Secrets of London
[10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150)
+---- Wątek: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem (/showthread.php?tid=3277)

Strony: 1 2 3 4 5 6


RE: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Brenna Longbottom - 26.05.2024

Nie histeryzowała, ale zdecydowanie nie była spokojna. I nie było możliwości, aby ot tak się uspokoiła, gdy tuż obok mogli umierać znani jej ludzie, a mapa wedle słów Pereginusa została z jednym z nich.
– Między drzewami? – powtórzyła, odruchowo spoglądając w tamtym kierunku. – Może… wyczuwasz czaszkę. – W końcu ta była pełna duchów, Macmillan był egzorcystą, a oni obaj Trelawneyami, skoro Pereginus też mógł „to” widzieć.
Pani Księżyca ma nas tam, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, pomyślała jeszcze Brenna. Ale nawet gdyby postanowiła to powiedzieć, nie zdążyła.
Głos Triony ponownie rozbrzmiał w jej uszach, echo przeszłości, tym razem trudniejsze do zignorowania, bo powracające już po raz kolejny.
Była zielarką. Leczyła ludzi. Nic zaskakującego: takie kobiety najłatwiej oskarżyć o to, że są czarownicami. Mlecz, melisa, pokrzywa, ani słowa o magicznych roślinach, o których opowiadano w Hogwarcie na lekcjach zielarstwa.
A biskup ją znał. Wracał do niej częściej niż raz, skoro zawsze pojawiał się za jej plecami (i Brenna nie mogła już wypierać myśli o tym, że to pewnie on był czarodziejem), rozmawiał z nią, a potem posłał tę dziewczynę na stos. Ochronił miasteczko przed czarną magią i przed najazdem Normanów, pod którymi zawaliła się kościelna wieża, i jakaś pragmatyczna część Brenny może przyznałaby, że jedno życie za wiele to rozsądny targ, ale ta bardziej emocjonalna szeptała, że nie musiał wybierać niewinnej kobiety, i że za takie rzeczy zawsze płaci się cenę…
– Chcesz, żebyśmy to znaleźli? – rzuciła w przestrzeń, cicho, nie do żadnego z mężczyzn a do… nie wiedziała. Bo jak zignorowała poprzednie echo, tak to było już kolejne, jakby jakaś siła sama je jej podsuwała, i Brenna nie miała pojęcia, czy to przypadek, czy coś je podsuwało. Skutecznie zagrodzono im drogę do obozu, ale nie zamknięto tej w głąb lasu, gdzie znajdowała się czaszka czarnoksiężnika – na to, że psuła pewnie zaklęcie, wpaść było już w tej chwili dość łatwo. Ot magia szalała, czy było to celowe działanie jakiejś dziwnej mocy? Fioletu (o którym ona wciąż przecież nie wiedziała), przegrywającego powoli z czernią, samego lasu, wypełnionego magią, jak mityczne Inglewood, jakiegoś echa pozostałego po tamtej dwójce, samego ?
Nie czekała ani na odpowiedź, ani na to, co zrobi pozostała dwójka. Nie głosowała, bo przecież nawet gdyby obaj się uparli tu zostać, ona poszłaby dalej, a nie chciała tracić cennego czasu na dyskuje. Ruszyła na wąską ścieżkę, w stronę wskazaną przez Macmillana, tak szybko, jak tylko mogła, nie ryzykując, że zniszczy roślinność, czepiającą się ubrań – wolała nie ryzykować, że znowu las zacznie ich atakować, opóźni przed dotarciem na miejsce. Wypatrywała przy okazji, czy gałęzie nie postarają się znowu jej zabić. Nie było to może dobre rozwiązanie, ale dla Brenny jakiekolwiek działanie było lepsze od braku działania, i chociaż las bez wątpienia nie był im przyjazny, była gotowa zaryzykować i powędrować tam, dokąd pozostawił im otwartą drogę. Czy jak to ujął Sebastian „zaufać limbo”.


