Secrets of London
[07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B (/showthread.php?tid=6522)

Strony: 1 2


RE: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Benjy Fenwick - 16.10.2026

Przez większą część wieczoru nie przyszło mi do głowy, żeby zastanawiać się nad tym, jak właściwie do tego doszło, że Prudence Madison Bletchley spędzała ze mną czas bez grożenia mi przy tym śmiercią, nawet przy pomocy samego grobowego spojrzenia, ja zaś nie wykorzystywałem każdej nadarzającej się okazji, żeby doprowadzić ją do białej gorączki, a przecież jeszcze niedawno obydwoje uznalibyśmy taki scenariusz za nie tyle mało prawdopodobny, co praktycznie niespełnialny - nie to, by którekolwiek marzyło o tym, aby go spełnić - było nam razem naprawdę miło, co stanowiło dość niewygodny fakt, jeśli brało się pod uwagę wszystko, co wydarzyło się między nami w ostatnich latach, ale nie zamierzałem psuć sobie zabawy próbami znalezienia odpowiedniego wyjaśnienia, skoro znacznie przyjemniej było po prostu trzymać ją w ramionach podczas tańca, obserwować jej reakcje na kolejne słodkości i odkrywać, że potrafiliśmy rozmawiać ze sobą bez konieczności szukania w każdym zdaniu ukrytej obelgi. Jedliśmy, piliśmy, tańczyliśmy i rozmawialiśmy, odkrywając przy okazji, że wspólne spędzanie czasu nie musiało przypominać nieustannej walki o ostatnie słowo, chociaż w tej ostatniej kwestii wciąż miałem pewne zastrzeżenia, ponieważ nie zamierzałem rezygnować z przywileju doprowadzania Bletchley do irytacji tylko dlatego, że akurat tego wieczoru wyjątkowo dobrze wyglądała, kiedy się uśmiechała, wystarczyło jednak spojrzeć na nią w chwili, gdy uświadomiła sobie, że mogła mieć znaczącą przewagę nad pijanymi uczestniczkami oczepin, bym uznał, że przynajmniej przez tę jedną noc nie musieliśmy wracać do naszych zwyczajowych rozrywek. Była lekko wstawiona, owszem, lecz wciąż zachowywała dostatecznie dużo przytomności, żeby dostrzec to, co najwyraźniej umknęło kobietom przekonanym, że zdobycie bukietu wymagało przede wszystkim siły łokci oraz gotowości do poświęcenia kilku cudzych żeber.
- Widzisz? - Rzuciłem z zadowoleniem, kiedy wreszcie dotarło do niej, że nie stała na całkowicie straconej pozycji, miałem wrażenie, iż rzeczywiście wzięła sobie do serca moje zapewnienia, przez co niemal od razu po uświadomieniu sobie tego faktu poczułem znajome ukłucie satysfakcji, którego nie potrafiłem przypisać wyłącznie temu, że po raz kolejny udało mi się ją do czegoś przekonać. Nie była przecież osobą, która potrzebowała mojego pozwolenia, by zrobić cokolwiek, zaś jej decyzje zwykle zapadały niezależnie od tego, co miałem do powiedzenia, więc tym bardziej doceniałem, że tym razem pozwoliła mi odegrać rolę kogoś, na kim mogła polegać. Obiecałem jej kibicować i zamierzałem dotrzymać słowa, nie znaczyło to, że nagle zapomniałem, jak bardzo potrafiła działać mi na nerwy, ani że zamierzałem wyciągać z tego wieczoru jakiekolwiek obietnice na przyszłość, lecz skoro los podsunął nam okazję do spędzenia kilku godzin w swoim towarzystwie bez zwyczajowej wymiany ciosów, należało wykazać się odrobiną dobrej woli i nie marnować jej na roztrząsanie rzeczy, które mogły poczekać do jutra - jutro zresztą miało wystarczająco dużo czasu, żebyśmy znów zaczęli sobie dogryzać.
Trzy mrugnięcia - proste, czytelne, pozbawione zbędnych komplikacji - dokładnie takie, jakich należało oczekiwać po dziewczynie, która nawet w chwili spontanicznego zrywu nie zapominała o przygotowaniu drogi odwrotu. Nie przypuszczałem jednak, że będę musiał wykorzystać nasz umówiony sygnał tak szybko, jeśli w ogóle, ani że Prudence rzeczywiście okaże się na tyle zdeterminowana, by przejść od ostrożnego obserwowania sytuacji do podjęcia działania, które zakończyło się sukcesem.
