - szkoda tylko że nie miał jakiegoś normalnego działania. Zach zamlaskał, zastanawiając się jakie to nuty czuje na języku i prawie już miał w głowie całą listę składników, a raczej miałby gdyby go coś nie rozproszyło. Chęć. Nie podobały mu się bardzo niespodziewane chęci z tego prostego powodu, że wiązały się często z nieprzewidzianymi... wypadkami. Miał wrażenie, że powietrze dookoła niego naelektryzowało się lekko, kiedy spojrzenie natrafiło na towarzyszącą mu Mulciber - akurat w momencie kiedy i ona dopiła eliksir, który sprawił że tak... powoli rozpłynęła się w powietrzu. Burke poruszył się szybko, wyciągając dłonie, by spróbować pochwycić dziewczynę i nie pozwolić wysmyknąć się jej z granic rzeczywistości, jakby była jakimś duchem. // czy złapie charlie [roll=TakNie] RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Atreus Bulstrode - 04.12.2025 Jestem elfem. Taki se był ten eliksir. Atreus co prawda specjalistą od warzonych w kociołku cieczy nie był, ale wlewał w siebie naprawdę przeróżne rzeczy. W takich ilościach, żeby móc jasno i wyraźnie powiedzieć, że dupy nie urwało. Pokręcił nosem, spojrzał na Brennę i chyba go za te myśli pokarało. Perspektywa zmieniła się nagle. W jednej chwili patrzył Longbottom prosto w oczy, chcąc wyrazić swoją opinię, a w drugiej stała przed nim w formie gigantycznej kobiety. Pewnie wpadłby w osłupienie trwające nieco dłużej niż sekundę, gdyby nie fakt że doskonale znał podobne zmiany perspektywy. Dlatego w odpowiedzi na wypowiedziane przez Brennę imię, ta usłyszała tylko wściekłe brzęczenie. W rzeczywistości Atreus klął właśnie na czym tylko świat stał. Przeklinał Lestrange'ów do szóstego pokolenia wstecz i wprzód, jakby miało mu to odbić wszystko, czego tylko doświadczał. Może lepiej było mu dać tkwić we własnej wściekłości, ale jego partnerka poszła chyba po rozum do głowy i kiedy tylko usłyszał w swoim umyśle jej słowa, na momen brzęczenie ucichło. KURWA JEBANA ICH MAĆ. NIECH KURWA WSZYSTKICH MERLIN W DU - gruchnęło w głowie Brenny głośno i wyraźnie, a zostało urwane w momencie, kiedy ta pochyliła się nad nim i złapała go. - Niech ja tylko któregoś tutaj z tym zasranym nazwiskiem dorwę. Klnę się na Matkę. Gdzie ta twoja psiapsi Viczka co? Pewnie wiesz. Albo chuj, gdzie ten Lou... - rozejrzał się w prawo i lewo, ale minus był taki, że wszyscy mieli maski. - BRENNA! Bren powiedz mi, ale tylko szczerze... wyglądam tak samo dobrze, prawda? Nic mi nie zmniejszyło wprost proporcjonalnie??? Ręce? Nogi? [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=S1CEqtr.png[/inny avek] RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Brenna Longbottom - 04.12.2025 Pytam pań jak długo potrwa zamiana w elfa i zabieram elfa trochę na bok Wróżka… brzęczała. I Brenna, wciąż skonfundowana, zaczęła nawet myśleć, że może miała przed sobą zwykłego elfa z ogrodu Lestrangów, a Atreus stał się niewidzialny, teleportowało go albo coś gorszego, w tej chwili jednak w jej głowie rozbrzmiały jego krzyki. Posłane w taki sposób, że aż drgnęła, jakby została popchnięta fizycznie – wciąż nie do końca przywykła do tego sposobu komunikacji, a do tej pory w ten sposób w jej głowie ktoś wydzierał się raz, i była to Heather, informująca, że Londyn płonie. Próbując skupić się na tyle, by zrozumieć wszystko, co do niej nadawał, ujęła go ostrożnie, by nie połamać skrzydeł. – Czy to długo potrwa? – spytała, zwracając się do jednej z kobiet, tonem absolutnie neutralnym, nie wskazującym na to, że gdyby transformacja miała być permanentna, to tutaj wybuchł by mały skandal, bo chyba natychmiast dokonałaby aresztowania. A gdy uzyskała odpowiedź, wskazującą jednak na to, że