RE: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Peregrinus Trelawney - 27.05.2024

Nie dostrzegłem wiele poza mgłą — odparł, marszcząc brwi, gdy podążył wzrokiem w stronę wskazaną przez Sebastiana. — Ale słyszałem szlochy. Co dokładnie tam widziałeś?
Peregrinus niekoniecznie wierzył w wykupywanie wsparcia u Pani Księżyca czy jakiejkolwiek innej Pani mającej wpływ na to, co się z nimi działo. Księżyc kojarzył mu się co najwyżej z punktem na niebie, który miał znaczenie dla interpretacji wróżby astrologicznej. Wierzył, że układy ciał niebieskich można czytać, ale nie dowierzał, że jakaś transakcja czy zaklinanie w trakcie rytuału ma moc zmienienia wyroków gwiazd. Firmament był dla niego spisaną już księgą, której nikt nie miał mocy naruszyć. Ich los dawno był już nakreślony, gdy przekroczyli granice lasu. Oni tylko jeszcze nie wiedzieli, jaki zapadł werdykt.
Choć ścieżka prowadząca w głąb nie była całkiem przejrzysta, w połączeniu ze wskazówkami limba stanowiła opcję aż nazbyt kuszącą i oczywistą, aby z niej nie skorzystać. Alternatywą było rozłożenie się pod ścianą roślinności i liczenie na łut szczęścia: że nie będzie agresywna lub — co jeszcze lepsze — cofnie się na swoje pierwotne miejsce. Wróżbita nie widział więc powodu, aby nie przychylić się do głosu Macmillana. Tym bardziej że Longbottom zdążyła już w tym czasie czynem zaznaczyć swoją decyzję, więc i tak byłby w mniejszości.
Tak, wygląda na to, że nie mamy w tej sytuacji lepszego wyboru niż postawić na umarłych — przytaknął kuzynowi, choć nie wydawał się do tego w pełni przekonany.
Dogadywanie się z zaświatami było niebezpieczną grą, lecz przecież nie pchali się w żaden układ ze śmiercią. Zamierzali jedynie skorzystać z… osobliwej formy przewodnictwa. Zawsze mogli zawrócić i zejść z obranej ścieżki, prawda?
Peregrinus ruszył więc za Brenną, choć bez jej werwy i w pewnej odległości, coby nie obrywać dodatkowo impetem poruszanych przez nią gałązek nachodzących na ścieżkę. Wędrówka korytarzem uwitym z leśnej flory była doświadczeniem w pewnym sensie klaustrofobicznym: jak okiem sięgnąć, w każdą stronę Trelawney widział jedynie drzewa, drzewa, więcej drzew. Obracał się również, co chwilę, aby sprawdzić, czy Sebastian jest za nim, oraz pilnował, aby nie stracić z oczu Brenny. Ostatnie, czego potrzebował w tym miejscu, to rozdzielenie się z kompanami.

@Sebastian Macmillan @Brenna Longbottom


RE: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Norvel Twonk - 29.05.2024

