![]() |
|
[17.06.72] Pyk pyk pyk, jako tako i fajrant || Basilius & Ambroise - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18) +---- Wątek: [17.06.72] Pyk pyk pyk, jako tako i fajrant || Basilius & Ambroise (/showthread.php?tid=3823) Strony:
1
2
|
RE: [17.06.72] Pyk pyk pyk, jako tako i fajrant || Basilius & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.09.2024 - Widzisz? - Rozłożył ręce, bo to było takie proste, ale Basilius wciąż nie uległ Ciemnej Stronie. - Wróć do mnie, kiedy za bardzo ci dopieką. Będę tu czekać - zapewnił poważnym głosem, jakby naprawdę sądził, że jeszcze się tu spotkają i głębiej omówią ten plan. A przecież jeszcze nie wychodzili. Ambroise by nie śmiał ulatniać się stąd, kiedy na dole mógł go czekać powrót do chaosu. Tu było przyjemnie miło. W towarzystwie czas leciał wolniej a herbata mogła wystygnąć. Jeśli miałby farta to do odpowiedniej temperatury, żeby mógł ją wypić zanim będą zmuszeni wrócić do zawodowej rzeczywistości. - To na pewno nie ma związku z tym, że gonimy ich do dodatkowego zakuwania zamiast fajnej praktyki - odrzekł bez mrugnięcia okiem. - Wy - fajni uzdrowiciele musicie mieć równowagę do swojej Jasnej Strony. Nie dziękujcie zbyt mocno - nie dodał, że lubi czekoladki albo kawę, bo tych dostawał aż za dużo od pacjentów. Z prezentów najbardziej lubił pieniądze, których niestety tu nie mógł przyjmować. Ustawa o przeciwdziałaniu korupcji w szpitalu podcinała I'm skrzydła. Naprawdę. Kiedy zaczynał nie bawiono się w takie bzdury. Szpital im nigdy godnie nie płacił, ale kiedyś jeszcze przymykano oko na drobne akty finansowej życzliwości wobec uzdrowicieli. - Mamy nasze specjalne notesy, termosy z kawą i herbatą, karty do szpitalnego bingo. Od czasu do czasu stawiamy zakłady - wyliczał z kamienną twarzą, kwitując to wzruszeniem ramionami. - Poza rozdzielaniem ról ze scenariusza dręczenia stażystów na ten tydzień robimy też wiele innych fajnych rzeczy. Powinieneś kiedyś wpaść - zakończył pozwalając sobie na porozumiewawczy uśmiech. Jakże przyjemniejsze byłoby jego życie, gdyby rzeczywiście tak to wyglądało. Czasami pluł sobie w brodę za to, że postanowił być wykładowcą. Zaraz potem uświadamiał sobie, że lubi tych niedouczonych łebków, którym mógł wciskać wiedzę do głowy. Przynajmniej nie mógł mieć do nikogo wyrzutów, bo to on odpowiadał za weryfikację nauki informacji, które im wcześniej przekazał. Lubił maksymę, że jeśli chciało się coś zrobić dobrze to trzeba to było zrobić samemu. Może nie był najłatwiejszym z prowadzących, ale starał się być sprawiedliwy i wyrozumiały. Wbrew temu, co lubił mówić, nie groził stażystom urazami magicznymi. Zbyt często. Teraz mógłby wpłynąć na statystyki, bo był wprost przekonany, że to jakiś stażysta skierował międzyoddziałowego pacjenta na jego wypełniony po brzegi oddział bez uzgodnienia. Cholera wzięła wypicie herbaty w idealnej temperaturze. Kawy też, więc również w imieniu kolegi czuł się niezbyt zadowolony. Przynajmniej on również mógł docenić tę małą, niezamierzoną życzliwość wynikającą z tego, że obaj nie byli zbyt przystosowani do pędzenia po schodach na złamanie karku. W razie faktycznej konieczności może mógłby spróbować, ale teraz szedł swoim tempem zgodnym z tym także u Basiliusa. Zielony czy nie. Pacjent mógł jeszcze chwilę na nich poczekać, skoro schodzili do niego z samej góry. Podchodząc do nieszczęśnika, Ambroise nie wiedział, czego się po nim spodziewał. Z pewnością nie zielonych, kłosowatych włosków o wyglądzie