Atreus nie zostanie elfem, uśmiechnęła się do mężczyzny, który wszedł za nimi (zdawało się jej, że to Robert, ale nie była stu procentowo pewna) i ruszyła nieco na bok. Gdzieś, gdzie nie będzie bardzo wielu szerokich balowych sukien, obcasów, i rąk, które mogły uszkodzić biednego elfa. To zaraz minie, uspokoiła go, trzymając na wszelki wypadek tak, by przypadkiem nie uciekł i nie postanowił kopnąć małą nóżką prosto w nos czarownicy, która dała mu ten eliksir. Skąd mam wiedzieć? Wiem, jaką ma sukienkę. Vika, nie Lou, on mam nadzieję nie przyjdzie w sukience. Wywołałoby to całkiem spory skandal towarzyski, a Lestrangowie chyba tych mieli dostatecznie dużo po weselu Blacków. Hm… masz bardzo ładne skrzydła. Błyszczą. Może nawet możesz teraz latać – oświadczyła, unosząc nieco wyżej dłoń, by się mu przyjrzeć, trochę przejęta, a trochę rozbawiona, bo naprawdę ciężko było nie mieć ochoty parsknąć śmiechem, gdy jego głównym zmartwieniem było to, czy wygląda dostatecznie dobrze. Jako wróżka. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=x4Us90M.png[/inny avek] RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Gabriel Montbel - 04.12.2025 razem z Lucy u progu imprezy Gabriel dał przez ostatni miesiąc dość ostentacyjnie znać całemu swojemu światu (czyli głównie Lucy, jak była gdzieś w okolicy) jak to bardzo nie ma ochoty brać udziału w życiu towarzyskim anglików, jak poprzednia zabawa na której był okazała się TRAUMĄ NA CAŁE ŻYCIE, i w ogóle zabawy śmiertelnych pędraków nic a nic go nie obchodzą. Gabriel mocno werbalizował swoją niechęć do tego typu imprez, o czym absolutnie zapomniał gdy dostał zaproszenie. Od razu napisał listy dziękujące Williamowi i Victorii za pamięć (nawet jeśli nie była to ich sprawka), a potem jego niekończące się utyskiwania przeszły na kręcenie nosem na absolutnie każdy element przygotowań. Mogło to mieć coś wspólnego z tym, że część tych gderań brzmiała jak słowa osoby, która zdecydowanie zbyt długo była sama i nie zauważyła, że tym razem ktoś zmuszony jest tego słuchać. Z drugiej strony, hrabia zawsze się starał, aby jego żale były karykaturalnie przerysowane, wywołujące uśmiech na twarzy czcigodnej gospodyni, zamiast współczucia czy gniewu. A może się nie starał. Może po prostu taki był. Warto jednak nadmienić, że spędzili pół nocy i niemal cały dzień w podziemnym skarbcu, przymierzając maski jedna po drugiej i finalnie więcej śmiejąc się z siebie na wzajem, aniżeli w pełni powagi szykując do jakże poważnego przyjęcia. Finalnie Montbel wybrał nudną czarną szatę i równie nudną czarną maskę. Przynajmniej tak oznajmił Lucy, żeby w wieczór zabawy pojawić się... Czerwień grubego, nieregularnego haftu i lśniących rubinów mieniła się w świetle drogich żyrandoli. Rozbryzg "krwi" był idealnie dopasowany barwą, do karminowej kreacji Lucy Rosewood, zdobiąc obojczyki i asymetrycznie lewy rękaw szaty. Paciorki i koraliczki zdobiły również czarną aksamitną maskę, odpowiednio alterowaną pod ubiór, a kryształowe krople asymetrycznie opadały mu na policzki, wysoko uniesione w uśmiechu, który nie mógł zejść z wampirzej, bardzo bladej twarzy. Przyjął fiolkę z eliksirem i już, już miał ją wypić, gdy jego towarzyszka nagle ukazała swoją prawdziwą naturę, odsłaniając parę ogromnych skrzydeł. – Och... och zaiste, bardzo tu pięknie. – wymamrotał, zapomnając jak się oddycha, czy - w jego przypadku - jak udaje, że się oddycha. Zamiast tego z rozdziawioną buzią obserwował urok magifizyki, która nie potrzebowała właściwych struktur anatomicznych, aby unieść człowieka. Towarzystwo rozsunęło się trochę, trącane cudnymi lotkami, a Gabriel nie czekając długo, gnany impulsem, w dwóch krokach znalazł się przy niej obejmując ciasno niewiastę na wysokości kolan i zadzierając głowę ku twarzy ukrytej w masce, nie chcąc uronić ani odrobiny iskier lśniących w wampirzych ślepiach, reakcji na taką psotę ze strony gospodarzy. –Jeśli chcesz, to przecież mogę nosić Cię na rękach całymi dniami, nie musiałaś sobie do tego skrzydeł hodować mon fleur!