Ścieżka była wąska, ale wydeptana. I chyba ten ostatni fakt sprawił, że mogli się poruszać po niej w miarę bezpiecznie. Leśne rośliny nie uznały, że próbują je atakować, choć w raz z krokami coraz wyraźniej czuli ich narastającą obecność. Kępki jagód dotykały ich butów, mijane krzaki smyrały po udach a niektóre gałęzie i pnącza poruszały się nienaturalnie, jakby czekały nierozważnego kroku z ich strony, by zaatakować.
Paradoksalnie to Peregrinus i Sebastian mogliby raczej prowadzić Brennę, niż odwrotnie. I jeden, i drugi, co parę chwil czuli wyraźne stukanie w tył głowy i coś jak… jak lodowaty oddech na szyi. Trelawneya prowadził szloch, Sebastiana pulsowanie. Obydwa nie trwały ciągle, ale pojawiały się na tyle często by zasiać w obydwu narastające poczucie niepokoju. Gdyby jeszcze niedostatecznie czuli, że w tym miejscu działo się coś złego, to niemal namacalna bliskość Limbo, skutecznie by im to uświadomiła. Był nawet taki moment, takie kilka sekund, gdy wydawało im się, że kroczą we mgle.
Brennie nikt nie odpowiedział. Opowieść zamilkła i podążając ścieżką, mogła zacząć sądzić, że widmowidzenie nie ujawni się więcej. Ale to nie była prawda, bo wkrótce znowu usłyszała cichy, melodyjny głos. Jak kolejne echo. Tym razem brzmiał mniej bojaźliwie i uniżenie. Pojawiła się w nim ufność.
- Wybaczcie śmiałość, panie, ale czy to wam powinnam podziękować za pozostawioną na progu mojej chaty pelerynę? Wiecie, że nie biorę pieniędzy za leczenie, nie byłoby mnie stać…
Sebastianowi zaczęło się wydawać, że dostrzega pierwsze kontury ruin kościoła. Ścieżka stała się dziksza i bardziej nieustępliwa. Pulsowanie przybrało na sile. Szloch umilkł, jakby się czegoś przestraszył.
W rzeczywistości, w ich stronę podążał żywy trup. Miał charakterystyczny chód. Kiedyś musiał być całkiem młodym mężczyzną, teraz skóra płatami odpadała od jego ciała ukazując im rząd pożółkłych zębów.

@Peregrinus Trelawney @Brenna Longbottom @Sebastian Macmillan

Czas na odpis do 30.05, godz. 21.00



RE: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Sebastian Macmillan - 29.05.2024

Jakieś... Zakłócenie? Zaburzenie optyczne, jakby powietrze pulsowało od nadmiaru energii magicznej — tłumaczył Peregrinusowi.

Nie potrafił konkretnie określić, co mogło być źródłem pulsowania, jakie dostrzegł w trakcie ich krótkiej wizyty w zaświatach. Mimowolnie przypomniał sobie o Polanie Ognisk i uszkodzeniu w zasłonie między wiatami, które pozwoliło mu na krótką chwilę zobaczyć Limbo. Wówczas sytuacja była jednak drastycznie inna. Tam doszło do ogromnej tragedii, otworzenia portalu między światami i wtargnięciu do domeny zmarłych. Oczywistym było, że takie działania pozostawią po sobie jakiś ślad.

Czy Kryształowa Czaszka mogła wywołać podobny efekt? Nie przypominał sobie, aby zaobserwował podobny fenomen, gdy Patrick i Brenna zjawili się z artefaktem w jego gabinecie, jednak nie były to też naturalne warunki, w jakich miał funkcjonować ten przedmiot. Może, teraz gdy tkwił gdzieś wkopany w ziemię, działał jakoś inaczej? Zmarszczył czoło, podążając za Brenną, aby w pewnym momencie wyjść przed szereg.

Widzieliście coś podobnego na mokradłach, gdzie odkryliście poprzednią czaszkę? — spytał, zaciekawiony widziadłem, jakie stanęło mu wcześniej przed oczami. — Wspominaliście o trupach i zaburzeniach teleportacyjnych... Było tam coś jeszcze?

Im dalej w las, tym intensywniejsze odczucia towarzyszyły Macmillanowi. Coraz mocniej łupało mu w głowie, jednak nie potrafił określić, jaka była przyczyna tego stanu rzeczy. Przemęczenie? Stres nagłym znalezieniem się w nerwowej sytuacji? Niepokój o Stewarda, Bagshota i Merlin wie kogo, kto jeszcze zagubił się w tej głuszy, gdy natura zwróciła się przeciwko nim? Magia? Znając życie, prawda kryła się gdzieś po środku. Jak zwykle. I wbrew pozorom wcale nie napawało to egzorcysty jakimś wielkim entuzjazmem.