źdźbeł, które dyskretnie wskazał mu kolega. To był niecodzienny widok. Nawet tutaj. Niestety, wywiad niewiele im rozjaśnił. - Episkey mnie w - rzyć odmruknął, planując dodać zagubione słowo, ale ostatecznie rezygnując. Jego intencje były jednoznaczne. - Czy naprawdę nikt nie zna innych zaklęć? - Spytał w zamian, biorąc głęboki, ciężki oddech. Mógłby przysiąc, że rodziny pacjentów dogadały się, czego teraz używają. Jakiś czas wcześniej to był eliksir wiggenowy (zazwyczaj grubo po terminie i z drugiej ręki po zmarłej ciotce z jej składziku) teraz kolejny raz przerzucili się na jedno i to samo podstawowe zaklęcie medyczne. Gdyby już tego nie robił to powoli kwestionowałby system nauczania w Hogwarcie. Naturalnie foliarz w nim już dawno uznał, że ktoś chciał im zapewnić dużo pracy, bo system potrzebował chorych i nieporadnych ludzi tak samo jak wiecznie przepracowanych uzdrowicieli nie mających czasu na zbyt wiele prywatnej, opłacalnej praktyki. Kiwnął głową, żeby podziękować Basiliusowi za kartkę, po czym oddał się przeczytaniu tych raczej żałosnych wypocin. Niewiele wniosły. Wywiad był niepełny i najpewniej będą zmuszeni do ciągnięcia pacjenta za język, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Oczywiście, że rodziny już z nimi nie było. Greengrass westchnął ciężko, ale cicho. - Jaka ocena? - Spytał, podchodząc do kolegi przy pacjencie i przyglądając się poczynaniom. Oczywiście, chciał tylko tego, co można było powiedzieć na głos przy chorym. Reszta mogła być w formie uzdrowicielskich kalamburów zanim oddalą się na chwilę ustalić dalszy przebieg leczenia. Pacjent jeszcze kontaktował. Przynajmniej tyle dobrego. RE: [17.06.72] Pyk pyk pyk, jako tako i fajrant || Basilius & Ambroise - Basilius Prewett - 05.10.2024 – Szpitalne bingo mówisz? – zapytal, po wysłuchaniu całego kuszenia na Ciemną Stronę mocy. Nie ukrywał, że awans byłby miły, ale jednocześnie jakieś resztki zdrowego rozsądku podpowiadały mu, że przy swoim nastawieniu do pracy i jeszcze przyjmowaniu prywatnych klientów, skończy się to tak, że w ogóle zapomni o odpoczynku innym, niż kasyna. A już I tak dzisiaj rano leciała mu krew z nosa i Prewett nie był pewny, czy było to spowodowane ogólnym stanem zdrowia, czy przemęczeniem. – No nie wiem, aż do teraz nie byłem do tego przekonany, ale skoro mówisz, że macie bingo to chyba jednak poważnie pomyślę o awansie. – Gdyby tylko Ambroise nie żartował i rzeczywiście w nie grali i do tego stawiali zakłady... Praca w Mungu była o tyle problematyczna, że generowała milion okazji do stawiania zakładów (Na przykład ilu awanturujących się pacjentów będzie dzisiaj na danym oddziale), a jednocześnie szpital był niestety miejscem, w którym najbardziej pilnował się, by nie przesadzać z... losowymi grami o pewnym stopniu ryzyka. Nie znaczyło to oczywiście, że nigdy nie grał z nikim stąd w karty. Nie bez powodu miał przecież zawsze w służbowej szacie talię kart. A w płaszczu dwie kolejne, ale to nie było teraz istotne. Zresztą ta rozmowa bardzo szybko odeszła w zapomnienie, kiedy przyszło im się zmierzyć z zielonym pacjentem. Prewett skrzywił się słysząc pytanie kolegi z pracy, bo sam naprawdę nie miał pojęcia czemu rodzina pacjenta postanowiła rzucić na niego czar, służący do naprawiania niewielkich urazów takich jak rozcięta warga, czy uszkodzona chrząstka w celu ratowania kogoś, kto zatruł się eliksirem. Basilius przygladał się pacjentowi, a następnie korzystając z zaklęć diagnostycznych, spróbowałbocenić, jak zła jest