Secrets of London
[08.07.72] Zielona ręka - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [08.07.72] Zielona ręka (/showthread.php?tid=3782)

Strony: 1 2 3


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Florence Bulstrode - 29.08.2024

Nie miała pojęcia, jak Ambroise zachowywał się poza szpitalem, bo i głównie tutaj go widywała. Oboje niby wywodzili się z rodzin czystej krwi, ale ona chociaż nie umykała jakoś szczególnie przed spędami czystokrwistych, to nie pojawiała się na każdym, a on z kolei był nieślubnym synem, więc i w niejednym domu zapewne niekoniecznie był mile widziany. Nokturnu nie odwiedzała nigdy, chyba że wezwano tam grupę uzdrowicieli – bo na temat bywalców tej ulicy miała opinię, czy nawet Opinię. Może mogłaby dowiedzieć się, że on tam bywał, gdyby sięgnęła do kontaktów Prewettów, ale nie miała powodu węszyć tak głęboko. Gdyby dowiedziała się o tym, że Ambroise lubił przebywać w podziemnym światku, uniosłaby pewnie brwi i skomentowała ironicznie, że widać rodzina Greengrassów zaczęła podupadać, ale i nie przejęłaby się tym, póki w szpitalu zachowywał się odpowiednio. (I byłaby w tym ogromna hipokryzja, zważywszy na to, że rodzina ze strony matki też miała pewne interesy w półświatku. Właściwie sporo, chociaż raczej nie załatwiali ich po spelunach osobiście... zwykle. Ale gdy szło o rodzinę, Florence nie była zbyt uczciwa.) Choć zapewne szepnęłaby temu i owemu na jego wydziale, by upewnić się, że nie wynosi informacji pacjentów, ot na wszelki wypadek.
Trudno powiedzieć, czy byłaby zaskoczona, gdyby znała myśli Ambroise, zadowolona z siebie, czy przyjęłaby to raczej obojętnie, bo och, to przecież oczywista oczywistość, że wpadała na takie pomysły… W tej chwili teoria z tym, że żaby w istocie nie były żabami brała się głównie z tego, że o nekromancji wiedziała odrobinę więcej niż przeciętna osoba, a nawet niż przeciętny uzdrowiciel, i to wcale nie dlatego, że ją stosowała, ale że wyznawała zasadę poznania swojego wroga, a rodzina matki miała pewne możliwości w tym zakresie.
Nie znała się zupełnie na faunie i florze, a przynajmniej znała się na nich dużo, dużo mniej od Ambroise’a. Zwierzęta jednak, z tego co mówił Greengrass, bo rozdeptaniu nie umierały, a cały cykl zaczynał się na nowo. Gdyby faktycznie były żabami, potrzeba by do tego energii, i to prawdopodobnie nie takiej małej. Możliwe, ale podejrzewała, że do Kliniki już wpadaliby aurorzy. Nie widziała nigdzie żadnych charakterystycznych, czarnych mundurów, jej myśli uciekały więc ku innej tezie: transmutacja, ale dużo bardziej skomplikowana niż ta, której używali w szkole, zamieniając puchary w ptaki i żaby w puchary, dodatkowo zasilona jakimiś komponentami, i jeszcze ta reakcja z antidotum, o którym wspominał Greengrass…
– Jedna sprawa na raz – zdecydowała, bo żaby póki co nie wydawały się niebezpieczne. Złapie się je i zbada później, upewni, czy była to transmutacja, czy jednak nekromancja, i czy doszło do jakiegoś wyjątkowo nieudolnego dowcipu albo błędy w sztuce czarodziejskiej, czy ktoś chciał zdezorganizować pracę Kliniki – w tym drugim przypadku należało go złapać i, zdaniem Florence, skazać na najmniej rok pobytu w Azkabanie. I nic jej nie obchodziło, że więzienie łamało wszelkie normy humanitaryzmu, dezorganizowanie Munga zasługiwało na wysoki wymiar kary, w końcu tutaj leczyło się ludzi. A poza tym nie lubiła żabiego skrzeku.
– Obawiam się, że nie był najostrzejszym nożem w szufladzie. Prawdę mówiąc, w szufladzie pełnej noży byłby zapewne łyżeczkę. Taką do cukru – odparła gładko, wciąż z kamiennym wyrazem twarzy, wszelkie te wymyślne obelgi, pozbawione rzecz jasna przekleństw, wypowiadając tonem absolutnie pozbawionym choćby śladu emocji.
Chętnie zabezpieczyłaby ławkę bardziej, ale Ambroise doradzał nie stosować na niej magii, a Florence była daleka od ignorowania zaleceń uzdrowiciela bez wyraźnego powodu. Pozostawiła więc tylko karteczkę, licząc, że żaden zmęczony pacjent nie postanowi usiąść na porośniętym zielskiem meblu, ignorując ostrzeżenie.
– Czy powinnam być z tego zadowolona, czy wręcz przeciwnie? – spytała, bo może nie były to diabelskie sidła, ale i tak próbowały ją udusić, a z diabelskimi sidłami przynajmniej potrafił sobie poradzić nawet średnio ogarnięty siódmoklasista. O ile oczywiście nie było ich nadmiernie wiele, bo zdarzało się, że w podziemiach bardzo się rozpleniły. – Obawiam się, że nigdy nie widziałam fruwokwiatów – odparła, wciąż bardzo spokojnym tonem, ale już coraz trudniej przychodziło jej zachowanie cierpliwości. – Widzę, Ambroise. Ta brązowa część właśnie uderza w moją tarczę, zapewne z zamiarem uduszenia któregoś z nas – stwierdziła, zwodniczo łagodnym tonem, a kiedy oświadczył, że musi pomyśleć, stanowczym gestem wyciągnęła lewą rękę, chcąc zasygnalizować, żeby się cofnął, a potem zrobiła to i sama. I zatrzasnęła ponownie drzwi, odcinając się za ich pomocą od morderczych roślin. Chciał myśleć, proszę bardzo, niech myśli, ludzie robili to trochę za rzadko, przynajmniej w (nie)skromnej opinii Florence, ale ona ani myślała ryzykować, że w tym czasie te pędy przebiją się przez tarczę, albo że jednak miał rację w teorii o tym, że magia je karmi – nie chciała ich niczym nakarmić i ryzykować, że staną się jeszcze bardziej mordercze.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.08.2024