Chyba coś widzę...

Już miał kontynuować swoją wypowiedź. Sądził, że droga do kościółka zajmie im nieco dłużej, jednak najwyraźniej trafili na dobry szlak. Szybko jednak się zorientował, że kształt, jaki dostrzegł między drzewami, zadawał się do nich zbliżać zamiast pozostać nieruchomym. Sebastian zatrzymał się, a potem zaczął cofać, krok po kroku, gdy zorientował się, z czym mają do czynienia.

Yyyy! — podniósł w zdenerwowaniu glos, sięgając po różdżkę, licząc, że w ten sposób zaalarmuje pozostałą dwójkę.

Wprawdzie miał wcześniej do czynienia z martwymi ludzmi, jednak ci zazwyczaj pozostawali nieruchomi. Ogólnie rzecz biorąc, obcował dosyć blisko ze śmiercią, jednak nigdy w tak... groteskowym wydaniu. Ghoule nie znajdowały się na liście usług, jakie świadczył w ramach jednoosobowej działalności czy jako pracownik Ministerstwa Magii. Ghoul. Niemartwy. Potwór. Biedak, podsumował Sebastian, patrząc z mieszanką zgrozy i współczucia na zbliżającą się do nich istotę.



RE: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Brenna Longbottom - 29.05.2024

To oni widzieli drogę, dzięki zmysłowi Trelawneyów. Ona jedynie ruszyła we wskazaną stronę, bo stanie w miejscu było ostatnim, na co miała ochotę, gdy na kempingu trwała walka. Nie miała zdolności dostrzegania Limbo, za to nie brakowało jej ani determinacji, ani pewnego narwania.
Odpowiadając Sebastianowi nie odwracała się ani na chwilę, nie zwalniała kroku, chyba że któryś z mężczyzn postanowił pokierować ją nagle w inną stronę. Z tym się nie kłóciła: jedyne, co mogła zrobić, to im zaufać.
- W tym miejscu magia działa inaczej. Moc czaszki musi psuć znacznie starsze zaklęcie.
Nawet gdyby Basilius tego nie sugerował, to sam fakt, jak rzucało ją między przeszłością a teraźniejszością pokazywał, że istnieje tu jakaś potężna magia, raczej niezwiązana z czarnoksiężnikiem. Tam na Mokradłach nie atakowały ich rośliny, las nie ożywał, nie było gadających niedźwiedzi ani wspomnień spalonej na stosie dziewczyny.
Dziewczyny, która znała swojego oprawcę.

Może Brenna byłaby w stanie zrozumieć, że poświęcenie jednej osoby dla setek innych miało sens. Hasło „w imię większego dobra” obijało się jej po głowie od dawna, choć wiedziała doskonale, kto go używał nie tak dawno temu. Nauczyła się, że czasem trzeba wybierać lepsze zło. Ale gdy w szumie drzew rozbrzmiał głos, jej palce mimowolnie mocniej zacisnęły się na różdżce, bo on ją znał, budował zaufanie, bo ona leczyła ludzi za darmo i czy naprawdę, do cholery, nie było kogoś, kto faktycznie zasłużył sobie na ten stos? Jak wielkim musiał być draniem, aby najpierw przeciągnąć ją na swoją stronę, a potem skazać na męczarnię ognia?

