Secrets of London
[20.10.72] Trupy w szafie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+---- Dział: Brighton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=155)
+---- Wątek: [20.10.72] Trupy w szafie (/showthread.php?tid=6023)

Strony: 1 2 3 4


RE: [20.10.72] Trupy w szafie - Christopher Rosier - 18.05.2026

– Nie wiem, czy było to zamierzone, ale na pewno ta cała wichura była skutkiem jego działań – stwierdził Rosier. Co do roślin, tu faktycznie nie miał pewności, czy było niechcący czy specjalnie, czy w ogóle miało jakiś związek z Voldemortem i jego poczynaniami, bo jak wspomniał wcześniej… nawet niezbyt zwrócił uwagę na to, że rośliny zaczęły szaleć. – Waliły tam wtedy jakieś błyskawice i możemy uznać, że to już za nami? Nie było mnie na polanie, ale mój brat stwierdził, że nigdy więcej nie wybierze się na sabat.
W pierwszej chwili spojrzał na nią zaskoczony, a w drugiej zrozumiał, że pije zabawne do tego zaproszenia do budy nie sprzyjającej wymogom sanitarnym. Zastanawiał się nawet wtedy, czy Victoria gustuje właśnie w takich rozrywkach i czy jeżeli tak, to zapraszanie jej gdzieś nie będzie błędem, bo jednak nie była kimś, z kim spotykałeś się niezobowiązująco, a to świadczyłoby o naprawdę ogromnych różnicach w upodobaniach… Na całe szczęście okazało się, że te dziwne upodobania ma jej kuzyn.
Chyba.
Może to było jednak rodzinne…?
Był prawie pewien, że żartowała. Prawie.
– Postanowiłaś, że jednak chcesz spróbować… gorącego psa w bułce? – zapytał, ale chwilę później magiczne szkodniki przeprowadziły na niego atak.
Czar wyszedł, i to mimo tego, że Rosier od dawna raczej nie musiał walczyć, czy z ludźmi, czy magicznymi stworzeniami. Szkoda tylko, że umykając przed nimi wpadł na fotel, i upadł na podłogę – i on, i mebel. Pośród strat znalazł się obity łokieć i poczucie własnej godności, bo chyba by wolał, aby coś go użarło niż upaść w taki sposób! Zły jak sto diabłów podniósł się, przez moment w głowie rozważając, czy bardziej nie chce przyjmować pomocy, bo oczywiście, że nie potrzebuje, czy powinien, bo inaczej wyjdzie na gbura i ostatecznie poprzestał na ujęciu tej chłodnej ręki na moment, ale podniesieniu się bardziej o własnych siłach.
– Nic mi nie jest, ale dom właśnie stracił trochę uroku – powiedział, spoglądając na istoty, które usiłowały się podnieść przy oknie. – Je się… eksterminuje? – zapytał, trochę niepewnie. Miał wrzucić je do jakiegoś wiadra? Podobijać? Wywalić na zewnątrz? Nie chciał mieć ich w ogrodzie! Czy to były „istoty” czy po prostu jakieś dziwne pasożyty i ich ubicie było w porządku? – Trzeba sprawdzić czy coś jeszcze się tu zagnieździło, zanim zacznę oceniać meble i podłogi…


RE: [20.10.72] Trupy w szafie - Victoria Lestrange - 18.05.2026

– Och tak, to na pewno, tylko chyba w inny sposób niż myślisz – co do tego, że wichura, która przeszła przez Dolinę Godryka, była skutkiem działań Voldemorta, Victoria nie miała najmniejszych nawet wątpliwości, bo dokładnie widziała co działo się w Limbo. Jak drzewa były wyrywane z korzeniami i leciały do centrum wiru. Mogła zamknąć oczy i przypomnieć sobie to wszystko ze szczegółami – tak dużo myślała o tym wszystkim, co tam się tego dnia wydarzyło, oprócz… – Nie wiem. Przez większość ataku byłam, hmm… w pewnym sensie nieprzytomna, a samej wichury w ogóle nie widziałam – widziała jej skutki, wiedziała, skąd się wzięła, ale to by było na tyle. „W pewnym sensie nieprzytomna” było zaś niedopowiedzeniem roku – bo wyglądali, cała czwórka, jakby byli martwi. Bo, według Victorii, to nawet nie to, że byli o krok od śmierci, tylko w jej trakcie.