Florence miała rację. Należało, żeby wybrali bardziej istotny problem do rozwiązania zanim dadzą ponieść się wszystkim pomniejszym. Musieli działać na jednej płaszczyźnie. Jeśli im się poszczęści, reszta kłopotów zostanie zażegnana przez innych pracowników szpitala. Milczenie z jego strony należało potraktować jak aprobatę. Zarówno odnośnie planu działania, jak i komentarza dotyczącego delikwenta, który zwalił im problem na głowę. Ten bez dwóch zdań był łyżeczką do herbaty i to aluminiową, nie srebrną.
- Wręcz przeciwnie - odpowiedział bez owijania w bawełnę. - To coś to jakaś niesklasyfikowana hybryda - czy musiał mówić więcej? Nie wiedzieli czy to był przypadkowy wytwór klątwy. A jeśli tak to od czego zależało, że skrzyżowała te dwa gatunki? A może gdzieś tam był trzeci dodatek w postaci jakiejś rośliny, od której zapożyczono inną cechę niż wizualna?
Diabelskie sidła byłyby dziecinną igraszką. Nie wątpił, że Florence poradziłaby sobie z nimi z niewielką pomocą kogokolwiek. Tak samo z przerośniętym fruwokwiatem, gdyby nie te obrzydliwie fascynujące elementy zapożyczone od wnykopieńków.
-Ach. To powszechne kwiaty domowe. Nic specjalnego, ale ludzie z jakiegoś powodu upodobali to sobie do salonów - odpowiedział lakonicznie.
Jako człowiek znający się na botanice, mógłby z marszu wymienić dziesiątki dużo ładniejszych roślin, które przy okazji miałyby nie tylko walory estetyczne, ale też na przykład lecznicze. Tymczasem na parapetach i w kwiaciarniach królowały właśnie te pnącza. A gdyby w ogóle zaczął mówić o przypadkach pomylenia nasion albo młodych osobników z podobnymi dla laika diabelskimi sidłami, to pewnie do wieczora nie skończyłby tworzyć listy powodów, dla których nie przepadał za tym pospolitym kwiatkiem doniczkowym. Zanim diabelskie sidła rozrastały się do tego stopnia, żeby być wystarczająco mocne do ataku, bardzo łatwo było uznać je za młody fruwokwiat. To dlatego sfrustrowane gospodynie domowe, kochanki i teściowe od niedawna znalazły nowy prezent do nabycia na Nokturnie. Stragan rozstawiał się dostatecznie blisko przejścia na Pokątną, żeby były w stanie zaryzykować trochę dreszczyku robienia czegoś niezgodnego z prawem. Ostatnio miewali coraz więcej przypadków nieszczęśliwych pomyłek, o których wiedzieli, że były całkiem celowe. Niestety, nie mieli dowodów, więc leczyli poszkodowanych i utylizowali pnącza.
- Możesz sobie wyobrazić, że w mniejszym wydaniu i bez dodatkowych krzyżówek potrafią wydać się - poszukał odpowiedniego słowa i niemal je wypluł - urocze. Albo możesz tego nie robić i nie kupować sobie tego do domu. Choć wątpię, żebyś miała to planować po tym, co tu mamy - jakoś nie wątpił, że Florence przez jakiś czas zapomni o kupowaniu czegokolwiek nawet nieznacznie przypominającego jakieś pnącza.
Natomiast jeśli o niego chodziło, to te elementy krzyżówki wyglądały dla niego naprawdę fascynująco. Były bardzo toporne. Niemalże widział łączenia roślin, ale nie mógł nie docenić kreatywności. Ta hybryda była równie dziwaczna co fascynująca. Zapatrzył się na nią do tego stopnia, że gdyby nie reakcja Florence, pewnie zbliżyłby się za bardzo i dostałby pędem w twarz. Odruchowo wzdrygnął się na trzaśnięcie drzwiami, bo zapatrzył się jak dzieciak w sklepie ze słodyczami. Postanowił tego nie komentować.
- Jak dobre masz zaklęcia zabezpieczające w gabinecie? - spytał bez ogródek, bo od tego zależało, jak daleko mogli się posunąć. O ile było tam co zbierać i pnącza nie poczyniły własnych zniszczeń nie do odratowania. - Magia jest zbyt ryzykowna. Nie wiem czy chcemy ryzykować z eliksirami - powątpiewał. Prawdopodobnie wszystko związane z magią miało mieć równie marny skutek. Klątwa najpewniej była przygotowana na wszystkie okoliczności ich świata, ale...
...ich świata.
Jako klasyczny przedstawiciel magicznej klasy wyższej dobrze wiedział jak bardzo byli zapatrzeni w siebie. Nie raz nie dwa wpadł w tę pułapkę. Był magicznym egoistą. Ignorantem. To dało mu do myślenia (ale tylko niemal, bo wyłącznie o tej sytuacji i w kwestiach ich położenia).
- Mugole wymyślili sobie takie śmieszne imitacje eliksirów, które nazywają herbicydy. Normalnie powiedziałbym, że za jakieś  pięćdziesiąt lat z górką tego pożałują, ale w tym wypadku mogą być całkiem skuteczne - stwierdził. Nie tak dawno niemal pobił się ze znajomym o bezsensowność i szkodliwość tego, co mugole zaczęli wnosić do natury. Nie podobało mu się ich przemysłowe podejście. Gardził lenistwem i pójściem na łatwiznę kosztem środowiska a te wymysły były dokładnie tym. Szczerze mówiąc, gdyby czarodzieje zrobili to samo, prawdopodobnie byłby równie niezadowolony. Nie chodziło o grupę społeczną. Nie był skrajnie anty-mugolski. Był skrajnie anty-idiotyczny. Nie pomyślałby, że te godne pożałowania nowinki agrokultury mogą być przydatne.
- Mamy tu stażystę mugolskiego pochodzenia? - spytał bez ogródek, bo u niego na oddziale takiego nie było. Chodziło mu, oczywiście, o kogoś dostępnego tu i teraz na dyżurze. Miał mieć dostęp do mugolskiej waluty i znać topografię Londynu, żeby w żabich podskokach wyskoczyć do najbliższego sklepu ogrodniczego. - Baniak tego specyfiku i siekiera. Załatwimy to jak mugole - naprawdę nie sądził, że to powie i nie doda żadnego "tfu" po drodze, ale nie widział lepszego wyjścia. Florence będzie go osłaniać a on spróbuje rozpłatać wcześniej popsikane pędy. Niech no tylko znajdą kogoś kto nie wygłupi się w drodze do sklepu. Na ich nieszczęście, najbardziej poinformowany kolega (ten od niezaszłej bójki) był poza szpitalem.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Florence Bulstrode - 30.08.2024

