Secrets of London
[23.10.72] Zielone klątwy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+--- Wątek: [23.10.72] Zielone klątwy (/showthread.php?tid=6316)

Strony: 1 2


RE: [23.10.72] Zielone klątwy - Guinevere McGonagall - 20.09.2026

– Nie ma chyba czasu na żadne rytuały – zdążyła jedynie odpowiedzieć, nie miała czasu rozwinąć tej myśli bardziej, bo w tym momencie klątwołamacz z łapanki pojawił się w namiocie. Jednocześnie czuła jakąś taką lekką ulgę, że Liam przestał przynajmniej chwilowo zmieniać się w drzewo.

Spojrzała na Billiusa tak, jakby mówił po chińsku, a choć władała dwoma językami, to jakoś żadnego azjatyckiego nie miała w zanadrzu. Bo… o co mu chodziło z tymi skorpionami?

– Może i ugryzienie świni boli, ale to rany po leszczynie goją się dłużej – odpyskowała, równie bez sensu. Rozdeptywanie skorpiona, dobre sobie!

A potem po prostu uniosła brwi, bo typ tak o wziął sobie flaszkę i zdrowo z niej pociągnął. Jeszcze raz – skąd oni go wytrzasnęli? Ale skoro był klątwołamaczem, to darowanemu koniu nie zagląda się w zęby, czy coś tam… Kolejny potok słów mężczyzny wprawił ją w niemniejsze osłupienie, bo teraz już patrzyła na Weasleya jak na pewnego rodzaju zjawisko.

– Tak, nie zaatakowała wszystkich. Więc czy nie powinniśmy się skupić na ściągnięciu klątwy z tych ludzi, którzy zostali przeklęci, a później poszukać źródła? – odpowiedziała mu, wcześniej biorąc tylko głębszy oddech przez nos, jakby w ten sposób próbowała ściągnąć z powietrza, potrzebną jej do tej interakcji cierpliwość. – Kolegium to narada. Rozmowa na temat problemu, by znaleźć najlepsze rozwiązanie. Rozumiem, że następuje ono… teraz – spojrzała na rudego wymownie. – Ja na przykład cały ranek siedziałam tylko w swoim namiocie i nigdzie nie wychodziłam i nic mi nie jest – dodała do słów Cathala, który wspomniał, że schodził na dół, a jemu nic nie jest. Ginny tam dzisiaj nie schodziła, ale jak było widać na załączonym obrazku: również nic, co być może miało sens, bo nie miała kontaktu z nikim (albo niczym), co mogłoby ją przekląć… Dopiero kiedy ją zawołali, bo potrzebowali pomocy uzdrowiciela, to wysunęła nos ze swojego kąta.

– Chwila. Wszyscy, którzy się zmieniają, byli razem na śniadaniu? – czemu nikt jej tego nie powiedział wcześniej? Jakoś założyła, że to zupełnie losowe zmiany. – Brenda… Ktoś ją w ogóle dogonił ostatecznie, jak wybiegła w… ee… wrzosowiska? – bo tyle wiedziała: że pobiegła, ktoś tam miał biec za nią, ale nic z tego nie wyszło. Ale czy ktoś inny się tego podjął? Nie wiedziała, bo była zajęta wstrzymywaniem tego porostu. – Czy to możliwe, że klątwa rozprzestrzenia się przez… jedzenie? – popatrzyła już teraz na Billiusa poważnie, pomijając jego wcześniejsze zachowanie, bo naprawdę potrzebowali tutaj pomocy.