Gdy się dobrze Victorii nie znało, można było odnieść (bardzo zresztą mylne) wrażenie, że ta kobieta ma prawdziwe kij wsadzony w dupę tak mocno, że nie jest w stanie się nawet pochylić, ale prawda była taka, że gdy była w towarzystwie, przy którym czuła się dość swobodnie, to zdarzało jej się żartować. I to żartować dosyć często, problem polegał na tym, że zwykle miała przy tym minę tak kamienną, jakby wcale tego nie robiła i nie było aż tak prosto tego odróżnić od mówienia na serio. Nic więc dziwnego, że Christopher miał problem z rozpoznaniem i powiedzeniem z całą pewnością, że Victoria akurat żartuje… ale były ku temu znaki. Na pewno były. Na przykład to, że się uśmiechnęła, ale… to faktycznie mogło umknąć przez te cholerne szkodniki.

– Tak. Specjalnym eliksirem. To są bahanki – przedstawiła niechcianych lokatorów, obserwując ze spokojem, jak te, ewidentnie znokautowane, nie wiedzą co ze sobą zrobić na tej podłodze. – To dość… powiedzmy, że pospolite szkodniki. Czasami się gdzieś zagnieżdżą, zwłaszcza w zasłonach, nic specjalnego. Po prostu trzeba uważać, żeby nie ugryzły. Tak długo, jak nie ma tutaj jakiegoś wyjątkowo złośliwego poltergeista, albo paskudnej klątwy, to bym tego domu nie skreślała, wiesz? Można przeprowadzić debahanacje, w razie potrzeby i inne rzeczy, po prostu bym na twoim miejscu negocjowała obniżenie ceny, bo jak na moje, to ten poprzedni właściciel wcale nie był bałaganiarzem. Był albo strasznym syfiarzem, albo naprawdę bardzo długo tu nie mieszkał. Albo oba – a jednak intuicja jej nie myliła, gdy tak patrzyła na tamten ogród, ale to nic. Jeśli sam dom spodoba się Chrisowi, to wszystkie ewentualne prace „oczyszczające” to nie był dla czarodziei przecież duży problem – no co innego klątwy, te potrafiły być paskudne.