Wręcz przeciwnie. Cudownie. Florence zacisnęła na moment usta w bardzo wąską linię, próbując powściągnąć irytację. Potem odetchnęła, a gdy przemówiła, ton miała doskonale opanowany.
- Sądzę, że z czystym sumieniem mogę cię zapewnić: nie planuję zakupu takich kwiatów. Właściwie po tej sytuacji długo nie będę miała ochoty kupować żadnych roślin.
Nie było mowy, aby dostrzegła w nich cokolwiek uroczego: na pewno nie po tym, jak podobne rośliny opanowały jej gabinet. Nie miała pojęcia o żadnych pomyłkach, celowych czy też nie, i sprzedawaniu diabelskich sideł, udających inną roślinę. Na jej wydział nie trafiały takie przypadki, w gronie krewnych i znajomych praktykowano raczej albo cierpliwe znoszenie cierpień małżeńskich, albo morderstwo doskonałe, a i sprawa nie osiągnęła takiej skali, aby zainteresowała jej braci z Biura Aurorów. Nie zastanawiała się też nawet, skąd wie o tym Ambroise - był Greengrassem, ci zawsze dziwnie się zachowywali, gdy szło o rośliny, a ponadto... nie jej sprawa.
- Jest zabezpieczony z myślą o minimalizowaniu ryzyka w razie, gdyby klątwa wymknęła się spod kontroli. Kilka pieczęci, wzmocnione drzwi, specjalnie zabezpieczone szafki, standardowe bariery, poza tym dodatkowo przed każdym pacjentem, który może być problematyczny, także moim dzisiejszym świętym, rzucam czary zabezpieczające. Te ostatnie już zapewne straciły moc.
Efekty magii były nietrwałe, póki nie połączyło się jej z rzemiosłem, ale zarówno drzwi wejściowe, jak i sprzęty były wykonane właśnie z połączenia tych dwóch sztuk, aby nie doszło do niespodziewanych problemów przy leczeniu przekleństw albo skutków źle użytych zaklęć.
- Lepiej zabezpieczone będą jedynie izolatki przygotowane dla potencjalnie groźnych przypadków i część laboratoryjna - wyrecytowała, przypatrując się mu trochę podejrzliwie, zastanawiając, do czego właściwie zmierza.
A potem na kolejne rewelacje po prostu stała przez chwilę. Nie odzywała się. Nie poruszała. Mogłoby się wydawać, że nawet nie oddycha: że ją spertyfikowano.
- Uważasz, że mugolskie środki mogą być skuteczniejsze niż eliksiry? Czy to w ogóle ktokolwiek testował? - spytała, a w jej tonie pobrzmiewała podejrzliwość. Nie darzyła nienawiścią mugoli. Nie darzyła ich nawet pogardą. Nie uważała, że powinni ich zabijać, niewolić, wtrącać się w ich życia. Ale dla niej granice między tymi dwoma światami istniały, i jeśli powinny być przekraczane, to tylko w jedną stronę.
Mugole nie powinni wkraczać w świat czarów.
Podobnie jak mugolskie... pestycydy? Czy jak on to nazwał?
A potem poczuła, że jeszcze chwila, i ona wyjdzie z siebie i stanie obok. Siekiera?! Mogli posłać kogoś po ten "baniak", chociaż Florence nie miała pojęcia, gdzie taki kupić i wątpiła, czy nawet ktoś z mugolskiej rodziny łatwo znajdzie coś takiego w Londynie. Ale... siekierą?!
- Ambroise, czy naprawdę wyobrażasz sobie mnie z siekierą w ręku? - spytała bardzo powoli, bo w myślach mu nie czytała i wyobraziła sobie właśnie, że planuje uzbroić ją w coś na kształt tych goblinach toporów i kazać wycinać te pnącza. Ceniła sobie porządek, zwłaszcza w swoim gabinecie, ale istniały pewne granice, i wymachiwanie siekierą z pewnością je przekraczało. A wyobrazić sobie ją - średniego wzrostu, nie drobną, ale też wyraźnie nie poświęcającą wiele wagi treningom i utrzymaniu formy, z wypielęgnowanymi dłońmi i w zawsze schludnym ubraniu - wycinajacą szalejącą roślinność siekierą było zaiste trudno.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Ambroise Greengrass-Yaxley - 31.08.2024

