Secrets of London
[16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+---- Dział: Las Wisielców (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=32)
+---- Wątek: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=6403)

Strony: 1 2


RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 01.10.2026

- Nie powinnam opowiadać Ci zbyt wiele o metodologii mojej pracy, skoro jesteś kolejnym obiektem badawczym, to mogłoby nieco naginać wyniki, a tego zdecydowanie nie chcemy. - Skoro już zabrała go tutaj, chciała pokazać mu zaklęcie, to wypadało, aby zrobiła to w odpowiedni sposób, nie mogła za bardzo opowiadać o innych przypadkach, bo mogłoby to sprawić, że wnioski nie byłyby miarodajne. - Jeszcze ktoś by się przyczepił, że przez bliską znajomość z obiektem doszło do naruszenia procedur, czy jakiejś faworyzacji… - Mniejsza o to, że właściwie odpowiadała sama przed sobą i to ona była tu główną oceniającą sukces tego małego doświadczenia.

- Mogę zastanowić się nad nagrodami, o ile efekty faktycznie będą zachwycające. - Uniosła wzrok i na niego spojrzała. Najwyraźniej właśnie rzuciła mu wyzwanie. Była pewna, że się go podejmie, znała go przecież dobrze, niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniały. Benjy nie miał w zwyczaju odpuszczać, Aloysius zresztą robił to samo, pewnych rzeczy nie dało się tak po prostu zmienić. W sumie cieszyło ją to, bo lubiła obserwować go wtedy, kiedy próbował przekraczać własne granice, wspierała go w tym wtedy tak i teraz, nie głaskała po głowie, raczej sugerowała nad czym powinien się skupić, aby wychodziło mu wszystko tylko lepiej. Przepadała za współpracowaniem w taki sposób, zresztą nigdy chyba nie znalazła kogoś takiego jak on, z kim mogła tak wiele zdziałać. Brakowało jej tego w jaki sposób razem spędzali czas, dzisiaj się tylko w tym upewniła, mimo, że doszło do pewnej zmiany, bo przecież nie byli już dwójką dzieciaków, która się po prostu lubiła. Teraz w powietrzu dało się wyczuć coś więcej.

- Faktycznie mam ogromne szczęście, że masz takie podejście. - Była z nim zupełnie szczera, bo to nie było wcale takie proste. Zraziła się już kilka razy w swoim życiu. Miała świadomość, że nie wszyscy reagowali na pewne dziedziny magii w taki sposób. Raczej się ich bali, przez to też mało komu opowiadała o swoich zainteresowaniach, żeby nie zostać uznaną za dziwaczkę, przy nim nie musiała się o to bać, po prostu to zaakceptował, jakby to nie było nic wielkiego.

- A kto nie lubi pochwał? - Zapytała jeszcze. Miała wrażenie, że większość ludzi reagowała w ten sposób, niektórzy jednak osiadali na laurach inni starali się jeszcze bardziej, aby zdobyć kolejne, dlatego też od razu nie wysypywała się ze wszystkich możliwych komplementów.

- Miło mi to słyszeć, bo nie jest to całkiem oczywiste, wiem, że lubisz też działać sam i masz swoje racje. - Mimo to przyznał, że jej słucha, to było całkiem obiecujące, bo najwyraźniej naprawdę wziął sobie do serca jej rady. Czuła, że może wyniknąć z tego coś dobrego, może faktycznie kiedyś będzie potrzebował akurat tego zaklęcia i wtedy korzystając z niego sobie o niej przypomni. Takie rzeczy zostawały z ludźmi na długo.

- Nikt nie gwarantuje, że te zakopane spojrzenia mogą równać się tym świeżym, nie chodzi o to, aby było z Tobą jak najdłużej, tylko wzbudzało jak najsilniejsze, pozytywne emocje. - Tak w skrócie. Niektórzy przecież mogli mieć bardzo nieprzyjemne dzieciństwo, niezbyt dobrą młodość i dopiero w tym całkiem niedalekim życiu mogło wydarzyć się u nich coś dobrego na tyle, że było w stanie przywołać patronusa. Przynajmniej ona tak to widziała.