- Może to naruszyło granicę światów i dlatego wyczuwacie... źródło tej nowej mocy. I to co w nim jest. Albo sam las lub to starsze zaklęcie chcą je pokazać – podjęła, normalnym tonem, jakby jej myśli nie błądziły wokół biskupa, Triony, czaszki i Patricka, którego według jasnowidza musieli znaleźć.
Nie wspomniała o duchach i nie wyjaśniła, co dokładnie znaleźli na bagnach, bo to jednak było tajne, a Pereginus był asystentem Vakela. Wolała, aby nie opowiedział wróżbicie o tamtej akcji, bo mogłaby wylecieć z Ministerstwa za ujawnianie szczegółów sprawy. Pulsowanie... może był to rytm mocy, wykradanej przez czaszkę? Może Bagshot coś znalazł. Albo śmierć czarnoksiężnika zakłóciła zaklęcie.
Nie miała wiele czasu na takie rozmyślania, bo oto pojawił się nieumarły. Być może strażnik zostawiony przez czarnoksiężnika, jak na mokradłach...?

Za pierwszym razem, gdy zobaczyła te stworzenia, wahała się przed krzywdzącym atakiem absurdalnie długo. Nie była pewna, czy nie są faktycznie rodzajem ghuli, wciąż myślących i do pewnego stopnia mogących funkcjonować wśród ludzi. Użycie na takim morderczych zaklęć byłoby czarną magią. Ale od tamtej chwili widziała dostatecznie wiele tych kreatur, aby sposób poruszania i odpadające płaty skóry zinterpretować w jeden sposób.
W tym ciele nie zostało już nic z człowieka, jego dusza pewnie tkwiła w czaszce i musieli ją uwolnić, zwłoki animowała mroczna magia, rozpadały się powoli i jedyne, czego chciały, to ich zabić. Czy ten widok nią wstrząsał? Owszem. Czy się zawahała? Tylko dlatego, że przeszło jej przez głowę, że las może ją zaatakować nawet za napaść na żywego trupa. Ale przecież nie mogła ot tak zawrócić, że ojej, nie idę dalej, uciekamy.
Bagshot miał rację, były to żywe trupy, a skoro szukali w lesie Stewarda, był też Patrick.
– Uważajcie na drzewa – powiedziała, unosząc różdżkę, mając cholerną nadzieję, że nic nie poszatkuje jej na kawałki. Próbowała ściąć nieumarłemu głowę. Nie była pewna, czy się uda, na niego więc też musieli uważać, ale no to się rozumiało samo przez się…

Kształtowanie
[roll=W]
[roll=W]


RE: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Peregrinus Trelawney - 30.05.2024

Wędrówka po mrocznym lesie przy wtórze szlochu i pukania z tyłu głowy, złudzeniu mgły i lodowatego oddechu na karku — wszystko to składało się w surrealistyczną całość, która trzymała nerwy Peregrinusa w ciągłym napięciu, testując jego odporność na sytuacje stresowe. Prawdopodobnie tylko adrenalina trzymała go w ryzach i dodawała sił na każdy kolejny krok, który i tak wykonywał jak w transie.
Wszystko, czego dowiedział się tego dnia i wcześniej próbował z zapałem ułożyć w logiczną całość, miało coraz mniej sensu. Grono hipotez zamiast się kurczyć, poszerzało się. Jak wcześniej uważał, że czaszka harmonizuje i czerpie ze starszej magii, tak teraz Brenna podała mu nową możliwość: czaszka wcale nie była misternie wpasowanym elementem i coś tu burzyła.
Trelawney został w tyle ze swoimi przemyśleniami, gdy Sebastian wyszedł na przód ich małego pochodu, aby pokierować brygadzistką. Sam wróżbita wkrótce bezmyślnie już podążał za nimi oraz odgłosami szlochów, większą uwagę przykładając do tego, czy aby kolejna mijana roślina nie wyciągnie ku niemu chciwych pnączy, niż czy nie jest prowadzony w paszczę lwa.
Okrzyk Macmillana skutecznie wyrwał go z tego stanu, widok trupa zaś zmroził w żyłach Peregrina. Nagle mężczyzna poczuł wdzięczność, że zamyka pochód. Mechanicznie uniósł różdżkę w gotowości, ale widząc, że Brenna zdążyła już zaatakować, nie podjął się na razie użycia żadnego czaru.
Zamykanie pochodu, które — z racji uczynienia go ostatnim w kolejce do bycia zaatakowanym — poczytał sobie za farta i błogosławieństwo, jednocześnie utrudniało mu rzucenie czegokolwiek ofensywnego. Musiałby zrobić to ponad ramionami dwojga swoich kompanów, a gdy nie było się kimś o nienagannej wprawie w podobnych manewrach, prawdopodobnie lepiej było nie ryzykować spudłowania na takiej linii.
Alternatywą było zejście ze ścieżki i miotanie zaklęciami po innym torze, lecz rzut oka na chaszcze odwiódł go i od tego pomysłu. Zbaczanie ze ścieżki przezornie postanowił zostawić sobie na ostateczność. Na razie był więc jedynie, za radą Brenny, w gotowości na ataki ze strony roślin, obserwując przy tym wciąż na wszelki wypadek, jak się sprawy mają z umarlakiem, którego brygadzistka próbowała dekapitować.