RE: [20.10.72] Trupy w szafie - Christopher Rosier - 20.05.2026

Nie miał okazji już odpowiedzieć ani na to, co powiedziała Victoria odnośnie Beltane, ani kontynuować wątku oszukiwania gorących psów w budkach, zbyt zajęty walką… no może nie o życie, ale nie zostaniem pogryzionym i jeszcze o własną godność. Pogryziony wprawdzie nie został, ale godność trochę ucierpiała w zetknięciu z podłogą.
– Dziś wyjątkowo zapomniałem taki włożyć do kieszeni płaszcza – odparł Rosier, przypatrując się istotom pełzającym po parapecie. Może miał to być żart, chociaż nie wyglądał, jakby miał zaraz się roześmiać, choćby dlatego, że jedna z nich zaczynała bzyczeć, więc obawiał się, że za chwilę znów spróbuje ich pogryźć. – Skoro to pasożyty możemy je po prostu spalić w kominku? Albo… wrzucić do jakiegoś worka? – spytał, trochę niepewnie. W jego oczach były odrażające, ale że nigdy nie chodził na lekcje opieki nad magicznymi stworzeniami, dopóki Lestrane nie wspomniała, że są szkodnikami, nie wiedział czy to nie jakieś chronione, czarodziejskie istoty i nie okaże się, że zabijając je, popełnia nieprawdopodobną zbrodnię. Ale skoro chodziło o szkodniki, to chyba ich spalenie byłoby jak wytrucie moli albo mrówek…?
Dom… dom był całkiem ładny, sam w sobie salon, choć oczywiście wymagający pewnych poprawek i dostosowania, też spełniałby wymogi Rosiera. Obecność gryzących, latających stworzeń, w oczywisty sposób nastawiła go trochę negatywnie.
– Na pewno zanim zaczniemy oglądać meble i podłogi trzeba się upewnić, że nic nas tu nie pogryzie – podsumował w końcu, celując w bahanki różdżką. Był gotów czy to spróbować podpalić w kominku i je tam cisnąć, czy zagarnąć do pokrowca, pokrywającego jeden z foteli, bo nie chciał, aby się potem okazało, że oni wrócą z piętra, i napadnie na nich wściekłe, bzyczące stado tych stworzeń. Rosier raczej nie bywał dotąd w miejscach, gdzie miały szansę się zagnieździć, więc to była dla niego nowość.
Ale mogło być gorzej. Mogli znaleźć trupa…
Ledwo o tym pomyślał, pokręcił głową, odpychając od siebie tę głupią myśl.
– Może teraz kuchnia? Tylko z różdżkami w dłoniach. Jeżeli coś się jeszcze zagnieździło, pewnie tam albo w piwnicy – stwierdził, gdy czy to czasowo, czy na stałe spacyfikowali szkodniki. I po chwili wahania otworzył jeszcze okno, bo jednak w pomieszczeniu panował zaduch typowy dla budynków, które pozostawały od jakiegoś czasu niezamieszkane. – Jeśli z szuflady wyskoczą jakieś małe, zębate stworzenia, od razu idziemy na tę plażę -oświadczył jeszcze, w takim wypadku gotów w ciemno kupować ten drugi dom.
Albo nie, nie w ciemno. Pośle tam asystentkę, żeby sprawdziła, czy nic tam nie gryzie.


RE: [20.10.72] Trupy w szafie - Victoria Lestrange - 21.05.2026

– Flipendo tylko je nokautuje. Bahanocyd paraliżuje i zabija, jest znacznie skuteczniejszy. Problem z bahankami jest taki, że nie można dać się ugryźć, bo ich jad jest bardzo trujący i trzeba szybko podać antidotum, a nie noszę takiego na bahanki w kieszeni również – odparła, nie spuszczając wzroku ze szkodników, które próbowały dojść do siebie. I tak, dokładnie to zrobiła: nawiązała do tego sarkastycznego stwierdzenia Chrisa. – Więc… Ja bym je zostawiła w spokoju. Tym bardziej że czemu masz robić z nimi porządek, skoro nawet nie wiesz, czy chcesz brać ten dom? – po co miał robić tę pracę za darmo, jeśli istniała szansa, że się nie zdecyduje tego domu kupić? Gdyby był pewien i umówiony – wtedy czemu nie… – Ogólnie z Bahanocydem pozbycie się ich jest dość proste… Mogę ci taki uwarzyć, gdybyś się zdecydował – zaoferowała się, bo co to dla niej za problem? Może by nawet coś z tego miała, chociażby martwe bahanki, z których można wyciągnąć jad – ten przydawał się przy niektórych eliksirach. – Chodź, zostawmy je na razie w spokoju. Pewnie schowają się znowu w zasłonie i nie wylecą za szybko – choćby dlatego, że już poobrywały zaklęciami i całkiem możliwe, że skryją się skołowane, żeby dojść do siebie. Ale i tak nie schowała różdżki i obserwowała je czujnie… tak w razie czego. Nie oponowała jednak, jeśli Chris uznał, że woli je wrzucić do pokrowca.