- Strasznie plączesz, mam myśleć, ale nie tak, żebyś Ty myślał o tym, o czym nie powinieneś. Trochę mi się to nie zgrywa. - Dodała jeszcze, chociaż zrozumiała, że sposób w jaki skupiała się na swoich myślach najwyraźniej go nieco rozpraszał, cóż - było to całkiem sprawiedliwe, bo i ona przy nim nie myślała do końca jasno przez samą jego obecność.

- To nie jest udawanie, raczej racjonalizowanie swoich umiejętności. Wiem, że są lepsi, ale też gorsi, co świadczy o tym, że jestem gdzieś po środku. - Nigdy nie lubiła bezkrytycznie oceniać swoich zdolności, bo mogło to doprowadzić do nieprzyjemnego zderzenia się z rzeczywistością, a to mogło zaboleć. Wolała raczej podchodzić do sprawy rozsądnie, widzieć każdą stronę medalu, dawać sobie bezpieczny bufor. - Zresztą raczej otoczenie przyzwyczaiło mnie do tego, że jestem przeciętna. - Nie było sensu z tym walczyć. Nawet najbliżsi wspominali jej, że ma dziwne zainteresowania, powinna się nie wychylać, przez co przestała o nich mówić, żeby nie wzbudzać niepotrzebnych kontrowersji, nikt nie patrzył na nią tak jak Benjy, dla którego najwyraźniej to było czymś pozytywnym. Widział w niej więcej niż wszyscy inni, było to miłą odmianą, jednak jeszcze musiała przyzwyczaić się do tego podejścia.