RE: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Norvel Twonk - 02.06.2024

Zaklęcie Brenny trafiło w żywego trupa, ale nie ścięło jego głowy, choć wyraźnie nadcięło szyję. Zachwiał się, upadł na ścieżkę. Palce nieumarłego rozorały ścieżkę, gdy podnosił się z powrotem do pionu. Warknął, przyśpieszył. Odległość między nim a znajdującą się na przedzie brygadzistką zaczęła się wyraźnie kurczyć.
Drzewa, krzewy, ściółka leśna nie ożywiła się, gdy nadciągał. Najpewniej nieświadomie, w końcu trudno było oskarżyć żywego trupa o posiadanie świadomości, wędrował ścieżką. Nie zaatakował niczego, co chroniła fioletowa magia.
Kocham te ziemie bardziej niż własne życie. Szept przy uchu. Zdanie wypowiedziane tak lekko, ufnie, jakby było tylko nic nieznaczącym zwierzeniem się przyjacielowi, a nie podpisanym przypadkiem wyrokiem śmierci. Odpowiedź na pytanie, którego nie dane było Longbottom usłyszeć.
Sebastian poczuł nadciągające zimno. Może nawet mógłby pomyśleć, że to przez nieumarłego, ale wystarczyło, by zmrużył oczy i spróbował popatrzeć dalej, w stronę ruin a uderzyło w niego to samo, co musiało uderzyć i w Peregrinusa. Tam dalej las stawał się jałowy, brakowało w nim zieleni, brakowało bujnej roślinności.
Nadal tkwiły tam drzewa i krzewy, ale wydawały się ogołocone z liści a na tle dzikiej, bujnej roślinności koło nich, wyglądały na chore i umierające. Ba, była tam nawet mgła, unosząca się ledwo nad ziemią, skrywająca sobą ścieżkę. Wychodziło na to, że docierali do granicy, w której jedna magia zwyciężyła nad drugą.

@Peregrinus Trelawney @Brenna Longbottom @Sebastian Macmillan

Czas na odpis do 04.06, godz. 21.00

Zakładam, że kolejne udane zaklęcie dobije żywego trupa; więc możecie opisać że kierujecie się dalej. Gdyby jednak kości postanowiły się postawić, walczący będą mogli napisać dwa posty w tej turze.


RE: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Sebastian Macmillan - 02.06.2024

Moc czaszki psuła starsze zaklęcia. To dopiero rewelacja, pomyślał z przekąsem Macmillan, coraz bardziej żałując, że przy poprzednim egzemplarzu nie pokusił się o dokładniejsze zbadanie jej właściwości. Z drugiej strony wówczas podchodził nad wyraz ostrożnie nie tylko do znaleziska, ale także do Longbottom i Stewarda. A jako pracownik Ministerstwa Magii powinien mieć jako taką wiarę w umiejętności śledczych z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.