– To może kuchnia? – zaproponowała, gdy Chris już otworzył okno i świeże powietrze wlało się do wnętrza. Zaduch nie zniknął od razu, ale zrobiło to i tak sporą różnicę i gdyby tylko dało się zapomnieć o bankach, to i dom zyskiwał na uroku. – Haha, jesteś pewien? Większość takich szkodników jest łatwo usunąć, a bryła domu wydaje się niczego sobie – zaśmiała się cicho, bo owszem, wymagało to odrobinę więcej czasu i pewnego wysiłku, ale efekty były natychmiastowe. Ale dlatego mówiła mi, by tego domu nie skreślał, tylko może warto było wynegocjować obniżenie za niego ceny… o ile będzie pasował Chrisowi bardziej niż ten drugi, rzecz jasna.




RE: [20.10.72] Trupy w szafie - Christopher Rosier - 23.05.2026

– Nie wyskoczą na nas, kiedy wrócimy do salonu? – upewnił się Rosier, bo bycie pogryzionym przez takie małe potworki, nie wydawało się mu zbyt atrakcyjną możliwością. Nie zależało mu zupełnie, aby ułatwić sprawę właścicielowi, który nie sprawdził, czy potencjalni nabywcy będą tu bezpieczni i nie wspomniał w papierach o możliwych problemach, ale naprawdę wolał iść z Victorią na plażę niż pędzić do szpitala po specjalny eliksir. Postanowił jej jednak zaufać, że schowają się w zasłonach i ruszył po prostu ku kuchni, zostawiając na razie bahanki w spokoju.
– Jeżeli to same bahanki, to masz rację… ale jeśli coś tkwi też w kuchni, trzeba by założyć, że może być więcej niespodzianek w pozostałych pomieszczeniach. Czy wszystkie będzie tak łatwo usunąć? Nie chciałbym pierwszej nocy po przeprowadzeniu się tu odkryć na przykład… że zatrudniona do oczyszczenia ekipa nie zauważyła jakiegoś potwora pod łóżkiem – stwierdził z pewnym wahaniem. Z jednej strony może miała rację i był zbyt wybredny, z drugiej wzdrygał się wewnętrznie na myśl o wybraniu domu, od piwnicy po strych pełnego jakichś szkodników. Chwilowo jednak uznał, że decyzję podejmie w zależności od tego, co znajdą w kuchni.
Pomieszczenie miało kształt prostokąta, a Chris, który nie gotował (chyba że świąteczne puddingi, jak nagle go na takie naszło), niezbyt umiał ocenić, czy było praktycznie urządzone, czy wręcz przeciwnie. Nie miał zamiaru tutaj jeść, nie przeszkadzało mu więc, że stół był raczej niezbyt wielki, a krzesła przy nim mało wygodne, za to docenił że szafki wyglądały solidnie i wykonano je chyba z dębu. Ściana wymagała rzecz jasna odmalowania, ale to nie wydawało się mu większym problemem.
– Najpierw zobaczmy… – zasugerował, jeszcze w progu, zanim weszli w głąb pomieszczenia. Machnął różdżką i szafki zaczęły się po kolei otwierać, a on czekał, czy wylecą z nich kolejne, owłosione owady, nic takiego jednak się nie stało. Część była pusta, w niektórych wciąż znajdowała się stara zastawa (tę akurat Rosier wiedział, że wyrzuci, chyba że okaże się zabytkowa, bo ani myślał jeść z cudzych talerzy). – Przynajmniej nie zostawił śmieci – ocenił z pewną ulgą i zaczął iść wzdłuż rzędu szafek, ku oknu. Tu nie było szczęśliwie zasłon.
Co pominął?
Szuflady.
I jedna z nich zagrzechotała teraz złowrogo…


RE: [20.10.72] Trupy w szafie - Victoria Lestrange - 24.05.2026

– Myślę, że póki nie zbliżymy się do zasłony, to nie… Podejrzewam, że schowają się teraz, żeby odpocząć po tym Flipendo i uderzeniach w okno – nie miała stuprocentowej pewności, ale na ile znała i rozumiała zachowania zwierząt, czy magicznych bestii, zwykle taki był ich instynkt.