RE: [16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 02.10.2026

„Obiekt badawczy” - brzmiało to zaskakująco dobrze, zwłaszcza jeśli uwzględnić, że jeszcze niedawno byłem dla niej przede wszystkim wspomnieniem o kimś, z kim można było bez większych ceregieli wdawać się w zażarte dyskusje, często z pogranicza awantury, roztrząsać zagadnienia, od których większość rozsądnych ludzi dostałaby bólu głowy, i sprawdzać w praktyce, czy teorie zapisane w opasłych tomiszczach miały jakikolwiek związek z rzeczywistością. Teraz ponownie awansowałem do kategorii materiału eksperymentalnego, trochę bardziej złożonego niż w przeszłości, co w moim przypadku nie stanowiło nawet szczególnie wielkiej zmiany, ponieważ od dawna podejrzewałem, że w oczach Pruey moje życie składało się głównie z podejmowania decyzji, które później należało dokładnie zbadać, najlepiej pod kątem uszkodzeń ciała i ewentualnych szkód wyrządzonych osobom postronnym.
- Losumiem, sze powinniśmy zachowaś pełną bezstlonność, panno Bletchley, ale obawiam się, sze sytuacja od samego początku budzi powaszne wątpliwości natuly ploceduralnej. - Uniosłem nieco brodę, mój półuśmiech nabrał tego szczególnego wyrazu, który zwykle zwiastował, że właśnie znalazłem sobie powód, żeby nie odpuszczać. Nie mogłem powiedzieć, żebym szczególnie przejmował się tym, czy moje uczestnictwo w jej małym eksperymencie spełniało wszystkie wymogi metodologiczne. Znałem Prudence Madison Bletchley wystarczająco długo, od niedawna również zażyle w całkowicie nowym znaczeniu, żeby wiedzieć, iż potrafiła być piekielnie skrupulatna, kiedy coś ją zajmowało, ale jednocześnie wystarczająco dobrze znałem samego siebie, żeby nie wierzyć, że dało się przeprowadzić jakiekolwiek doświadczenie z moim udziałem bez przynajmniej jednego przypadku świadomego naruszenia zasad, dwóch niepotrzebnych komentarzy i trzeciego, który w ogóle nie powinien paść na głos, zwłaszcza jeśli badaczka miała te konkretne oczy, ten wyjątkowo pociągający sposób unoszenia kącika ust i irytujący zwyczaj przygryzania dolnej wargi, ilekroć próbowała uporządkować sobie coś w głowie, czyli praktycznie bezustannie. Nie potrafiłem powiedzieć, co właściwie bawiło mnie bardziej, jej próba zachowania naukowego obiektywizmu w sytuacji, w której sama wybrała sobie miejsce, porę, metodę i jedynego uczestnika całkowicie nowego eksperymentu, czy może fakt, że z pełną powagą próbowała przekonać mnie, że nasze wzajemne zainteresowanie nie powinno było mieć żadnego wpływu na wyniki.
- Czy w takim lasie powinienem tesz podpisaś oświadczenie o poufności, zgodzę na wykoszystanie wyników i zszeszenie się plawa do pozwu w lasie tlwałego uszczelbku na zdlowiu psychicznym… Lub fizycznym… Zwaszywszy na to, gdzie plowadzone jest badanie. - Przesunąłem językiem po zębach, z trudem powstrzymując uśmieszek, kiedy spojrzałem na nią z należytą powagą adekwatną komuś, kto tak naprawdę stosunkowo niedawno dowiedział się, że w ramach porannej rozrywki miał być poddawany eksperymentom przez kobietę o zdecydowanie zbyt dużej wiedzy i zdecydowanie zbyt małej skłonności do przejmowania się jego komfortem. - Tak na malginesie, wiem, sze w lasie spolu mogłabyś splepalowaś dokumenty, obciąszyś mnie winą i jeszcze pszekonaś komisję, sze wszystko było moim pomysłem, ale uznajmy, sze s załoszenia wieszę w twoje szczególne molalne standaldy, gdy chodzi o tak powaszną splawę. - Wskazałem na nią końcem różdżki, ale zaraz potem opuściłem narzędzie, zanim zdążyła uznać, że właśnie zamierzałem zrobić cokolwiek bez uzyskania zgody komisji, której istnienie sam przed chwilą wymyśliłem, chociaż, prawdę mówiąc, gdyby podsunęła mi do przejrzenia nawet trzydzieści stron drobnego druku, prawdopodobnie podpisałbym wszystkie, zanim zdążyłbym sprawdzić, czy na końcu nie było klauzuli o dobrowolnym oddaniu nerki.