Skoro nie dostał wiadomości o tym, że na Mokradłach dochodziło do podobnych zakłóceń, gdy czarnoksiężnik w najlepsze zbierał swoją kolekcję dusz, to nie powinien zakładać, że poprzednia czaszka działa jak ta, z jaką mieli do czynienia obecnie. Kto wie, jaki jeszcze mogła wywierać wpływ na okolice Windermere? I gdzie w tym wszystkim jest Bagshot, pomyślał, zerkając w bok, jakby poniekąd oczekiwał, że na samo wspomnienie o tej rodzinie, Isaac wyskoczy z zarośli.

Wiesz co, Longbottom? — rzucił Sebastian, jakby kobieta była odpowiedzialna za wszelkie zmiany praw magii i nienaturalnych nadprzyrodzonych fenomenów. — Pamiętam takie czasy, gdy przerwanie granicy między światami nie działo się w odstępie kilku tygodni od siebie, a zazwyczaj takie incydenty dzieliło kilka dekad lub stuleci. I wiesz, co jeszcze ci powiem? Bardzo, ale to bardzo mi się nie podoba, że obecnie występuje w tej kwestii tendencja wzrostowa.

Nigdy nie chciał żyć w ciekawych czasach. Nie miał najmniejszego problemu z tym, aby nudzić się do końca życia w niezliczonych miejscach kultu czy zakurzonych archiwach. Niestety, wszystko wskazywało na to, że ''ciekawe czasy'' same zapukały do jego drzwi. I wszystkiemu winna była czarna magia. A więc i ludzie, w znacznej większości o podłych intencjach i paskudnym charakterze. Jedna czaszka, Beltane, druga czaszka... Czy powinien do tego schematu dodać jeszcze działania własnej kuzynki podczas Lithy?

Na łaskę Matki! — Przeżegnał się na widok uciętej do połowy głowy trupa.

Wynaturzenie. Inaczej nie potrafił określić tego, jak można było zostawić drugą istotę ludzką w takim stanie. Desakracja ludzkiego ciała podarowanego każdej żywej istocie przez Matkę. Święta powłoka będąca domem duszy zredukowana do monstrum, który kierował tylko zew głodu i krwi. Sebastian podniósł niepewnie różdżkę, celując w ziemię przed trupem, modląc się, aby trafił w odpowiednie miejsce. Zamierzał za pomocą magii Kształtowania wyczarować magiczne płomienie, które pochwyciłyby ghoula i spaliły go na miejscu. Przedostatni akt łaski dla osoby, która niegdyś zajmowała to ciało. Ostatnim będzie odesłanie do Limbo i uwolnienie od Kryształowej Czaszki.

(Kształtowanie) Magiczne płomienie x2
(-10 do wyniku za zawadę Wada Wzroku)
[roll=N]
[roll=N]

Modlił się, aby zaklęcie się udało. Na szczęście nie był tu sam; jeśli magia go zawiodła, miał świadomość tego, że w pogotowiu była Brenna i Peregrinus. 2 uczonych, 1 brygadzistka. Nie taki zły zespół, biorąc pod uwagę, że ghoul był jeden... Co by się nie działo dalej, ciało Macmillana przeszyło zimno, jakby niespodziewanie znalazł się w chłodni lub wyszedł na zewnątrz w środku zimowej nocy. Cokolwiek czekało na nich u celu, zdecydowanie w jakiś sposób nimi wstrząśnie.