- Zapamiętam, żeby posłać ci jakieś kwiaty - odpowiedział bez zająknięcia. Jako zielarz z dziada pradziada czuł się w obowiązku naprawić potem szkody moralne wyrządzone przez nieporadnego pacjenta. Oczywiście, odnotował, żeby unikać roślin przypominających to, co rozpościerało się w gabinecie panny Bulstrode. Gdyby pnącza przejęły jego pokój, byłby równie poirytowany i zniesmaczony, i z pewnością nie doceniłby takiego prezentu. Całe szczęście, pocieszające było, że kobieta zabezpieczyła się na podobną okoliczność. Może nie z myślą, że kiedykolwiek będzie walczyć z krwiożerczymi roślinami, ale informacje o zabezpieczeniach Ambroise przyjął z zadowoleniem. Zauważalnie pokiwał głową.
W razie czego mieli jeszcze kilka innych możliwości, jeśli oryginalny plan zawiedzie. Przezorność była czymś, co bardzo aprobował. Jako fan wszelkich teorii spiskowych był zadania, że nie istniała przesada w ilości zabezpieczeń a przezorny był zawsze ubezpieczony. To dlatego nie miał również problemu z natychmiastowym zatwierdzeniem pomysłu, na który wpadł. Nie spodziewał się, że Florence zrozumie wszystkie jego pobudki. On sam czasami nie nadążał za własnymi procesami myślowymi, ale liczył się efekt końcowy a w ten całkowicie wierzył. Magia była ostatecznością.
- Tak i nie - niemalże pokazał zęby w uśmiechu kogoś, kto był szczerze naukowo zainteresowany skutecznością proponowanej metody. Nie próbował ściemniać. To mogło być równie dobre co złe rozwiązanie. Czysta spekulacja. Dyskretnie zapomniał napomknąć, że do dzisiejszego poranka gardził tymi samymi substancjami, których chciał użyć. Nie zająknął się, że ani razu nie widział ich na oczy. Nie miał zielonego pojęcia jak się tym posługiwać (od tego były etykiety, które uwielbiali mugole). Liczył na szczęśliwy traf i szybką reakcję kogoś, kto choć trochę znał się na niemagicznym świecie. Jeśli dobrze pamiętał, oddział Florence zatrudniał co najmniej kilku całkiem uzdolnionych mugolaków. Prawie tak światłych, że gdyby byli skłonni pomóc im w tym problemie, mógłby powiedzieć, że niemal tak utalentowanych jak normalni czarodzieje.
Tak. Nie był aż takim rasistą. Miał się za człowieka progresu. Mugolaki też były ludźmi. Kto wie, może nawet mogły zasłużyć na nabyte przedwcześnie prawa wyborcze. To była kwestia najbliższej dekady.
- To jest w tym najciekawsze. Będziemy prekursorami - poinformował ją z wyraźną pewnością siebie. Albo to albo niemagiczne podpalenie roślin, w które powątpiewał. Nie sądził, aby druga opcja była skuteczna. Za to mogła przynieść im wiele niepotrzebnych zniszczeń. Tak czy inaczej, wolał nie uciekać się do najprostszego rozwiązania jakim była magia. Jego drobne testy na ławce sugerowały, że nie był to dobry pomysł. Mógłby podjąć zakład, że osoba rzucająca klątwę zabezpieczyła się na podobne okoliczności, ale była zbyt zadufana w sobie, żeby rozważyć manualne zniszczenia.
Po raz pierwszy tego dnia z jego ust wydobył się niepowstrzymany szczekliwy śmiech. Nie umiał go stłumić. Tak właściwie to nie zamierzał. Za bardzo go rozbawiła, żeby był zdolny do przerwania i nie uduszenia się jednocześnie.
- Nie powiem, chciałbym - niepoważnie zachrypiał, po czym odchrząknął. Próbował przywrócić powagę na twarz. Wdech i wydech. Florence z siekierą nie była śmieszna.
Tak właściwie to, gdyby tak pomyśleć o tym w kontekście zwykłego zachowania uzdrowicielki to Bulstrode musiałaby mieć bardzo poważny powód, żeby uciec się do podobnych rozwiązań. A to oznaczałoby, że najprawdopodobniej byłaby bardziej przerażająca niż zabawna. Niezbyt wysoka, ale zabójczo groźna mścicielka z bardzo ostrym narzędziem o umiarkowanym zasięgu. Na jego oko bardzo skuteczna.
- Albo nie chciałbym tego zobaczyć - poprawił się. Bez dwóch zdań nie chciał. Mógłby wysłuchać jakiegoś skrótu wydarzeń, ale wolał nie podchodzić pod ostrze szatynce. Zasadniczo unikał wszystkiego, co mogło jeszcze bardziej poharatać mu nerwy w ciele. Nawet, jeśli tylko w kostkach. Pokręcił głową. Należało jej się sprostowanie. - Ja to zrobię. Jeśli nam się nie powiedzie, będę potrzebować osłony - to była rola, która mogła przypaść Florence. W ostateczności woleli mieć magię w pogotowiu, nawet jeżeli Ambroise sądził, że mogli poradzić sobie bez dodatkowego ryzyka.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Florence Bulstrode - 31.08.2024

– Trujące, rozumiem? – odparła Florence, podobnie jak wcześniej, gdy wspominała o tym, że ona robi wszystko co najgorsze już podczas pracy z kamiennym wyrazem twarzy, i ciężko było tym razem osądzić, czy miał to być żart, czy naprawdę tak uważała.
– „Tak i nie” to żadna odpowiedź. Oznacza zwykle tyle samo co „nie mam pojęcia” – oświadczyła, przenosząc spojrzenie z Ambroise’a na drzwi swojego gabinetu. Nie podobało się jej to równie dobrze jak myśl o tym, że miałaby być prekursorką stosowania mugolskich pestycydów na magicznych roślinach, stworzonych z klątwy. Jej uporządkowany umysł i charakter kogoś, kto absolutnie nie był skłonny do ryzyka, mówiły (i nie krzyczały tylko dlatego, że Florenice nie krzyczałaby nawet w zaciszu własnej głowy), że takie eksperymenty przeprowadza się w kontrolowanych warunkach. Po odpowiednich badaniach, a ona pod względem stosowania mugolskich środków rolniczych, czy jak to je nazwać, była równie rozgarnięta, jak przeciętny przedszkolak. I na pewno nie przeprowadza się ich w jej gabinecie, w którym trzymała różne eliksiry, narzędzia oraz zapiski na temat pacjentów.
A potem Ambroise zaczął się jeszcze śmiać.
Śmiać.
– Cieszę się, że masz tak doskonały humor, Ambroise – powiedziała Florence niemalże słodkim tonem. – Zaczynam się zastanawiać, czy ta siekiera to naprawdę aż tak fatalny pomysł.
I zaczynała żałować, że poszła akurat do niego. Może należało jednak zlekceważyć tamtą kolejkę? Ambroise Greengrass był bez wątpienia jednym z najlepszych specjalistów od roślin w szpitalu i sama poprosiła o pomoc, więc może nie powinna pozwalać sobie na takie uwagi, ale Florence nie była w tej chwili pewna, czy mężczyzna przypadkiem nie postanowił się z niej naigrywać. Bo naprawdę… mugolskie środki? Miała poglądy na mugolaków znacznie łagodniejsze niż Greengrass, na przykład uważała, że niektórzy są znacznie inteligentniejsi niż niejeden czystokrwisty, jakiego spotkała. Nieraz bywała w różnych lokalach w niemagicznym Londynie i przywykła do nich – nawet jeżeli zwykle odwiedzała te miejsca ze względu na Patricka z czasem przestało się to Florence wydawać nienaturalne i nauczyła się doceniać pomysłowość mugoli, którzy radzili sobie bez magii. Ale to wciąż były jakieś mugolskie trucizny. Mugole zatruwali naturę, by zrekompensować sobie brak magii i chociaż Florence rozumiała, z czego to wynika, wzdrygała się przed uciekaniem do podobnych metod i to bez należytego przygotowania.
– Dobrze, w takim razie siekiera. Ale nawet jeśli poślemy kogoś po te środki, minie przynajmniej godzina albo dwie zanim się pojawią – stwierdziła. – Być może powinniśmy najpierw spróbować z jakimś eliksirem albo… faktycznie mechanicznie z tą ławką? Jest na niej mniej roślin i te zdają się mniej agresywne niż te z gabinetu. Zdaje mi się to bezpieczniejsze na pierwsze eksperymenty
Nie wiedziała jaki eliksir by się tu sprawdził, ale być może on miał jakiś pomysł. A nawet jeśli mieliby używać tych pestycydów, Florence wolała zrobić to najpierw nie w swoim gabinecie. A że mieliby eksperymentować na korytarzu? Cóż, mogli zgodnie z jego wcześniejszą sugestią najpierw odgrodzić potencjalne pole rażenia. W pierwszej linii niemagicznie, a w drugiej ustawiając już magiczne tarcze, aby upewnić się, że nic nikomu nie zrobi krzywdy.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.09.2024