– zawołał po francusku, śmiejąc się przy tym serdecznie i trochę zapominając, że w dłoni ściska fiolkę. Na razie jednak chciał zatopić się w tym krótkim ułamku czasu, nie robiąc sobie zbyt wiele z konwenansów. Z resztą... kto by na nich patrzył, magowie i wiedźmy byli chyba bardziej zajęci swoimi efektami tych dziwnych lestrengowych podarków. [inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/f6/63/3d/f6633d8522390d01697cba8b218ba913.jpg[/inny avek] RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Rodolphus Lestrange - 04.12.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/b5/d7/1d/b5d71d08058e6ef41e388eb3b9ca2670.jpg[/inny avek] Odsuwam się na bok i patrzę na Anthony'ego, nie wiedząc że to Anthony. Wchodzę do sali balowej
Eliksir... Nie zadziałał? Rodolphus poprawił maskę, oddał grzecznie fiolkę jednej z kobiet, a potem odsunął się na bok. Pierwszą osobą, na którą spojrzał mimochodem, był Anthony Shafiq. Oczywiście nie rozpoznał go, ale odruchowo zawiesił wzrok na pierwszej osobie, która mu się nawinęła. I... Nie poczuł nic. Chyba fiasko. Lestrange wzruszył sam do siebie ramionami, a potem zrobił kilka kroków w głąb rezydencji. Przy stoliku z eliksirami robiło się małe zamieszanie. Komuś z pleców wyrosły przepiękne skrzydła, kto inny nagle zniknął. Nie słyszał brzęczenia Atreusa, bo zagłuszał je gwar rozmów - szczęście w nieszczęściu, bo Bustrode był wkurwiony na Lestrange'ów. I gdyby w sumie to samo przytrafiło się Rodolphusowi, tak samo by się wkurwił. Gniew aurora jednak go ominął (a jednak te maski to nie był taki idiotyczny pomysł). Nie rozpoznali się, w zasadzie to Rolph nie rozpoznawał nikogo tutaj. Nie kojarzył ubrań, nie kojarzył masek. Wszedł więc do sali balowej i niemal od razu skierował swoje kroku ku stolikom. Nie sięgnął jednak po drinka - patrzył na zastawione stoły i wzrokiem starał się wyłowić coś bez mięsa. RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Atreus Bulstrode - 04.12.2025 Jestem elfem. Nie trzeba było znać elfickiego żeby domyśleć się, że Atreus wpadł w zwyczajny szał. No bo się przecież nie spodziewał, tak? Kto niby mógłby? Kto by podejrzewał, że dwa razy przydarzy się akurat jemu tego typu nieszczęście? Jak nie kapibara to jakaś skrzydlata pokraka wielkości galeona. W całej swojej złości nie brał jednak pod uwagę wzięcia się i spróbowania by kopnąć panią w nos - były pewne granice i na ogół Bulstrode stawiał je przy biciu kobiet, chociaż to też zależało jakich i za co. Albo raczej nie że bicie ich tylko picie się z nimi. No i jaką ma, co? - zapytał wciąż cedząc słowa w głowie. Jej zapewnienia wcale nie były aż takie pocieszające, bo nie powinno to minąć zaraz. O nie. To nigdy nie powinno się wydarzyć. To że Lou mógłby się pojawić w sukience, w ogóle zdawało się go w tym momencie nie obchodzić, mimo że w normalnych warunkach pewnie podchwyciłby temat, odpowiednio z przyjaciela szydząc. Teraz jednak zatupał gniewnie nogą. - Skrzydła? - ręce powędrowały do tyłu i zmacały nienaturalny twór. No dobra, mógł spróbować. Skrzydełka zostały wprawione w ruch i przez moment tkwił w jakimś zawieszeniu; czuł siłę która pociągała go ku górze, ale stópki pewnie stały na jej dłoni, mało skore do oderwania się od powierzchni. W końcu jednak coś zadziałało i faktycznie - uniósł się w powietrzu. Wykorzystał ten moment, żeby podlecieć bliżej jej twarzy i spojrzeć prosto w prawe oko. Ładne? To dobrze, znaczy wciąż jestem laleczką naszego duetu - sarknął, trochę siląc się na żart, a trochę wciąż zezując na otoczeniu w poszukiwaniu właściwego winnego. - A co jeśli zostanę taki na zawsze? Wciąż będziesz mnie chciała? [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=S1CEqtr.png[/inny avek] RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Charlotte Mulciber - 04.12.