Nie musiałem dodawać, że w jej przypadku „rozsądek” bywał dla mnie pojęciem mocno elastycznym, bo wystarczyło, że spojrzała na mnie w ten swój charakterystyczny sposób, z ledwie dostrzegalnym błyskiem zainteresowania w oczach, a ja już zaczynałem rozważać rzeczy, których w innych okolicznościach nie dopuściłbym nawet do etapu wstępnej analizy. Mieliśmy za sobą lata wspólnych pomysłów, eksperymentów i mniej lub bardziej udanych prób sprawdzenia, czy teoria wytrzyma zderzenie z praktyką, a teraz doszedł do tego fakt, że znałem smak jej ust, i… Cóż - momentami było ciężko.
Uniosłem brwi z zainteresowaniem, potem przesunąłem ciężar ciała na drugą nogę, przyjmując wyzwanie z takim spokojem, na jaki tylko było mnie obecnie stać, czyli z grubsza takim, jakiego należało oczekiwać po człowieku, któremu właśnie zasugerowano, że mógł otrzymać nagrodę za dobre wykonanie zadania, a który od tej chwili zamierzał potraktować całą sprawę śmiertelnie poważnie, niezależnie od tego, czy nagrodą okaże się pochwała, pocałunek, czy możliwość spędzenia z nią kolejnej godziny bez konieczności szukania pretekstu.
- Efekty mojej plasy zawsze są… - Tak naprawdę wcale nie musiałem szukać odpowiedniego słowa. - Efektowne. - „Efektowne efekty” było w pełni wystarczające. - Moses spytaś ludzi, któszy mieli szczęście ze mną plasowaś. Większość pewnie nie będzie chciała losmawiaś, ale to tesz jakaś folma potwielsenia moich kwalifikacji. - Nie zamierzałem odpuszczać, nie przy niej, nie w takiej sprawie, a już na pewno nie wtedy, kiedy wiedziałem, dlaczego to robiliśmy - nie potrzebowałem, żeby trzymała mnie za rękę i zapewniała, że wszystko pójdzie dobrze, bo nigdy nie tego od niej oczekiwałem - wolałem, kiedy patrzyła na mnie krytycznie, wyłapywała błędy, kazała powtórzyć próbę i bez cienia litości wskazywała, gdzie mogłem zrobić coś lepiej. Miała do tego głowę, cierpliwość i tę rzadką umiejętność dostrzegania potencjału w czymś, co inni odrzuciliby po pierwszej nieudanej próbie, właśnie dlatego jej obecność była tak cenna, zmuszała mnie do sprawdzania rzeczy, które w innym wypadku uznałbym za „wystarczająco dobre”. Krótko mówiąc, była dokładnie taką osobą, z którą chciałem pracować, chociaż w obecnych okolicznościach słowo „pracować” zaczynało obejmować również kilka czynności, których nie zamierzałem umieszczać w żadnym oficjalnym raporcie.
Nie byłem typem, któremu należało dwa razy powtarzać, że coś było możliwe do osiągnięcia, szczególnie jeśli druga osoba patrzyła na mnie w ten sposób, jakby doskonale wiedziała, że nie odpuszczę, dopóki nie sprawdzę, gdzie leżała granica moich możliwości. Różnica polegała na tym, że kiedyś po udanym eksperymencie mogłem po prostu klepnąć ją w ramię, rzucić jakiś głupi komentarz i zaproponować kolejną próbę, teraz zaś musiałem pilnować, żeby nie patrzeć na jej usta, kiedy robiła z nimi te rzeczy , ponieważ moja wyobraźnia miała zdecydowanie zbyt wiele materiału do pracy, a ja wcale nie byłem zainteresowany tym, żeby ograniczać jej możliwości. Znałem ją jako dziewczynę, która potrafiła z uporem godnym lepszej sprawy rozkładać problem na czynniki pierwsze i później wracać do niego tak długo, aż znajdowała odpowiedź, teraz odkrywałem, że dorosła Prudence była równie uparta, równie błyskotliwa i równie niebezpieczna dla mojego spokoju, z tą różnicą, że nie musiałem już udawać, iż nie zauważam jej urody - co, rzecz jasna, nie oznaczało, że potrafiłem zachowywać się w tej kwestii rozsądniej. Rozsądek i ja od dawna utrzymywaliśmy znajomość na odległość, ale przecież gdyby wszyscy grzecznie trzymali się tego, co wypada, większość mojej pracy polegałaby dziś na naprawianiu zepsutych pieczęci ochronnych i tłumaczeniu ludziom, że nie powinni wkładać palców do cudzych kociołków.
- Ludzie, któszy kłamią, albo ci, któszy wolą udawaś, sze niczego od nikogo nie potszebują? Ewentualnie ci, któszy otszymują je tak często, sze pszestają słuchaś. Jak wiemy, nie zaliczam się do szadnej s tych kategolii, więc moszesz spokojnie kontynuowaś. - Wzruszyłem ramionami, jak gdyby sprawa była naprawdę banalna, chociaż prawda była nieco bardziej skomplikowana - nawet w odległych czasach, gdy mogło się wydawać inaczej, czcze pochwały nie stanowiły dla mnie szczególnej waluty, przynajmniej nie w tej samej mierze co dla niektórych, zaś pochlebstwa podejrzewałem zwykle o drugie dno, szczególnie kiedy pojawiały się w towarzystwie ludzi, którzy nagle przypominali sobie o moim istnieniu, bo potrzebowali kogoś, kto coś by im zapewnił, załatwił lub zaoferował, znałem jednak różnicę między pustym komplementem a opinią kogoś, kto wiedział, na co patrzył - jeśli Prudence mówiła mi, że coś zrobiłem dobrze, słuchałem, nie dlatego, że potrzebowałem jej aprobaty, lecz dlatego, że ufałem jej osądowi, a zaufanie w mojej pracy miało znacznie większą wartość niż większość rzeczy, które można było kupić za pieniądze.