- Umiarkowanie - odrzekł bez zająknięcia. - Potrzebujemy cię rano na oddziale - o tak, nawet zakamuflowane żarty nie były warte narażania się na gniew kolegów i koleżanek z Urazów pozaklęciowych i wleczenia (za sobą cielska ociężałego od) klątw, jakie by na niego rzucono, gdyby Florence nie stawiła się na dyżur. Można było wiele o niej mówić, ale niezaprzeczalnie była opoką swojego małego królestwa.
- Powinnaś wiedzieć, że nie wszystkie ścieżki nauki zostały zbadane - skwitował głównie po to, żeby odgryźć się po tym, co usłyszał. Był ekspertem w swoim fachu, ale nie posiadł całej wiedzy. Zwłaszcza ku swemu niezadowoleniu. Jak było widać, szczególnie kulał w kwestii łączenia metod magicznych z mugolskimi, bo nigdy wcześniej nie wpadł na to, że mogłoby być to zaskakująco najbezpieczniejsze rozwiązanie. Jednakże mógłby sobie pozwolić, żeby zauważyć, że nigdy wcześniej nie mieli też problemów z niezidentyfikowanym żywym gąszczem duszących hybryd, które były wynikiem klątwy, ale nie zniknęły razem z nią.
Jeśli mieliby się liczyć, prawdopodobnie powinni to uznać za zero zero. No, może zero jeden, gdyby jakimś cudem udało mu się nakłonić Florence do złapania siekiery. Oczywiście, zaraz by ją wyręczył, ale chodziło o sam widok.
- Nie zniechęcasz, by spróbować się przekonać - pokręcił głową, nadal z głupim uśmieszkiem. Jeśli mu groziła (a tak właściwie było), to nie była w stanie pozbawić go dobrego humoru, jaki nieświadomie wywołała. Potrzebował chwili bądź dwóch, żeby przywrócić powagę. W tym czasie postarał się wysłuchać wszystkiego, co miała mu do przekazania. Po raz kolejny dziś stwierdził, że miała w tym wiele racji. I jeszcze więcej nudy, ale to zachował dla siebie.
- Dobrze, jak sobie życzysz - nie dał po sobie poznać, że mógł być co najmniej zawiedziony jej zachowawczym brakiem ochoty do udziału w eksperymentach.
Ależ nie mógł zapomnieć o tym, z kim współpracował. Tak właściwie to nie dała mu okazji, aby o tym zapomniał. To samo, co było największą zaletą pracy obok Florence było jednocześnie jej największą wadą. Niemal nudna konserwatywność i poruszanie się zgodnie z utartymi schematami. Ambroise nie mógł zaprzeczyć. To działało i miało niemal stuprocentową skuteczność. Sprawdzało się, bo było kompletnie pozbawione wigoru i wyobraźni, ale za to bardzo skuteczne. Tam, gdzie nie było przestrzeni do eksperymentów, tam najpewniej nie miało być miejsca na pomyłkę.
Namawianie do skorzystania z ciekawszych rozwiązań nie brzmiało jak coś, co miało wyjść poza strefę domniemań i spekulacji. Widział to prawie tak wyraźnie jak zaciśnięte usta Flo, której oziębłość mogłaby w tym momencie gasić nawet najbardziej rozszalałe pożary.
Mimo to nie czuł się zrażony jej zachowaniem. Jak już wcześniej ustalili, sam również nie byłby zadowolony z jej położenia. Gdyby to przed nim roztaczano wizję jeszcze dwugodzinnego oczekiwania na coś, co równie dobrze mogło się nie udać...
...no, szczerość to podstawa. Pewnie by się na to zgodził, bo lubił eksperymenty. Natomiast przez bite dwie godziny oczekiwania byłby podminowany i niezadowolony, żeby na sam koniec nie zobaczyć skutecznego efektu i wrócić do punktu wyjścia. W tym wypadku był, co prawda prawie pewny, że zrobiliby coś, co chociaż trochę zbliżyłoby ich do pozbycia się pnączy. Osłabiliby je tym śmiesznym mugolskim środkiem a potem dokończyli dzieła siekierą, ale dalsze teoretyzowanie nie było sposobem na rozwiązanie problemu. Mogło go jedynie zaognić, jeśli pnącza nadal się rozrastały.
Florence miała rację. Nie mogli zmarnować dwóch godzin bez uprzedniego przekonania się, czy mogli zrobić coś innego. Wracali do punktu wyjścia, ale tylko trochę. Znów obracali się wokół ławki.
- Arseniusz Jigger wpadł na coś podobnego już na długo przed mugolami - poinformował. - Musisz wiedzieć, że to dlatego z początku sprzeciwiałem się tym niemagicznym wytworom - oni już dawno mieli w swoich księgach coś, co było skuteczne i całkowicie naturalne. Zawierało wyłącznie starannie wyselekcjonowane składniki, nie wymyślne chemikalia o dziwnych nazwach. - Trzymamy gdzieś butelkę bądź dwie na wypadek - zamyślił się, nie wiedząc, od czego miałby zacząć, żeby wyjaśnić różne zastosowania eliksiru (jak na ironię) herbicydowego. - Wiele przypadków. No, nieistotne. Jeśli możesz posłać kogoś na oddział, ktoś od nas na pewno go znajdzie - zapewnił. - Tymczasem my skupmy się na naszych niekonwencjonalnych metodach - to mówiąc, rozejrzał się po najbliższym otoczeniu w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby dźgnąć i wyciąć część roślin z ławki.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Florence Bulstrode - 01.09.2024