sytuacja i dopiero potem zerknął na Ambroise'a. – Efekty zaklęć są dokuczliwe, ale w mojej opinii nie powinny się nasilać, przynajmniej nie przez kolejne pół godziny, wiec może najpierw zajmijmy się efektami zatrucia? – To ostatnie wypowiedział odrobinę pytająco, bo to przecież Greengrass był z ich dwójki tym, który lepiej znał się na zatruciach eliksirami. – Z tego co zdążyłem rozpoznać, te zdźbła są efektem ubocznym jakiegoś zaklęcia, ale coś musi je... – Nawozić. – Utrzymywać, zakładam, że eliksir. Nie wyglądało to wszystkie tragicznie, a po prostu... Bardzo upierdliwie. W tym momencie pacjent, nagle nieco oprzytomniał, spojrzał Greengrassowi prosto w oczy i pokazał trzy palce, po czym udał, że pije coś z niewidzialnej butelki. RE: [17.06.72] Pyk pyk pyk, jako tako i fajrant || Basilius & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.10.2024 - Szpitalne bingo - powtórzył po Basiliusie, choć prawdopodobnie nie powinien tego robić. No cóż. Każdy uzdrowiciel miał swoje przywary i problemy wynikające z tych niechlubnych cech charakteru. W innym razie nie wybraliby takiej ścieżki zawodowej - bądź co bądź bardzo wyczerpującej, wyniszczającej fizycznie i mentalnie, utrudniającej nawiązywanie trwałych relacji poza szpitalem. Wbrew pozorom tu nie lądowali stabilni psychicznie opanowani ludzie tylko zawodowi desperaci umiejący zachować pozory w miejscu pracy. - Bez tego byłoby... ...no, może nie nudno... ...nasi słuchacze zapewniają nam dużo rozrywki... ...ale byłoby nas mniej - skwitował. Cóż. Ambroise był szczery. Jasne. Zachęcał kolegę do awansu natomiast spytany nie ukrywałby, że podwyżka względem obowiązków była niska a nawet nikła. Odpowiedzialność rosła równocześnie ze wzrostem bólu gardła, niewyspania i spadkiem wiary w młode pokolenie. Zapomniał wół jak cielęciem był, bo przecież sam Greengrass nie był najłatwiejszym stażystą. W tym wypadku wygodnie pomijał ten fakt i szedł dalej narzekać jak to młodzi ludzie zaniżają i tak niskie standardy Munga. Jeśli to możliwe to dodatkowo zaniżane również przez poziom pomocnych rodzin pacjentów. Mieli tego przykład tuż przed sobą. Półprzytomny i zieloniutki jak baranek z rzeżuchy na obchody Ostary. - Wspaniale - skwitował powstrzymując się, żeby nie dodać odgrywa pan swoją jakże przydatną pantomimę, panie Lovegood, bo to zabrzmiałoby nieprofesjonalnie a on starał się być profesjonalny mimo zmęczenia. - Wobec tego zajmiemy się najpierw tą częścią. Zapewne spotkał pan lub ktoś z pańskiej rodziny całkiem nowego sprzedawcę gdzieś na Pokątnej. Elokwentnego i zaradnego młodego alchemika produkującego eliksiry ochronne w domu, aby oszczędzić na lokalu i tym samym zachować atrakcyjne ceny - nie musiał pytać czy jego przypuszczenia są zgodne z prawdą, ponieważ pacjent posłał mu spojrzenie świadczące o mieszanie zaskoczenia i podziwu nad zdolnościami Greengrassa. Oczywiście. Bo przecież był jasnowidzem (bujda, bo widmowidzem jak już) a nie uzdrowicielem zmęczonym wybrykami człowieka, którego złapanie stanowiło problem dla Ministerstwa. Normalnie może poszedłby w zaparte z milczeniem na temat tego skąd posiadał tak wyczerpujące informacje, ale nie w tym momencie. Wykrzywił usta w odrobinę rozgoryczonym grymasie na kształt chłodnego uśmiechu, po czym wrócił wzrokiem do Basiliusa. - Człowiek od kaktusów na głowie - wyjaśnił pokrótce sądząc, że nie musi dodawać wiele więcej. O ile kaktusy wyrastające na czubkach głów pacjentów w różnych rozmiarach, kolorach i gatunkach bywały śmiesznym