- Nie pszyzwyczajaj się do tego, sze będę besklytysznie wykonywał wszystkie twoje polecenia. - Wskazałem na nią różdżką, po raz kolejny podczas tej rozmowy, chociaż ten gest stracił nieco na powadze, kiedy przypomniałem sobie, że jeszcze chwilę temu z największą przyjemnością robiłem dokładnie to, o co mnie prosiła. Zresztą, gdybym nie uważał jej za kompetentną, nie stałbym tutaj i nie próbował wyczarować patronusa pod jej czujnym spojrzeniem - mogłem być porywczy, ale nie byłem aż tak głupi, żeby dobrowolnie powierzać własną dupę komuś, komu nie ufałem - chciałem, żeby zrozumiała, że nie rzucałem komplementów na prawo i lewo, bo akurat miałem dobry humor albo dlatego, że uznałem, iż kilka miłych słów przydałoby się do utrzymania jej przy mnie. Gdybym chciał ją tylko udobruchać, znalazłbym znacznie łatwiejsze sposoby, przy czym ona z pewnością szybko rozpoznałaby próbę manipulacji. Mówiłem to, co naprawdę uważałem, nawet jeśli nie zawsze potrafiłem wyrazić to z wdziękiem, gdyż zasługiwała na coś więcej niż moje zwyczajowe burknięcie, że dobrze sobie radziła - zasługiwała na to, żeby ktoś wreszcie powiedział jej wprost, że była naprawdę dobra, i nie cofnął tego stwierdzenia tylko dlatego, że sama nie była skłonna w nie uwierzyć.
- Pluey, jasne, moszesz mieś lasję, sze nie jesteś najlepsza na świecie. - Nie byliśmy już dziećmi, więc mogłem na to przystać, nawet jeśli w gruncie rzeczy uważałem ją za najlepszą ze znanych mi osób. - To całkiem plawdopodobne, bo na świecie mieszka wystalszająso duszo ludzi, szeby nawet najbalsiej utalentowany czalnoksięsznik… Albo czalnoksięsznisa… Musieli się czasem pogodziś s istnieniem kogoś lepszego. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wie więcej, ma większe doświadczenie albo spędził dziesięś lat na studiowaniu jednej konkletnej szeszy, podczas gdy ty zajmowałaś się pięcioma innymi. - Mój głos stracił nieco z żartobliwego tonu, chociaż nie zamierzałem zmieniać naszej rozmowy w wykład o samoocenie, przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, zastanawiając się przez moment, jak powinienem był powiedzieć jej resztę, żeby nie zabrzmiało to jak kolejny komplement, który odruchowo spróbuje odsunąć na bok, tłumacząc sobie, że przesadzam.
- Wiesz, co mnie zawsze fascynowało w ludziach, któszy tak chętnie okleślają innych jako „pszeciętnych”? - Zapytałem, obracając różdżkę w dłoni, zanim znów uważnie na nią spojrzałem. - Zazwyczaj mają balso niewiele do powiedzenia na temat tego, co dana osoba szeszywiście potlafi, za to mnóstwo do powiedzenia na temat tego, czym powinna się intelesowaś, o czym powinna mówiś i jak daleko wolno jej wystawaś ponad „bespieczny poziom”. - To był niezwykle wygodny system, nie trzeba było niczego rozumieć, wystarczyło tylko uznać, że coś było dziwne, a potem znaleźć kilka osób, które zgodzą się z nami dla świętego spokoju. Skrzywiłem się lekko, bo sam miałem za sobą wystarczająco dużo spotkań z ludźmi, którzy mylili pewność siebie z kompetencją, a powtarzanie cudzych opinii z samodzielnym myśleniem. - Jeśli twoje otoczenie uznało, sze jesteś pszeciętna, bo tak, to mam dla ciebie złą wiadomość. Ocena była do dupy, bo komisja nie spełniała podstawowych wymogów, więc pies ich jebał. - Ponownie pokręciłem głową, przenosząc wzrok na drzewa otaczające polanę - mgła przesuwała się pomiędzy pniami, wszechobecna wilgoć osiadała na ciemnych gałęziach pod postacią drobnej mżawki, pod butami mieliśmy zaś miękką warstwę liści, które reagowały cichym mlaśnięciem przy każdym ruchu - Las Wisielców nie należał do miejsc, w których mimowolnie zaczynało się wierzyć w dobroć i sprawiedliwość naszego świata, ale właśnie dlatego wydawał mi się odpowiednim miejscem do rozmowy o rzeczach, które inni woleli omijać szerokim łukiem.