– Miło, że o tym pamiętasz – odparła Florence, być może nawet szczerze, bo przecież dezorganizację pracy szpitala uznałaby zapewne za zbrodnię znacznie większą niż przesłanie jej jakichś podejrzanych roślin. – Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Podobnie jak z tego, że na te nowe nie wyrusza się z zawiązanymi oczyma, bez butów i zostawiając różdżkę na szafce koło łóżka. Niekiedy z rozumem zapewne – stwierdziła, odbijając tę drobną złośliwość z jego strony własną.
Badania naukowe? Oczywiście. Florence była fascynatką klątw, a poza tym nie umiała pogodzić się z porażką: szukała sposobu na zdjęcie nawet tych klątw, przy których wszyscy inni się poddawali, często w wysiłku iście beznadziejnym. Po tegorocznym Beltane szybko zaczęła badać rytuał, a teraz jej myśli zwróciły się ku klątwie żywiołów, niekoniecznie więc stosowała się tylko do utartych procedur, chętnie szukając nowych… ale robiła to bardzo ostrożnie i metodycznie. Zbadanie podobnych przypadków, pierwsze eksperymenty, rozpatrzenie wszystkich opcji i tak dalej. Gdyby zdarzało się jej przeklinać i więcej miała wspólnego z mugolami, zapewne „co nagle, to po diable” byłoby ulubionym powodzeniem Bulstrode. Nigdy nie działała bez należytego namysłu i wręcz nie mieściło się jej w głowie, aby ot tak zacząć działać z tymi… pestycydami.
– Doprawdy – skwitowała krótko jego rozbawienie. Przekonanie jej do tknięcia siekiery było właściwie niemożliwe: tak jak on wierzył łatwo w różne teorie spiskowe, tak ona była niemożliwym uparciuchem.
Na słowa o Jiggerze ogarnęła ją wręcz niewysłowiona ulga. Eliksiry, idealnie. Eliksiry inspirowane mugolskim wynalazkiem brzmiały lepiej niż mugolski wynalazek. Florence wprawdzie nigdy o nim nie słyszała, ale to nie było zaskakujące: skoro nie służyły konkretnie do leczenia, nie musiała ich znać, ponieważ nigdy nie była specjalistką w samych eliksirach. Interesowały ją jedynie te o właściwościach uzdrawiających albo w jakiś sposób powiązane ze zdejmowaniem klątw.
– Daj mi moment – poprosiła uzdrowicielka i odwróciła się, by przejść parę metrów i zapukać do jednego z pomieszczeń. Zamieniła kilka słów z jednym ze stażystów i świeżo upieczoną uzdrowicielką, po czym chłopak wyszedł, kierując się szybkim krokiem w stronę schodów, zapewne po to, by przynieść eliksir Jiggera. Florence natomiast wróciła do Greengrassa i skierowała podejrzliwe spojrzenie na ławkę. Porastające ją rośliny wciąż jednak się nie poruszały, przynajmniej dopóki nie wyciągała ku nim różdżki i wyglądały nieszkodliwie.
– Nie sądzę, aby ktoś w klinice trzymał na podorędziu siekierę, ale w pomieszczeniu magazynowym numer trzy znajdziemy komplet noży oraz skalpele. Mopy i wiadra będą w składziku woźnych – zrelacjonowała, widząc, że Ambroise się rozgląda, jak zakładała za czymś, co mogłoby posłużyć do usunięcia roślinności. Na ich wydziale jednak nie używano jako dekoracji siekier, mieczy ani noży, ku niewątpliwemu zadowoleniu z tego faktu Florence Bulstrode. – Mogę je przynieść – powiedziała, gdyby wyraził preferencje ku któremuś z tych narzędzi zamierzając się po to udać – i „przynieść” czyli je translokować tutaj.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.09.2024