urozmaiceniem szpitalnej rutyny. Greengrass jeszcze nie dalej jak przedwczoraj wdał się w dyskusję z innym uzdrowicielem z oddziału o tym jak powinni odnotować w karcie pacjenta najświeższy przypadek kaktusa. Czy jako Digitostigma caput-medusae, czy jednak wersję Astrophytum caput-medusae, bo przypisanie tego egzemplarza było trochę kontrowersyjne nawet dla bardziej zaawansowanych botaników. Ogólnie to był raczej śmieszny wybryk do szybkiego zneutralizowania przez kogoś kto się znał a mogli stawiać zakłady, jaki będzie następny kaktus. Natomiast tajemniczy sprzedawca zaczął w gorszy sposób psuć im szyki. Oferował podrabiane substancje o nieprzewidywalnych efektach. To było już niedopuszczalne. - Podręczny eliksir zasilający - zawyrokował na początku brzmiąc, jakby nie był pewny zanim nie podkreślił znaczenia słów. - Znając styl tego człowieka, tak nazwał swój produkt: Podręczny Eliksir Zasilający. Na moje oko powinien przywracać siły witalne, ale nie zrobił nic takiego, więc wzmocniono go jeszcze - spojrzał w kierunku pacjenta, który już znów odpłynął w jakieś majaki; po czym powstrzymał westchnienie - najpewniej dwie inne podobne substancje z tego samego źródła. Wygląda na to, że coś mogło się wyzerować. Możliwe, że wystarczy samo Antidotum na Niepopularne Trucizny Hoppsa. To mówiąc rozejrzał się w poszukiwaniu wolnego starszego stażysty, który i tak przysłuchiwał im się z ciekawością. Skinął do niego głową, posyłając go do składziku. Mogli mieć tu lepszy przypadek niż sądzili, o ile zaklęcia nie poczyniły trwalszych szkód a odtrutka miała zadziałać. Tego ostatniego był niemalże pewny. RE: [17.06.72] Pyk pyk pyk, jako tako i fajrant || Basilius & Ambroise - Basilius Prewett - 16.10.2024 Świetnie. I teraz chciał zagrać w to całe szpitalne bingo bez względu na to, czy istniało, czy też nie. Prewett stał z założonymi rękami, przyglądając się temu, jak Greengrass przepytywał pacjenta, nawet jeśli ten najwyraźniej czuł się zbyt kiepsko, aby normalnie odpowiadać. Na wzmiankę o kaktusach na głowie, Basilius spojrzał się na drugiego uzdrowiciela z mieszaniną zaskoczenie i zainteresowania, ale na razie nie drążył tematu. Sam może nie miał doczynienia z sprzedawcami lewych eliksirów, ale już niestety w swojej karierze miał przyjemność spotkać się ze skutkami leczenia klątw u oszukanych klątwołamaczy (a były to skutki od durnych po bardzo nieprzyjemne), bo pacjent z jakiegoś powodu wolał unikać wizyty w Mungu. Pacjent spojrzał ponownie na Greengrassa, otworzył usta, zamknął je, a potem wziął głęboki oddech i otworzył je jeszcze raz, kiwając powoli głową. – Wie pan... Rodzinne spotkanie było, dużo rodziny, jq na kacu... To no, uznałem, że se łyknę ten eliksir, ale no poczułem się tak źle jak nigdy dotąd i... A że nie chciałem się przyznać żonie że kupiłem coś... Nie z apteki, to no... Powiedziałem, że to wi... wigenowy po terminie. – Mężczyzna najwyraźniej chciał coś jeszcze dodać, ale przeszkodziła mu w tym kolejna fala słabości i ponowne odpłynięcie gdzieś od rzeczywistości. Basilius tymczasem westchnął cicho i zapisał podane im informacje, skoro teraz i tak to nie on grał pierwsze skrzypce w leczeniu pacjenta. – Wie pan może co na pana rzucili? ‐ spytał w nadziei na ponowny kontakt z pacjentem. Czarodziej na początku zignorował jego słowa po czym zerknął na Prewetta. – Nie wiem – wybełkotał. – Chyba Episkey. – Rozumiem – odpowiedział Basilius, uznając że może lepiej, że pan Lovegood ponownie skupił się na tym, aby nie