Też sto razy bardziej wolałaby iść z Christopherem na plażę (nawet jeśli morze będzie teraz lodowate), niż zawracać do Munga i tam się awanturować o pilną pomoc przez ugryzienia bahanek. Ogólnie… wolała spędzić miłe popołudnie z Chrisem niż to niemiłe. Były też jednak rzeczy ważne, jak choćby obejrzenie tego domu i podjęcie właściwej decyzji, biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynku domowo mieszkaniowym, i ogólnie na nastroje w Anglii…

– Z mojego doświadczenia… – zaczęła i zastanowiła się lekko, bo mówiła tutaj o doświadczeniu kilkuletnim, odkąd zaczęła swoje życie zawodowe, najpierw w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym, później w BUM-ie, teraz jako auror – widziała tak dużo naprawdę dziwnych zgłoszeń, odwiedziła wiele domów, w tym takie, w których coś się zalęgło, w większości nie było tak źle. To strach miał największe oczy. – Większość klasycznych domowych szkodników wprowadza się do niezamieszkałych domów, bo mają tam względny spokój. Wiesz, żadnych mieszkańców, którzy tylko przeszkadzają, żadnych wydzierających się dzieci, żadnych polujących na nie zwierząt i tak dalej. Wiadomo, czasami zalęgną się w domach jak najbardziej zamieszkanych, ale to rzadkość. Zmierzam w każdym razie do tego, że większość takich lokatorów na gapę dość łatwo się pozbyć, nawet jeśli ich obecność jest zwyczajnie uciążliwa i upierdliwa – mówiła dalej, gdy szli do kuchni i w końcu do niej weszli. Było to co prawda dopiero drugie (poza wejściem i korytarzem, rzecz jasna) pomieszczenie, które tutaj oglądała, ale jej ogólne wrażenie było takie, że ten dom wyglądał całkiem nieźle. Owszem, był odrobinę (ekhem) zaniedbany, ale nie było to nic, z czym nie poradziłaby sobie magia. W każdym razie podstawy były solidne. – Wiesz, tak długo jak to nie jest klątwa… Bo te bywają skomplikowane… Albo poltergeist… to nie jest tak źle – zakończyła swój wywód i patrzyła jak zaczęły otwierać się szafki, poruszone magią Chrisa. – Czy mówiłam ci, dlaczego tak nagle wyprowadziłam się z Londynu? – zapytała, zaglądając teraz do szafek, które stały otworem.

I wyprostowała się nagle, gdy coś zagrzechotało, i zaczęła się rozglądać, próbując ustalić, czy po prostu jedna z szuflad była zamknięta na jakiś zamek i dlatego nie tak od razu zareagowała na zaklęcie Christophera, czy może chodziło o coś zupełnie innego… Różdżki nie schowała i teraz marszczyła brwi.

– Co to było? – rzuciła.


// Persepszyn ◉◉◉○○ – szukam źródła grzechotania, a co mi tam
[roll=Z]


