![]() |
|
[28.09.1972] Identity theft is not a joke | Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [28.09.1972] Identity theft is not a joke | Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=5247) Strony:
1
2
|
RE: [28.09.1972] Identity theft is not a joke | Ambroise & Geraldine - Bard Beedle - 21.10.2025 Cepheus Black z trudem powstrzymał zgrzyt zębami, gdy pani Greengrass-Yaxley wypowiedziała swoje nowe nazwisko z tą przesadną dumą, jakby samo brzmienie miało mu przypomnieć, jak dalece różniła się ich pozycja społeczna, choć oboje byli czystej krwi czarodziejami. Kiwnął głową, udając pełne profesjonalizmu zrozumienie, choć w środku aż kipiał. - Rozumiem, pani Greengrass-Yaxley, proszę wybaczyć. - Powiedział chłodno, tonem urzędnika, który już od dawna przestał reagować emocjonalnie na ludzkie dramaty i pretensje, a jednak, jakimś cudem, wciąż czuł się striggerowany przez córkę Gerarda Yaxleya i jej szanownego małżonka. Ten pyszałkowaty typ mógł nie mówić zbyt wiele, ale wyglądał, jakby uważał, że samo jego istnienie było przywilejem dla reszty świata - no, byli siebie warci - gdy sięgnął po teczkę z dokumentami, Cepheus miał w głowie tylko jedną myśl. „Dla naszego wspólnego dobra, niech wszystko będzie w porządku” - tylko tyle i aż tyle pojawiło się w głowie Blacka, gdy zaczął wertować papierzyska. Cepheus przyjął dokumenty, bez słowa, od razu przebiegł wzrokiem po pierwszej stronie, potem po drugiej, mrucząc pod nosem, jak zawsze. - Wszystko się zgadza, wszystko się zgadza... Mhm. Mhm. Mmm...hm. Mhm. W porządku. Rytuał codzienności, coś znajomego, przewidywalnego, dającego złudne poczucie porządku w świecie, w którym ludzie nieustannie komplikowali sobie życie. Aż jego spojrzenie zatrzymało się na trzeciej stronie, brwi panicza uniosły się powoli, niemal z niedowierzaniem. „Ambroise Bertrand Greengrass-Yaxley.” Przez sekundę nie był pewien, czy widział dobrze, przetarł szkła okularów, choć i tak wiedział, że niczego nie przekręcił. Spojrzał ponownie. Tak, wszystko było jasne, panicz Greengrass również postanowił przyjąć podwójne nazwisko. Wpływy, nazwiska, prestiż... Niby w arystokratycznych rodach zdarzały się takie decyzje, ale Ambroise wyglądał na człowieka, który nie mógłby znieść cienia kompromisu. Black’owi drgnęła powieka, gdy spojrzał na delikwenta, mierząc go dziwnym spojrzeniem. Nie dlatego, że to go oburzało, niby to mogło być normalne, a jednak... Nie miał zamiaru tracić energii na dyskusję o sprawach tak głupich, że aż przewidywalnych. Każda potwora znajdzie swego amatora. Sięgnął za siebie do przegródki, w której trzymał kolejne druki, wyciągnął stos dokumentów i położył go przed parą, zaznaczając piórem miejsca do wypełnienia. - Tutaj, pani Greengrass-Yaxley. I tutaj, panie... Greengrass-Yaxley. - Powiedział, również tym razem z lekkim, ledwie wyczuwalnym naciskiem na słowa. Następnie sam pochylił się nad własną stertą papierzysk, od petentów, pióro zanurzył w atramencie i zaczął podpisywać kolejne arkusze z rytualną dokładnością człowieka, który w tym chaosie próbował zachować resztki godności i spokoju. Bard: Cornelius Lestrange
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KyDAcOQ.jpeg[/inny avek]
RE: [28.09.1972] Identity theft is not a joke | Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.10.2025 - Sama tego nie wiem, na szczęście to był bardzo krótki czas w moim życiu. - Dosyć szybko potwierdziła to, że praca w Ministerstwie nie była dla niej, gdyby ktoś stwierdził, że pieprzy farmazony to przynajmniej mogła powiedzieć, że wcale nie - bo znalazła się w tym miejscu na te kilka miesięcy, o których zdecydowanie wolałaby nie pamiętać. Nie była stworzona do wypełniania papierów, przestrzegania regulaminów - których nie do końca rozumiała. Zresztą w przypadku zwierząt jak w ogóle można było mówić o jakichkolwiek zasadach, nigdy nie wiadomo, jak się zachowają, czasem trzeba było sięgać po dosyć drastyczne kroki, z których pewnie nikt z tych urzędasów wolałby się nie tłumaczyć. Zdecydowanie wolała być sama sobie szefem, nie musiała się dzięki temu przed nikim tłumaczyć ze swoich decyzji - no czasem ojcu, chociaż i to było już za nią. Darzył ją ogromnym zaufaniem i nigdy nie wątpiły, że robiła to, co było najbardziej słuszne, w końcu wychował ją na równego sobie łowcę, a może nawet nieco lepszego zważając na to, że robił się coraz starszy. Na szczęście nie ona w ich małżeństwie była odpowiedzialna za dokumenty - inaczej pewnie musieliby wrócić, Geraldine była bowiem chodzącym chaosem i znając siebie zostawiłaby w domu jakąś kartkę, która wydawała się jej zupełnie nic nieznacząca, a w tym gabinecie okazałby się być najbardziej istotna ze wszystkich. Ona musiała tu tylko być - niby nic takiego, ale to również okazało się wcale nie takie łatwe. Miała