Obserwowałem Prudence, gdy ustawiła się z boku, wyraźnie niechętna przepychaniu się z zawodniczkami wagi różnej, które najwyraźniej postanowiły potraktować rzucanie bukietem jako dyscyplinę sportową wymagającą pełnego kontaktu fizycznego, niby nie mogłem ich za to szczególnie winić, skoro jakiś czas wcześniej rozmawiałem z narzeczoną o tym, iż alkohol skutecznie odbierał niektórym zdolność oceny sytuacji, ale miałem nadzieję, że Bletchley była w stanie wykazać się znacznym refleksem nie tylko, aby złapać bukiet, lecz także, by nie dać się wciągnąć w zapasy. W końcu nie chodziło o nic szczególnie istotnego, był to bukiet, nie zaś tytuł szlachecki i akt własności połowy hrabstwa, nawet jeżeli po minach kilku uczestniczek można było dojść do wniosku, że właśnie o taką stawkę toczyła się rywalizacja. Stałem na skraju parkietu, śledząc wzrokiem znajomą sylwetkę wśród zgromadzonych panien, potem jednak młoda wyrzuciła bukiet w powietrze, tłum ruszył naprzód, zaś Prue, zamiast rzucić się w sam środek zamieszania, wykazała się przytomnością umysłu, której mogłem się po niej spodziewać i wybrała własną drogę do celu.
Złapała go, naprawdę go złapała, przez ułamek sekundy miałem ochotę unieść obie ręce nad głowę i zawołać coś tak głośnego, by usłyszeli mnie nawet goście zgonujący na zewnątrz w oborze, ponieważ widok Prudence Bletchley, która jeszcze chwilę wcześniej nie wiedziała, czy w ogóle powinna brać udział w tej zabawie, triumfującej pośród weselnego chaosu, był zdecydowanie wart odpowiedniej oprawy. Powstrzymałem się jednak, gdy tylko zauważyłem, że jej zwycięstwo miało pewien nieprzewidziany skutek - wszystkie spojrzenia skierowały się na nią - uśmiech na mojej twarzy przygasł, dokładnie w tej samej chwili Prue spojrzała w moją stronę i mrugnęła trzy razy, nie potrzebowałem zatem już żadnego dodatkowego wyjaśnienia, odpowiedziałem jej krótkim skinieniem głowy, po czym ruszyłem w stronę parkietu, starając się wyglądać na kogoś, kim w istocie nie byłem, czyli niechętnego do ożenku jegomościa, który właśnie zamierzał wyciągnąć z wesela swoją narzeczoną po tym, jak ta dokonała jednego z największych osiągnięć znanych lokalnej społeczności, mianowicie złapała bukiet sprzed nosa kilku podpitych starych panien.
- Panie wybaczą, ale będę musiał porwać narzeczoną. - Oznajmiłem z uprzejmym, chłodnym, może nawet odrobinę zbyt spiętym i lodowatym uśmiechem, który nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na dyskusję. - Audacio, możesz? - Starałem się, naprawdę usiłowałem wyglądać na kogoś, kto był zarówno bardziej podpity, jak i niezadowolony - nie czekałem zatem na jej odpowiedź, ponieważ uznałem, że najlepszym momentem na świętowanie zwycięstwa miał być ten, w którym znajdziemy się już poza zasięgiem wszystkich urażonych uczestniczek - wyciągnąłem do niej ramię, dając jej jasny sygnał, że czas wrócić do naszej poprzedniej strategii, czyli zachowywania się jak para, która nie miała żadnego powodu, by tłumaczyć się komukolwiek ze swoich decyzji. Przesunąłem się tak, by zasłonić ją nieco przed wzrokiem kobiet stojących najbliżej, po czym ruszyłem w kierunku wyjścia z parkietu, nie dając im okazji do wszczęcia dyskusji, nie zamierzałem robić sceny, nie chciałem również prowokować nikogo do dalszych komentarzy, skoro mogliśmy po prostu opuścić salę, zanim weselna tradycja zamieni się w koszmar. W końcu nikt nie mógł nam zarzucić, że nie mieliśmy prawa wyjść z przyjęcia, na które nikt nas oficjalnie nie zaprosił.
Koniec sesji
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]