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/69/82/0c/69820c8d65ed75d19b4afd74e6764191.jpg[/inny avek] Rozpływam się w powietrzu a Zachary całuje to powietrze
Jej Wysokość Charlotte także była niezwykle łaskawa, że obcas jej nowego bucika nie wylądował na stopie pana Burke. Ale prawdę mówiąc Charlie odrobinę się stresowała tym balem. Owszem, często bywała na różnych przyjęciach - być może nie ostatnio, ale była jednak panną czystej krwi i przecież nie raz i nie dwa zapraszano ją to tu, to tam. Nigdy jeszcze nie brała udziału w balu maskowym. Obserwowała te piękne kobiety, ich drogie kreacje, mężczyzn w odświętnych garniturach i czuła po prostu dziwny uścisk w żołądku. Wygładziła swoją białą sukienkę. Zastanawiała się, czy nie przegięła - być może powinna postawić na czerń? Miała ochotę zniknąć. Nie miała pojęcia, że jej modły tak prędko zostaną wysłuchane. Zdołała opuścić dłoń z fiolką, gdy poczuła się dziwnie nieobecna. Zamrugała - to chyba nie był alkohol, prawda? I nie daliby im przeterminowanego eliksiru, w końcu to był ród alchemików, prawda? PRAWDA? - EJ! - może i czuła się dziwnie, ale nie oznaczało to, że stała się jakąś mimozą. Uniosła ręce, chcąc odruchowo się obronić, ale Zachary już ją złapał. Pocałunek zamknął jej usta, a ona zniknęła. Zachary Burke całował właśnie pustą przestrzeń, chociaż wyraźnie czuł, że Charlotte tam była. Trzymał ją mocno i pewnie, czuł na ustach jej usta. Ale gdy uchylał oczy, nie widział przed sobą nic. - Zack, co ty robisz! Wszyscy nas zobaczą! A bo to najśmieszniejsze - tak się skupiła na tym, by Burke jej nie zbałamucił, że nie zdążyła jeszcze zauważyć, że była niewidzialna. RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Laurence Lestrange - 04.12.2025 Potwierdzam tożsamość swoją oraz towarzyszącej Camilli. Oddaję syna pod opiekę guwernantki. Na sali oceniam sytuację i witam się z niektórymi gośćmi. Obserwuję.
Otrzymawszy zaproszenie na rodzinny Bal Maskowy, był bardziej zaskakujący, niż ostatnia kolacja w święto Mabon. Nie sądził, że rodzice ze chcą cokolwiek tak szybko znów zorganizować. Nawet nie zastanawiał się, kto z kim wpadł na taki pomysł. Matka z ciotkami czy ojciec z braćmi? Czy może wszyscy? Jedno wiedział, że musi się tam pojawić. Niezależnie od tego, czy lubił takie przyjęcia, czy też nie. Od dziecka był zabierany na wszelkie uroczystości, bale, bankiety a ojciec nie akceptował żadnej odmowy. Miał się pokazywać. Jako ten najstarszy syn w rodzinie. Dawać przykład rodzeństwu. Zaraz po otrzymaniu zaproszenia, wysłał list do swojej Camilli Delacour, prosząc ją o towarzyszenie na jego rodzinnym balu maskowym. Tym samym czarownica, sprowadziłaby jego syna do Londynu. On sam za bardzo nie miał jak wrócić po Louisa, z powodu nawału pracy w Ministerstwie, a jeszcze ten bal. Kobieta zgodziła się. Wraz z jego synem pojawiła się na dwa dni przed wydarzeniem w Londynie. Laurence, podjechał osobiście powozem, aby ją odebrać i syna, który na widok ojca, od razu rzucił mu się w ramiona z tęsknoty. W rezydencji rodzinnej pojawił się na kilka godzin przed wydarzeniem. Wcześniej Laurence musiał zajrzeć do Ministerstwa, aby upewnić się, że