- W końcu jestem miłym człowiekiem - nawet nie drgnęła mu powieka.
Mógłby być całkiem dobrym kłamcą, gdyby nie to, że oboje wiedzieli, że tak jak Florence, Ambroise również potrafił być przesadnie wymagający. Zarówno wobec siebie jak i współpracowników czy stażystów. Wymagał od wszystkich, był w tym bardzo stały i skrupulatny. Może nie robił tego często, ale miewał dni, gdy zionął niewidzialnym ogniem. Nie krzyczał, głównie syczał i rozstawiał ludzi we właściwych miejscach z kątów, w których się pochowali. Nie lubił nieładu i paniki, szczególnie wśród personelu, który powinien stać na straży porządku. Był równie miły, co niemiły. Aktualną wersję dyktowała sytuacja.
- Niektórzy rzucają się w wir przygody nawet bez chusteczki do nosa - odpowiedział, miną dając znać, że nie do końca szanował zupełny brak przygotowania, ale też nie krytykował tego w całości. Niektóre najlepsze odkrycia były dziełem kompletnego przypadku, a często nawet braku rozsądku.
- Rozumiem, że nie dasz się namówić? - spytał z żartobliwego obowiązku, bo wcale nie zamierzał próbować. Nawet jeśli nie tylko on chętnie zobaczyłby Florence w wydaniu mścicielki z siekierą, wyjątkowo kwestionował powodzenie tego przedsięwzięcia. Rośliny nie miały kostek, po których mogłaby je ciąć.
Miały natomiast grube, twarde pnącza pełne kolców i pętelek. Trzeba było czegoś więcej niż uporu i wściekłej siły, żeby sobie z tym poradzić. Oczywiście, nadal rozważał użycie siekiery. W przeciwieństwie do mugolskich środków chemicznych, nigdy całkowicie nie porzucił tego pomysłu i był niemal przekonany, że prawdopodobnie będą musieli skorzystać z siły fizycznej.
To miało się wkrótce okazać, gdyż Florence udało się posłać kogoś po odpowiednie eliksiry. Jeśli coś magicznego miało zadziałać, to właśnie to. Miał tylko nadzieję, że stażysta się pospieszy. Miniaturowa flora na ławce nie wyglądała na ewoluującą, ale to mogło ulec zmianie w niemal każdym momencie.
- Rozważyłbym konsultacje z wypadkami przedmiotowymi - odrzekł gładko, choć bez zamiaru angażowania kolegów w rozwiązanie problemu, przypominając im obojgu o istnieniu tego oddziału, który nawet przez większość uzdrowicieli był traktowany po macoszemu.
Jeśli zatrucia eliksiralne i roślinne przechodziły regres, nie potrafiąc zdobyć zainteresowania stażystów, to wypadki przedmiotowe były na jeszcze niższej pozycji. W przeciwieństwie do urazów pozaklęciowych, czego nie omieszkał komentować za każdym razem, gdy miał ku temu adekwatną okazję... czyli bardzo często. Urazy pozaklęciowe były jak nienażarta bestia. Ulubiony pupilek prawdopodobnie wszystkich, którzy mieli większy wpływ na życie szpitala. Jasne, potrzebowano tam wszystkich rąk, jakie mogły być dostępne (jak zresztą wszędzie w Mungu), ale mogliby od czasu do czasu przystopować i dać innym oddziałom zagarnąć jakąś duszyczkę. Jak dotąd, nie dały. Niemal wszyscy nieodmiennie wybierali pasjonujące klątwy, pościgi i wybuchy.
Tymczasem wypadki przedmiotowe? Kto pamiętał o wypadkach przedmiotowych? Czasami, gdy nareszcie przewijał się ten temat, żartowano sobie, że nawet uzdrowiciele z tamtego oddziału z czasem zapominali, gdzie pracują i samoistnie dołączali do innych kolegów przy ich ciekawszych zajęciach. Oczywiście, w znacznej mierze mijało się to z prawdą. Wypadki przedmiotowe były jednym z najbardziej zapracowanych pięter szpitala, ale przypadki stamtąd nieczęsto wykraczały poza standardowe:
- Merlinie, mieliśmy skrajnie trudny przypadek zatrucia eksperymentalnym eliksirem zmieniającym włosy na głowie w źdźbła trawy.
- U nas klątwa niemal rozłożyła całą rodzinę. I to dosłownie! Ci ludzie zaczęli gnić od środka!
- To straszne. A co u was, co u was?
- Nic wielkiego. John znowu się potknął i upadł na kolbę do warzenia eliksirów... to piąty raz w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy. Poczciwy czarodziej, ale idiota.

Gdyby chcieli dostać jakąś siekierę prawdopodobnie mogli poszukać właśnie tam. Najpewniej znalazłoby się coś spełniającego wymagania, niekoniecznie nowego, ale nic, czego nie załatwiłoby przyśpieszone Chłoszczyść!
Poza tym, te rośliny raczej nie były krwiożercze. Skupiały się na duszeniu i reagowały na magię. Ambroise wolał nie próbować z krwią lub innymi substancjami niż te, które faktycznie mogły zaradzić problemowi.
- Najpewniej zaatakuję to mopem - powiedział bardzo poważnie, żeby zbić Florence z tropu, zanim westchnął i pokiwał głową. - W przypadku ławki wystarczy coś poręcznego i ostrego, jeśli łaska - nie był niemiły, wyłącznie zamyślony.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Florence Bulstrode - 03.09.2024

Florence spojrzała na Ambroisa z ukosa, przez ułamek sekundy mając ochotę powiedzieć, że jeśli zostanie takim nazwany, znaczy to, że ktoś z rozmówców jest kłamcą: albo ten zwący Greengrassa miłym, albo sam Greengrass, który przekonał jakiegoś biednego człowieka o takim wierutnym kłamstwie. Nie powiedziała tego jednak, ponieważ chciała odzyskać swój gabinet. Nie jesteś w takich sytuacjach szczególnie złośliwy wobec kogoś, kogo poprosiłeś o pomoc. Pominęła więc uwagę milczeniem, które – w zależności od tego, kogo by spytać – można było uznać za dyplomatyczne albo wymowne.

- Osobiście preferuję, gdy przygody przytrafiają się innym.

Ona wolała pełnić rolę tej, która ludzi po tych przygodach łata. I gdy zajmowała się barkami pogryzionymi przez trytony, rozbitymi nosami, złamanymi kośćmi, widziała wyraźnie, że te przygody zostawiały nie tylko ślady na ciałach, ale też na umysłach. Niewidzialne rysy, przez które nocami ciężej zasnąć, a gdy sen już nadchodzi, zamienia się koszmar. Sprawiające, że codzienne funkcjonowanie stawało się trudniejsze, a relacje bardziej skomplikowane.

A jednak wciąż tych przygód szukali, jak nałogowiec heroiny, która szkodzi organizmowi, a której organizm gwałtownie się domaga, wciąż i wciąż więcej. Dopóki nie odkrywałeś, że już za późno, że tym razem dawka była większa albo zanieczyszona...

Nie: Florence nie potrzebowała ciekawego życia i adrenaliny. Wręcz tęskniła za czasami, gdy mniej miała do czynienia ze sprawami takimi jak wojna z Voldemortem, Limbo i czarna magia.

- W takim razie za moment wracam - oświadczyła, odwracając się, by ruszyć w stronę jednego z magazynów na ich piętrze.

Wróciła chwilę później, z kompletem narzędzi w skrzyneczce, i lewitując za sobą pojemnik na odpady medyczne. W końcu gdzieś te rośliny musieli po usunięciu przetransportować, zakładając, że nie znikną bez śladu i że usunąć się w ogóle dadzą. I tak, oczywiście, że leciał i mop - skoro mieli czyścić ławkę bez magii, będzie niezbędny, ale Bulstrode nie widziała i przeciwwskazań wobec użycia go do ataku na pnącza, gdyby tak zapragnął Greengrass. Mniej więcej równo z nią wrócił także stażysta, trochę ziajany, chociaż do przejścia nie miał długiego dystansu.

- Znaleźli tylko dwie buteleczki, psze pana - oświadczył, wyciągając ku Greengrassowi dwie pękate buteleczki, wypełnione płynem. - Niby mówili, że powinny być jeszcze dwie, ale nikt nie wie gdzie.