było z nim żadnego kontaktu. Episkey. Kto uznał, że najlepiej będzie rzuci episkey? Czemu ludzie zawsze rzucali episkey? Czemu to było jedyne co ci wszyscy ludzie pamiętali, że chyba rzucili. Na całe szczęście w międzyczasie wysłany przez Greengrassa, stażysta, zdążył wrócił z antidotum. Przynajmniej wyglądało na to, że ta część leczenia nie miała sprawić im żadnych trudności. RE: [17.06.72] Pyk pyk pyk, jako tako i fajrant || Basilius & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.10.2024 Wieczorny chaos w Mungu bardzo skutecznie doprowadził Greengrassa do stanu, w którym mężczyzna nie okazywał zbyt dużo zrozumienia wobec ludzkiej głupoty. To nie tak, że jemu nie zdarzyło się popić i podejmować głupich decyzji. Może nie zamierzał się do tego przyznawać, ale zdarzało mu się to nawet częściej niż rzadziej. Zwłaszcza wcześniej, kiedy alkohol powodował u niego całkiem przyjemne efekty a nie skłonność do zgrzytania zębami. Bez wątpienia miał dużo różnych doświadczeń związanych ze zbyt dużą ilością procentów oraz rodzinnymi kontaktami. Szczególnie, że jego niedoszły teść zdecydowanie nie wylewał za kołnierz. Kiedy Gerard zrozumiał, że z płatnego prywatnego medyka nagle zyskał całkowicie darmową pomoc medyczną dostępną niemal na skinienie ręki za stosunkowo niską cenę, umówmy się: trudnej do opanowania córki, poszedł w to jak hipogryf w... ...kij wie, co... ...Roise nie miał bladego pojęcia o zwyczajach żywieniowych hipogryfów. Istotne było to, że walijski samogon z pobliskiej wioski łał się wodospadami za każdym razem, gdy decydowali się odwiedzać Snowdonię w celach rodzinno-towarzyskich. Bowiem w pracy (nawet takiej będącej bardziej wolontariatem) Greengrass nie zwykł pić. Z wiadomych powodów bywali tam stosunkowo rzadko. Zresztą piekielna żona emerytowanego łowcy również sprawiała, że te wizyty były niechętne, ale za każdym razem bardzo interesujące. Choć nikt nigdy nie rzucał podczas nich żadnych pochopnych medycznych zaklęć. Szczególnie nie tego cholernego Episkey! które było kością w gardle chyba każdego szanującego się uzdrowiciela. Słysząc o kolejnym z rzędu przypadku chyba użycia Episkey Ambroise już nawet nie próbował tego skomentować. Po prostu westchnął ciężko, kiwając głową i pozostawiając Basiliusowi odnotowanie tego faktu. Jego pismo było bardzo nieczytelne, typowo lekarskie, więc zazwyczaj uciekał się do korzystania z samonotujących piór, które (jak wiadomo) co rusz waliły jakieś błędy. Przynajmniej udało im się zażegnać część kryzysu. Szczególnie, że posłany stażysta całkiem sprawnie wrócił z eliksirem i to właśnie tym, którego potrzebowali. O dziwo się nie pomylił, co Ambroise automatycznie przypisał swoim wyjątkowym metodom wbijania młodym wiedzy do głów. Gdyby udało im się jeszcze włączyć Basiliusa do akademickiego grona wykładowców, być może z powodzeniem byliby w stanie podwyższyć stosunkowo niski poziom Munga. Niewątpliwie zamierzał ponownie wrócić do tego tematu, jednak dopiero po zajęciu się odlatującym pacjentem, który kolejnym cudem dał radę wypić odtrutkę i nie zwrócić jej dokładnie w tej samej chwili. Dzięki temu zdjęcie efektów pochopnie rzuconego zaklęcia było wyłącznie formalnością. Znacznie mniejszą niż późniejsze wypełnienie raportów i dokumentacji, niestety, bowiem nieszczęśnik znikł ze szpitala po kolejnych dwóch godzinach a papiery zostały. To była długa, naprawdę długa noc z powodzeniem mogąca konkurować z pełnią księżyca. Taka środa pełni - mały pełniowy piątek. Koniec sesji
|