prace, jakie zlecił podwładnym, idą w odpowiednim kierunku. Po powrocie do swojego domu, spakowania najpotrzebniejszych rzeczy i na przebranie, wraz z synem i ukochaną, udali się dopiero do jego rodzinnej posiadłości. Na wejściu już widział ochronę i okazał im zaproszenie. Nie miał jeszcze maski, która była wymogiem posiadania. Camille o to zaś zadbała i mu przy okazji podarowała zakupioną we Francji. Ucałował ją w podzięce i dzięki temu mogli wejść wszyscy. Lestrange’a nie dziwiło dodatkowe zabezpieczenie w postaci weryfikacji gości, które wprowadziła rodzina. Ale o tym nie rozmawiał już z rodzicami. W swoim pokoju przebrał się w strój galowy. Białą koszulę, czarną kamizelkę ze złoceniami na obrzeżach. Czarne spodnie i szatę wyjściową, również czarną ze złotymi naszyciami. Krój Rosierów. Do tego stroju miał dopasowaną maskę czarno złotą, mieniącą się przy świetle. Klasyczną, nakrywającą jedynie część okolic oczu. Nie lubił przesadnie pełnych. Nie lubił w ogóle żadnych masek. Camille miała maskę perłową, ze złoceniami i błękitnymi elementami dekoracyjnymi. W kolei jej suknia, w pełni była turkusowa ze złoceniami. Louisa musiał zostawić w pokoju przygotowanym dla dzieci, które będą pod opieką guwernantek. To także była dobra okazja dla jego syna, aby poznał resztę kuzynostwa lub inne dzieci. Nawiąże nowe kontakty, przypomni stare. Tyle co pamięć pięcioletniego dziecka może udźwignąć. Ucałował jeszcze syna w czoło i oddał pod opiekę jednej z czarownic. Tutaj był już bardziej spokojniejszy o to, że syn jest w dobrym rękach pod opieką. W tej rezydencji, gdzie i on będzie przebywał. Wraz z Camille u swego boku, założywszy maskę na twarz, wszedł do salonu, a potem i do sali balowej oceniając stan przygotowania pomieszczeń. W końcu też pojawiali się pierwsi zaproszeni goście, których postanawiał powitać. Eliksiru oferowanego na wejściu, nie przyjął. Po ostatnim balu weselnym u Blacków, widząc co tam się działo, choć ufając swojej rodzinie, nie chciał ryzykować. Nie w jego statusie rodzinnym i zawodowym. Nie wiadomo, czy gdzieś pod maską nie krył się jakiś dziennikarz, który czekałby na ciekawe sensacje do swojego brukowca. Obserwacja otoczenia była iście, interesująca. Szczególnie widząc efekty eliksiru, jaki goście spożyli na wejściu. Aż brew Laurenca uniosła się ku górze w zdziwieniu. Może był za stary na to, aby czuć z tego jakieś rozbawienie? Komuś wyrosły skrzydła z pleców a i chyba mieli na sali latającego elfa. Tutaj zmarszczył brwi, jakby zastanawiał, czy jeden z nich wleciał tutaj z ogrodu. Nie wiedział, jakie efekty mają eliksiry, ale nie żałował, że takowego nie wziął. - Rozchmurz się. Za poważnie wyglądasz.Usłyszał od Camille, na której oblicze spojrzał i uśmiechnął lekko. - Lepiej. Skomentowała kobieta zadowolona. - Idę po kieliszek wina. Oznajmiła i oddaliła się od Laurenca. A on, postanowił skupić się na dalszej obserwacji. !balmaskowy RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Pan Losu - 04.12.2025 - Jak myślisz, dlaczego wyprawili ten bal? - Nie mam pojęcia, Edith. Podobno dlatego, żeby pokazać, że wszystko jest w porządku. - Nie rozumiem jak mogą wyprawiać bal po tym, co się stało. - Nie mieli z tym nic wspólnego, a po części ich rozumiem... Przyda nam się chwila oddechu, nie uważasz? - W sumie racja, to miła odmiana po wszechobecnym ogniu i krzykach. RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Ceolsige Burke - 04.12.2025 Razem z Anthonym ma sprawdzaną tożsamość na wejściu, a potem rozkoszuje się atmosferą rezydencji. Zdecydowała się na czerń. Nie była to jednak czerń żałobna, ciężka od smutku po wrześniowych zgliszczach, lecz czerń