RE: [20.10.72] Trupy w szafie - Christopher Rosier - 25.05.2026

– Mam nadzieję, że to nie ten moment, w którym wywołaliśmy wilka z lasu i zaraz wyskoczy na nas jakaś klątwa… albo co gorsza poltergeist. Wystarczy zamieszania z jednym – stwierdził Christopher, wewnętrznie się aż wzdrygając na samo wspomnienie. Był przekonany, że poltergeist nie tylko go przeklął klątwą mówienia tego, co ślina na język przyniesie, ale też w jakiś sposób sprowadził na niego pecha i to przez niego wpadli na Cressidę.
Nagle to miejsce zyskało trochę w jego oczach, bo pomyślał, że Cressida Avery nigdy nie postawiłaby stopy w tak mugolskiej okolicy i z dala od Londynu, butików oraz przyjęć. Nie żeby ktokolwiek organizował teraz te ostatnie.
– Nie. Nie pomyślałem, żeby spytać, bo… teraz to wydaje się całkiem naturalnym ruchem – przyznał, zastanawiając się nawet przelotnie, czy może należało jednak wcześniej o to dopytać i wykazać zainteresowanie, i tak dalej. Ale tak jak do tej pory czarodzieje ciągnęli do Londynu, tak teraz rozpierzchali się na wszystkie strony… i Christopher nawet do pewnego stopnia zastanawiał się, czy to nie ułatwi wyłapania ich pojedynczo, bo przecież śmierciożercy jednak nie mieli dość mocy, aby co tydzień organizować Spaloną Noc. Chyba.
Ale raczej nie sądził, by on miał być ich celem numer jeden i wystawiał się na odstrzał, kupując dom z dala od centrum konfliktu i Ministerstwa.
– Chodziło o coś jeszcze? Poltergeist zamieszkał ci w piwnicy? – strzelił prawie trafiając, a potem zamarł, nasłuchując przez chwilę dźwięku.
Coś grzechotało.
Victoria źle oceniła źródło dźwięku – i może dlatego ledwo się poruszyła znalazła się nieświadomie tuż obok niego. Szuflada wypadła z zawiasów z trzaskiem, uderzyła o podłogę, rozwalając się, i nagle w kuchni stały dwie Victorie Lestrange, obie w takich samych ubraniach, o takich samych twarzach, wzroście… tylko ta druga Victoria wpatrywała się w tę pierwszą szeroko otwartymi z przerażenia, oszalałymi oczyma, a gdy otworzyła usta, wydobył się z nich bełkot…
– Co do… – rzucił Rosier, niezdecydowany, bo niby miał różdżkę w ręku, ale naprawdę niezbyt mógł teraz jej w jakiś sensowny sposób użyć. – Victoria?


RE: [20.10.72] Trupy w szafie - Victoria Lestrange - 26.05.2026

– Myślisz, że poltergeist wytrzymałby tak długo w ciszy? – bo jej się nie wydawało. Wystarczyło wziąć na przykład hałaśliwego Irytka, który lubił rzucać krzesłami, biurkami czy szafkami, a nie ograniczał się przecież tylko do mebli. Poltergeist, którego spotkali w Londynie też chichotał i migotał, żeby przypadkiem nikt go nie pominął. No a ten, który zagnieździł się w jej domu… cóż. Ten to dopiero potrafił dać do wiwatu – jak nie wrzaski, to afrykańskie bębny i walenie w perkusje, jakby miała za ścianą cały zespół rockowy. W tym domu było trochę za cicho jak na to, co zwykle wyczyniały poltergeisty – ale to dobrze, bo przynajmniej nie zwiastowało złej istoty… Zresztą te raczej nie żyły w opuszczonych budynkach… prawda? Choć tutaj Victoria mogła się mylić.

– To akurat nie miało nic wspólnego ze Spaloną Nocą – stwierdziła całkiem szczerze, ale po chwili dodała jeszcze jedno: – Chyba nie miało – bo nie wiedziała, czy to, co odwalało się w tamtym domu to wynik klątwy, powrotu poltergeista, czy właśnie Spalonej Nocy, natomiast nie wyglądało to jak typowe rzeczy, które ludzie zauważali w swoich domach po tamtej okropnej nocy.