wrażenie, że w pomieszczeniu jest okropnie duszno, do tego do jej nozdrzy docierał dziwny zapach. Przymknęła na moment oczy, żeby przestać się na tym skupiać, bo zdawała sobie sprawę, iż może się to zakończyć nieco kontrowersyjnie. Oby Black - zwróciła uwagę na plakietkę z nazwiskiem znajdującą się na jego biurku pospieszył się z tym, co miał zrobić. Miała nadzieję, iż spieszy mu się do wyjścia równie mocno co im. Usłyszała dźwięk klikających zatrzasków, wtedy otworzyła oczy, Roise wyciągał teczkę z dokumentami. - Na pewno jest wszystko. - Dodała jeszcze sugerując siedzącemu przed nimi mężczyźnie, że nie może być inaczej, no i że nie zamierza przyjąć pod uwagę innej możliwości. Tam musiało znajdować się wszystko, co było konieczne do załatwienia tej sprawy. Obserwowała urzędnika uważnie, kiedy wertował dokumenty kartka za kartką, póki co chyba nie miał żadnych zastrzeżeń, a być może po prostu je ignorował - jeśli jakieś się pojawiły. Tak właściwie to mu się zupełnie nie dziwiła, nie było sensu z nimi dyskutować, i tak wiedzieli swoje. Miała wrażenie, że na twarzy Black'a pojawił się wyraz konsternacji, do tego posłał jej małżonkowi dziwne spojrzenie - cóż, może nie patrzył na nią w tej chwili, ale to nie oznaczało, że ona nie zaczęła go w tym momencie zabijać wzrokiem. Trwało to jednak krótką chwilę, bo później pozwolił im podpisać te nieszczęsne papiery. Sięgnęła po pióro, zostawiła swój podpis tam gdzie pokazał, chyba mogli już się stąd zmyć, na szczęście, powoli zaczynała tracić cierpliwość. RE: [28.09.1972] Identity theft is not a joke | Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.10.2025 Tak. Być może sam pracował w miejscu, które Geraldine bez dwóch zdań uważała za jakiś szósty krąg piekła na ziemi, jednakże nawet on musiał przyznać, że ani trochę nie dziwiła go jej decyzja, by opuścić Ministerstwo i nie kontynuować tego nieszczęsnego stażu. Nie tylko nie widział jej w roli jakiegokolwiek urzędnika państwowego, nawet tego najbardziej postawionego (raczej stawiającego się, to byłoby już poprawniejsze określenie), lecz także nie wyobrażał sobie, aby ktokolwiek mógł być tu tak naprawdę szczęśliwy. Tak, nawet biorąc pod uwagę, że część ich wspólnych bliskich pracowała w tym gmachu i raczej nie narzekała w głos. Roise po prostu miał swoją wizję tego, jaki działały te struktury i z dwojga złego, wybierał szpital, nawet jeśli w ostatnich miesiącach coraz bardziej wątpił w sens własnej pracy tam. W Mungu przynajmniej miał pewną swobodę, szczególnie w tych późnonocnych godzinach, gdy pracowników administracyjnych już nie było i uzdrowiciele mogli skupiać się wyłącznie na leczeniu, nie obawiając się tego, że ktoś spróbuje złapać ich za kołnierz i kazać im wypełniać kolejne niezbędne i naglące dokumenty. Tak, ponownie, zgadza się. Greengrass, teraz już właściwie Greengrass-Yaxley miał doświadczenie w radzeniu sobie z podobnymi formalnościami. Z uwagi na niemal stałą nieobecność głowy rodziny, stosunkowo szybko musiał wdrożyć się w takie a nie inne obowiązki. Umiał zarządzać domem, potrafił radzić sobie z większością obowiązków wynikających z przepisów, zapisów i nakazów. Płacił podatki, wypełniał rozliczenia i tak dalej, i tak dalej. Zdecydowanie wolałby tego nie robić, ale życie jakoś niespecjalnie brało to pod uwagę, więc nauczył się nie tonąć w zaległościach, świadomy tego, że wtedy byłoby jeszcze gorzej. Chociaż z zewnątrz starał się zachować swoje myśli dla siebie, ta wizyta zdążyła zirytować go szybciej niż oni zdołali postawić pierwszy krok w gabinecie mości łaskawcy, który tak litościwe powstrzymywał się przed komentarzami bardzo widocznymi w napisach na jego twarzy. Jeśli Black spodziewał się jakiegokolwiek zawahania ze strony Roisa. Jeżeli oczekiwał, że na ten wyjątkowo wymowny, bardzo ostentacyjnie jednoznaczny wyraz twarzy, Ambroise postanowi zacząć wyjaśniać zmianę w przyniesionym wniosku... ...cóż. Nie tylko srogo się mylił, co poniósł kompletną, choć niewypowiedzianą klęskę. Ze strony żadnego z mężczyzn nie padł ani chyba nie miał paść żaden komentarz na ten temat. Po prostu zmierzyli się spojrzeniami, a Roise nawet nie wydął warg, nie pozwalając sobie na najmniejsze drgnienie mięśnia twarzy. Nie wzruszył także ramionami ani nie uniósł brwi. Wbił wzrok w urzędnika, później zaś w wypełniane dokumenty, ostatecznie przesuwając je w kierunku Cepheusa, gdy tylko zobaczył, że Rina również skończyła zajmować się swoimi papierzyskami. Nie spytał to tyle?, ale nie zaczął też wstawać z miejsca. Zamiast tego wygodniej rozsiadł się na krześle, czekając na ostateczną informację, że wszystko jest już za nimi. Nie chciał tu ponownie wracać, szczególnie nie w tej sprawie, był bowiem aż nadto świadomy, że i tak będą zmuszeni powrócić do tego miejsca. Całe szczęście, dopiero za kilka miesięcy. |