użytkowa, elegancka i – co najważniejsze dla Ceolsige – dająca swobodę. Suknia, choć sięgała kostek, nie pętała nóg zbędnymi warstwami tiulu, a jej krój, dopasowany w talii szeroką szarfą z butelkowozielonego jedwabiu, podkreślał sylwetkę w sposób zdecydowany, acz nienachalny. Materiał opływał jej ciało jak druga skóra, a romboidalny dekolt i wysoki kołnierzyk nadawały jej wygląd surowej, niemal wiktoriańskiej guwernantki, która skrywa pod gorsetem sztylet. Największe wrażenie robiła jednak maska, która zacierała granicę między kobietą a stworzeniem. Czarne pióra spływały na jej czoło niczym grzywka, rzucając cień na oczy, by potem jaśnieć i przejść płynnie w kremową biel okalającą skronie, aż wreszcie stapiały się z jej naturalnymi, prostymi blond włosami. Z profilu wyglądała jak drapieżny ptak szykujący się do lotu, ze srebrnym dziobem lśniącym w świetle żyrandoli. En face jednak pozostawała sobą – Ceolsige Burke, z jej charakterystycznym, spokojnym spojrzeniem, teraz jedynie bardziej tajemniczym przez wachlarz piór i zachodzący na nos srebrny dziób. Przechodząc przez kontrolę, obdarzyła ochroniarzy uprzejmym, niemal zawodowym uśmiechem. Znała ten typ ludzi – to oni pilnowali porządku, gdy "wielcy" bawili się w politykę. Szacunek dla bramkarza to podstawa bezpieczeństwa w każdym lokalu, czy to na Nokturnie, czy w Maida Vale. Gdy zbliżyli się do stołu z eliksirami, jej reakcja była instynktowna. Lata obracania towarem niewiadomego pochodzenia wyrobiły w niej odpowiednie zasady a środowisko nie było szczególnie zaufane: nie pije się niczego, co nie zostało nalane z butelki otwartej na twoich oczach, zwłaszcza gdy efekt ma być "magiczny". – Nie, dziękuję – rzuciła cicho, ale stanowczo do kobiety w masce, unosząc dłoń w geście, który był jednocześnie uprzejmą odmową i barierą nie do przebycia. Nie potrzebowała lewitować ani obrastać w pióra bardziej niż te, które już miała na twarzy. Tym bardziej, że niektóre obserwowane efekty wykraczały poza jej poczucie dobrego smaku. Odruchowo przyjęła dostojną pozę na gest Anthony'eg. Kiedy chłód jego srebrzystej maski zbliżył się do jej dłoni, Ceolsige poczuła ukłucie satysfakcji z dobranych stylizacji. Pasowali do siebie – on jako lśniący, odległy księżyc, ona jako ptak nocy, który w tym świetle czuje się najlepiej. Miała przeczucie, że jej doradca zarobi kilka punktów. – Panie Shafiq, jest pan ucieleśnieniem nocy, o której poeci piszą wiersze, a której inni się lękają – odpowiedziała, a jej głos był ciepły, choć niosący nutę rozbawienia. Spojrzała na jego maskę, doceniając kunszt wykonania. Była warta fortunę. – Mój strój to zaledwie cień przy pańskim blasku, ale cieszę się, że nie razi on pańskiego gustu. - Oczywiście nie była to prawda. Materiał, wykonanie, haftowane i wyszywane zdobienia na barkach jej sukni nie należały do tanich. Wiele z kunsztu tego stroju schowane było w wygodzie i swobodzie jaką zapewniał, mimo że na taki nie wyglądał. Gdy wspomniał o ogrodach i czarnych różach, jej oczy, ukryte pod pióropuszem, błysnęły zainteresowaniem. Groza nieoznaczoności brzmiała jak coś, co Burke'owie cenią najbardziej. – Czarne róże brzmią jak obietnica sekretu, którego nie sposób nie poznać – odparła, splatając palce z jego ramieniem, gotowa dać się poprowadzić. – A groza... cóż, w odpowiednim towarzystwie staje się jedynie dreszczem emocji. Prowadź, Anthony. Zobaczmy, co wyrosło na zgliszczach nastrojów tego miasta. Ruszyła z nim, pozwalając, by dół jej sukni zawirował w mlecznej mgle pokrywającej posadzkę, ignorując rosnącą grupę gości skuszonych pułapką eliksirów. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=kHg6w1g.png[/inny avek] |