– Ha… Jesteś jednocześnie bardzo blisko i bardzo daleko – i tak strzał Christophera był zadziwiająco celny, bo rzeczywiście chodziło o piwnicę. Piwnicę w szczególności, w ogólności o cały dom, a poltergeist był jednocześnie pierwszym stopniem, który rozzłościł Victorię, jak również możliwością, której nadal nie do końca zgłębiła, bo nie potrafiła powiedzieć z całą pewnością, co się w tamtej kamienicy odpierdala. – Miałam- –zaczęła, ale urwała, bo w tej właśnie chwili niemalże wpadła w objęcia… siebie samej. Niemalże, bo gdy szuflada roztrzaskała się u jej stóp, to zdążyła cofnąć się o krok, nim ona zmaterializowała się w kuchni i bełkocząc, z tym oszalałym spojrzeniem, ale też i jakimś takim szaleństwem wypisanym na twarzy. Victoria-szalona zrobiła krok w przód, a Victoria-prawdziwa odruchowo się cofnęła. Ręce Victorii-bogina uniosły się, wyciągając się w kierunku Victorii…

Nie była na to gotowa. Powinna być, oczywiście i to nie tak, że się bała, bo mało było rzeczy, które były w stanie ją faktycznie wystraszyć, ale widzieć siebie. Siebie w takim stanie – to był szok.


// czy się ogarnę się
[roll=TakNie]


RE: [20.10.72] Trupy w szafie - Christopher Rosier - 27.05.2026

– Gdyby szykował jakiś wyjątkowo wredny kawał… Może? – zastanowił się Christopher, który nigdy nie dumał szczególnie nad naturą poltergeistów. Ale Irytek potrafił czekać aż ktoś wejdzie pod odkręcony żyrandol czy coś, to kto wie, czy taki zwykły złośliwy duch byłby do tego skłonny? – Teraz mnie zaintrygowałaś, Victorio. Poltergeist, ale siedzący na strychu? – strzelił, obracając się do niej, ale z przyczyn absolutnie oczywistych nie zdążył otrzymać odpowiedzi na to pytanie.
Przypatrywał się dwóm Victoriom, z tą różdżką w ręku, bezużyteczną, bo przecież nie mógł zacząć rzucać zaklęć, nie wiedząc, która jest prawdziwa. Stał w taki sposób, że nie widział dokładnie twarzy bogina – Lestrange: nie mógł dostrzec tej różnicy, jaką stanowiło szaleńcze spojrzenie.
– P…pomóż mi – jęknęła ta druga Victoria, unosząc drżące dłonie ku prawdziwej. – N…n…nie wiem… co… się dzieje…
Rosier stał jeszcze przez moment, absolutnie niezdecydowany. W końcu jednak podjął męską decyzję, może wiedziony jakimś impulsem, może sympatią wobec Victorii, może tym, że nie chciał wyjść na tego żałosnego typka, który stoi sobie z boku i czeka aż kobieta znajdzie rozwiązanie problemu. Ruszył, po prostu wchodząc pomiędzy dwie panny Lestrange i przesunął spojrzeniem od jednej do drugiej, próbując znaleźć coś, co świadczyłoby o tym, że któraś jest absolutnie nieprawdziwa.
I cóż, znalezienie tego czegoś wcale, ale to wcale nie było trudne.
Bowiem kiedy Christopher znalazł się pomiędzy nimi, jedna Victoria nagle się rozpłynęła: jej kształt zafalował, rozrastając się i odmieniając. I nagle w kuchnie nie stały już dwie kobiety, a dwóch mężczyzn, choć tu pomylenie ich byłoby nielada wyczynem. Jeden był bowiem normalnym Christopherem Rosierem, a drugi… znacznie starszym. Twarz pobrużdżona zmarszczkami, przygarbiona sylwetka, palce powykręcane od artmetyzmu, włosy nie tylko posiwiałe, ale też pozlepiane od brudu. Dłonie, trzęsące się, narzucona na grzbiet poszarpana szata, porwana, byle jak pocerowana, bardzo brudna.
– Co do… – wymruczał Chris, cofając się i omal nie wpadając na Victorię. Nie miał okazji spotkać bogina, więc ten widok w pierwszej chwili po prostu go zaskoczył: bo tak, bał się… bał się starości, nieważności, choroby, porzucenia, biedy, a ta postać to wszystko uosabiała, ale Chris nawet nie od razu pojął, że ten przerażający, starszy mężczyzna to on.
Ale uniósł różdżkę bez większego wahania, bo o ile nie chciał zaatakować Victorii, to tego tu spróbował odepchnąć bez większego wahania.