Florence skrzywiła się tylko ledwo zauważalnie. Miała wrażenie, że ostatnimi czasy albo ktoś podkradał zapasy, albo rozlokowywano je wyjątkowo niestarannie. Ewentualnie oba na raz.

- Noże są tutaj - poinformowała lakonicznie, otwierając skrzyneczkę. - Proponuję usunąć mały kawałeczek, umieścić w pojemniku i sprawdzić, jak on zareaguje na magię, gdy już użyje się mikstury. Być może heroiczna walka przy użyciu siekier i mopów nie będzie jednak niezbędna.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.09.2024

- W życiu bym się nie domyślił - odrzekł. Prawie nie dało się wyczuć przekąsu, z jakim Ambroise to powiedział.
Florence i niechęć do przeżywania nagłych przygód? Niemożliwe. Przecież niejednokrotnie dawała do zrozumienia, że uwielbiała niespodzianki. Czekała na każdą z nich, szczególnie na taką, która wymagałaby od niej pójścia w teren. Każdy w szpitalu wiedział, że była najlepsza w taplaniu się w błocie. Nikt nie przedzierał się przez głuszę z takim wigorem, żeby nieść pomoc tam, gdzie zwykli uzdrowiciele kręcili nosem. Nie straszne jej były deszcze i burze. Pajęczyny wciągała nosem. Kurz również, ale w formie eleganckiej kreski, bo w końcu była damą. Zawodowo dźwigała ciężary i tak dalej, i tak dalej. Rozkwitała w chaosie, nieprawdaż?
No, to była niedorzeczna, ale zabawna alternatywa dla sztywności i umiłowania porządku. Tym też niespecjalnie się dziwił. Szanował jej podejście do pracy. Jedynie sądził, że mogłaby czasem dać się ponieść duchowi odkrywcy. Musiała mieć jakieś pokłady ciekawości, nieważne jak bardzo ukryte.
- Jasne - korciło go dodać, że gorzej nie będzie, ale nie chciał kusić losu. Może zabrali się za mniej groźne rośliny, ale to nie znaczyło, że powinni spuścić gardę i pozwolić sobie na całkowitą nieuwagę.
Z jego doświadczenia wystarczyła chwila, żeby popełnić elementarny błąd polegający na niedoszacowaniu zagrożenia. Nawet najlepsi specjaliści trafiali do szpitala po tym, jak bagatelizowali znane rośliny w swoich rodzinnych rejonach. Nagle okazywało się, że pośród łagodnego gatunku rozpleniło się coś, co koegzystowało pod jego osłoną. Znane krzaki kryły śmiertelną pułapkę, bo tego dnia pyliły duszącym, alergicznym pyłkiem. I tak dalej, i tak dalej.
Dopóki Florence nie wróciła, nie podejmował żadnych pochopnych kroków. Świerzbiło go, żeby spróbować wydrzeć kawałek trawy przy pomocy gołej dłoni, ale nie był totalnym idiotą. Co powiedziałaby rodzina, gdyby musiano go po tym chować? Szczególnie, że zaraz po Bulstrode wrócił również stażysta z dodatkowymi eliksirami.
- Miejmy nadzieję, że to wystarczy - odpowiedział stażyście, wyjątkowo nie uznając braków magazynowych za jego winę. Może nie uniósł wzroku, nie spojrzał na młodego uzdrowiciela, ale aprobująco kiwnął głową. - Dzięki. To chyba wszystko, w czym możesz nam pomóc - dodał, nadal wpatrzony w rośliny na ławce, ale myślami podążający do tej samej niepokojącej konkluzji, do której doszła Florence. Kątem oka zaobserwował odejście ich pomocnika zanim odezwał się do towarzyszki.
- Odnosisz wrażenie, że ciągle nam czegoś ubywa? - spytał uważnie, po czym obdarzył ją ponurym spojrzeniem. - Zazwyczaj mniej zauważalnie. Brakuje mniejszych ilości niż w tym wypadku, ale to któryś raz, kiedy stan nie zgadza się z inwentarzem - zaznaczył.
To nie był moment, żeby dociekać przyczyny, ale Ambroise chciał zarzucić temat komuś mającemu równie poważne podejście do odnotowywania zużytych środków. Widział tu tylko trzy możliwości. Albo komuś brakło przeszkolenia z etyki pracy i notorczywie ignorował swoje papierkowe obowiązki a na dodatek włóczył się po składnikach całego szpitala. Przywłaszczał sobie to, czego potrzebował i szedł dalej. Niepomny, że wypadało to odnotować. Albo mieli problem z kimś, kto nie znał się na systemach ułożenia eliksirów w poszczególnych sektorach. Albo powinni szukać złodzieja. Żadna opcja nie brzmiała pozytywnie.
- Bądź tak miła i przytrzymaj ten pojemnik. Przygotuj się, żeby jak najszybciej go zatrzasnąć, kiedy wrzucę tam próbkę - ostrzegł, choć prawdopodobnie nie musiał. W tej chwili myśleli o podobnych rzeczach. Nie mógł nie zgodzić się z ogólnym planem.
Bez słowa założył grube rękawiczki z twardej skóry, które profilaktycznie wsadził do kieszeni przed opuszczeniem gabinetu. Nie chciał niepotrzebnie ryzykować, nawet jeśli ograniczał sobie część ruchów. Chwycił jeden ze skalpeli i wprawnym ruchem dokonał pierwszego głębokiego cięcia...
...i nic się nie stało. Nożyk wszedł jak w masło, dał się poprowadzić w jedną i drugą stronę. Później w bok i znowu. Pełen zdziwienia Ambroise bez problemów wykroił kawałek darni, łapiąc ją w rękę, żeby wrzucić próbkę do pojemnika...
...która nagle gwałtownie się poruszyła, porządnie trzaskając go korzeniami po łapach, wydzierając się z ręki. Zamiast rzucić mu się w twarz, połać trawy skoczyła w mgnieniu oka na podłogę, korzystając z korzeni jak z maleńkich nóżek przystosowanych do szybkiej ucieczki. Kwadrat trawy zaczął kierować się w stronę światła w drzwiach na oddział. W tym czasie reszta źdźbeł poruszała się to w prawo to w lewo, jakby kibicowała uciekinierowi.