- Wybacz, Sun, ale okleślenie „pszeciętna” nie oddaje splawiedliwości temu, co widzę. - Przez chwilę patrzyłem jej w oczy, dając tym słowom wybrzmieć bez kolejnego żartu, bo chociaż flirtowanie przychodziło mi z łatwością, komplementy mogłem obracać w zaczepki tak długo, aż każde z nas zaczynało odwracać wzrok i zachowywać się głupio, ta sprawa była dla mnie zbyt istotna, żeby tak ją potraktować. Spotkałem wystarczająco wielu czarodziejów, którzy byli przekonani o własnej nieomylności, żeby wiedzieć, jak często kończył się brak zdolności do dostrzegania własnych ograniczeń, ale w moim odczuciu Prudence nie groziło to w najmniejszym stopniu - wręcz przeciwnie - jej problem polegał na tym, że ograniczenia widziała nawet tam, gdzie powinna była dostrzec po prostu własną kompetencję, natomiast sukces traktowała z ostrożnością należną podejrzanemu przedmiotowi znalezionemu w opuszczonej krypcie. Może rzeczywiście istnieli ludzie lepsi od niej w pewnych dziedzinach - ba, oczywiście, że istnieli - istnieli również ludzie gorsi, mniej uważni, mniej dociekliwi i zdecydowanie mniej skłonni do zastanawiania się nad tym, co właściwie zamierzali zrobić. Sam fakt, że ktoś na świecie potrafił coś zrobić lepiej, nie oznaczał jeszcze, że należało uznać własne umiejętności za przeciętne, cholera, gdybym sam kierował się takim rozumowaniem, musiałbym oddać różdżkę pierwszemu lepszemu człowiekowi, który przeżył więcej wypraw ode mnie, a potem grzecznie przeprosić za to, że w ogóle przyszedłem do roboty.
Nie byłem łatwym człowiekiem do prowadzenia, nigdy nie byłem prosty, tym bardziej, jeśli ktoś próbował mi rozkazywać bez przedstawienia sensownego uzasadnienia, bo wtedy zwykle odkrywał, że potrafiłem być równie uparty, co nieprzyjemny - wolałem sam sprawdzać niektóre rzeczy, przekonywać się o czymś na własnej skórze, czasem nawet popełniać kardynalny błąd, który można było ominąć, gdybym przez pięć minut posłuchał kogoś mądrzejszego - nie była to cecha, z której byłem szczególnie dumny, ale przynajmniej znałem się na tyle dobrze, by nie udawać, że można było wyeliminować ją samą siłą dobrej woli. Prue zawsze rozumiała tę część mojej natury, nigdy nie próbowała wcisnąć mnie w rolę posłusznego ucznia, który powinien był siedzieć cicho i wykonywać polecenia, jej uwagi, nawet te najbardziej krytyczne, miały zwykle konkretny cel, potrafiła wskazać mi błąd bez odbierania mi ochoty do dalszych prób, a to była rzadka umiejętność, której nie doceniałem wystarczająco często, dopóki nie zacząłem porównywać jej z ludźmi, którzy mylili nauczanie z nieustannym przypominaniem innym, kto w danej chwili miał rację. W zamian oferowałem jej mniej więcej to samo, choć w moim przypadku często oznaczało to również słowa, z którymi niekoniecznie chciała się zgodzić - nie pragnąłem jej zasypywać pochwałami - chciałem, żeby przynajmniej jedna z nich została z nią na dłużej, najlepiej ta, która mówiła jej, że nie musiała być najlepsza na świecie, żeby zasługiwać na uznanie.
- To co? Znowu? - Spytałem, zmieniwszy temat, aby powrócić do tego, czym się tutaj zajmowaliśmy, czyli próbami znalezienia właściwych wspomnień, co nadal nie było dla mnie tak jasne jak powinno było być. Czasami wystarczył zapach, kawałek muzyki dobiegający z otwartego okna albo widok światła w odległym budynku, żeby nagle znaleźć się myślami w miejscu, do którego od dawna nie wracało się świadomie, innym razem można było usiłować przez pół godziny przywołać dzień, który powinien znaczyć wszystko, i nie poczuć absolutnie niczego. Wiedziałem tylko, że pamięć potrafiła zachować rzeczy, których człowiek wcale nie planował zatrzymywać… Potrzebowałem czegoś, co nie tylko pamiętałem, ale do czego potrafiłem wrócić całym sobą, niektóre doświadczenia należało w końcu powtarzać mimo ostrzeżeń, a ja od zawsze miałem wyjątkowo kiepski instynkt samozachowawczy, jeśli w grę wchodziło coś, czego naprawdę chciałem.

Koniec sesji