[roll=O]


RE: [20.10.72] Trupy w szafie - Victoria Lestrange - 28.05.2026

Znalezienie bogina, który zalągł się w jednej z szafek w opuszczonym domu nie było niczym nadzwyczajnym i gdyby tak się nad tym zastanowić, to było to coś, czego można się tutaj spodziewać, skoro już nadziali się na bahanki, którym zakłócili dzień. Mimo wszystko jednak stanięcie oko w oko z twoim największym strachem (nawet jeśli nie przerażało cię to w sposób paraliżujący) potrafiło wytrącić z równowagi nawet kogoś tak opanowanego jak Victoria, która potrzebowała chwili, by dojść do siebie. A nie było to proste: patrzeć w twarz, którą tak dobrze się znało, którą oglądało się codziennie w lustrze, a jednocześnie tak obcą, tak nieobecną, tak… zniszczoną… Lestrange nawet nie wiedziała, w którym momencie wstrzymała oddech. Odczuła to dopiero, gdy jej plecy dotknęły ściany. Nie miała dokąd uciec. I jak zwykle nie była tym typem kobiety, która czeka na ratunek cnego rycerza na białym koniu, tak w tej sytuacji, to że Christopher postanowił zareagować i wszedł pomiędzy wódkę a zakąskę (niemalże dosłownie), jakoś tę sytuację… uratowało.

A przynajmniej uratowało dla niej.

Bo to, że przestała się wpatrywać w swoją obłąkaną twarz pozwoliło jakoś jej się otrząsnąć, nawet jeśli ceną za to było to, że teraz bogin znalazł sobie nową ofiarę – Chrisa. A to, w co zmienił się, gdy stanął mu na drodze Rosier… Victoria nabrała w końcu tak potrzebnego jej oddechu, zmrużyła oczy, ale nie była pewna na co dokładnie patrzy. Czy Christopher bał się jakiegoś schorowanego mężczyzny? Może bezdomnego żula?

Nieistotne. A na pewno nie w tej chwili.

– Dzięki. To bogin – Victoria w końcu odbiła się od ściany i zbliżyła do Christophera z wyciągniętą różdżką od tyłu. Oczywiście, że wiedziała co to jest, natomiast… Nie była najlepsza jeśli chodzi o walkę z nimi. Jej zdolności z zakresu transmutacji nie były najlepsze, zatrzymała się na poziomie szkolnym i chociaż teoretycznie z boginem powinien poradzić sobie trzecioklasista, tak pewnie doświadczenie z transmutacją bardzo się tu przydawało, wszak za pomocą Ridikkulus zmieniało się formę bogina w inną…

Zaklęcie Christophera odepchnęło bogina, który zachwiał się lekko. Może nie było to spektakularne wrzucenie go do szafki, w której mogliby go znowu zamknąć, ale z pewnością kupowało trochę czasu, bo teraz Victoria stanęła obok blondyna.

– Próbuje nas właśnie przestraszyć, chociaż chyba niezbyt dobrze mu idzie… Jest teraz skupiony na tobie, więc… spróbuj sobie wyobrazić coś śmiesznego i spróbuj go w to coś zmienić – wierzyła, że Chrisowi nie brakuje wyobraźni. – Zaklęcie, które na niego działa to Riddikulus – i nawet machnęła ręką, chcąc mu pokazać, w jaki sposób się to rzuca. – Będę obok – cofnęła się za ramię Christophera, ale w razie czego mogła wejść do akcji, co miało dużą szansę na to, że bogin będzie próbował przestraszyć ich na raz, a to raczej nigdy nie wychodziło.