RE: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Brenna Longbottom - 03.06.2024

Tak naprawdę Brenna też nigdy nie chciała żyć w ciekawych czasach.
Byłaby szczęśliwa w pracy tłumacząc pani Turpin, że jej sąsiad nie jest czarnoksiężnikiem, zamiast gnać w ślepym pośpiechu przez las, ścigana strachem o Patricka i nadzieją, że jeśli czaszka jest źródłem, jej usunięcie pomoże ludziom, którzy zostali na kempingu. Chętniej wybrałaby się z bratem do teatru niż na wypełnioną mrokiem wyspę, wolałaby przy biurku pochylać się nad rysunkami Mabel niż nad listami ofiar śmierciożerców, a całe jej zamiłowanie do przygód mogłoby znaleźć ujście w podróżach, rozmowach z duchami czy górskich wspinaczkach, zamiast w sytuacjach, gdy ludziom działa się krzywda.
Nikt z nich jednak nie wybrał czasu, jaki dostał: mogli tylko zdecydować, co z nim zrobią.
Nie odpowiedziała już na słowa Sebastiana, nie chcąc tracić oddechu - zwłaszcza że zaraz pojawił się trup, a w jej głowie odbiły się echem słowa Triony. Oto dlaczego zaklęcie było tak potężne: życie, nekromancji biskupa, jego magia i jej miłość, jakby przedziwna wariacja protego amare, nie rzucona na jednego człowieka, a na ludzi i ziemię.
Gdyby ją poprosił, może nawet sama zgodziłaby się tak umrzeć.
Ofiara, która zapewniła bezpieczeństwo tej krainie, a która teraz została wypaczona przez czarnoksiężnika.
Było w tym coś niesamowicie gorzkiego, w wyborze właśnie w Triony, w przemienieniu zaklęcia, podobnie jak w widoku przewracającego się trupa, pozostałości po kimś, kto umarł po części na skutek tej magii i tego, co zrobiła z nią czaszka. Brenna uniosła różdżkę, gdy pojawił się płomień, pośpiesznie, nie chcąc pozwolić, by ogień sięgnął i roślin: skupiona na nieumarłym nie dostrzegła jeszcze, że tu jest granica, że wszystko zaczyna umierać, wyssane z energii czarną magią. Nie była pewna ani czy nie wywołają pożaru lasu, ani czy rozzłoszczone gałęzie nie zaatakują Sebastiana za ten ogień. Spróbowała więc za pomocą aquamenti dopilnować, by płomień nie rozprzestrzenił się poza podpalonego trupa. I tylko jeśli ten nie stanowiłby zagrożenia, i nic chwilowo nie próbowałoby ich zabić, była gotowa ruszać dalej: ku ruinom, otoczonym umierającą przyrodą.

Kształtowanie. Próbuję rzucić wodę tak, żeby przypadkiem ogień nie sięgnął gdzieś dalej
[roll=W]
[roll=W]


RE: [10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem - Peregrinus Trelawney - 04.06.2024

Ciekawe czasy nie były dla Peregrinusa Trelawneya aż takim utrapieniem, choć gdyby postawiono przed nim wybór, z pewnością wybrałby senną, leniwą egzystencję. Obecna sytuacja polityczna nie ingerowała do tej pory zbyt drastycznie w jego osobistą codzienność, więc i on nie ingerował w nią. Solidarność społeczną w jego wykonaniu trudno byłoby opisać choćby jako performatywną: oczywiście nie życzył nikomu źle i to bardzo przykro, że ktoś ma ambicje na czystki w ludności magicznej, ale on nie kłopotał się stawianiem oporu czy choćby udawaniem, że go stawia. Cóż, kiedy przyjdą po niego — a nie był przecież czystokrwisty — nie będzie nikogo, kto mógłby zaprotestować, czy jak tam leciała ta mądrość.
Gdy Sebastian podpalił nieumarłego, Peregrinus utkwił w trupie oczy i długo nie odrywał wzroku. Nie była to jednakże żadna upiorna fascynacja, a ciekawość: wypatrywał jakiegoś znaku charakterystycznego, który połączyłby rozpadające się ciało z zaginionymi osobami, o których pisano (a może nawet umieszczono zdjęcia?) w gazetach. Poza oczywistym szukaniem odpowiedzi na pytania trapiące jego samego, kierował się również myślą, że dobrze, aby zwłoki miały imię, aby wieść o końcu dotarła do tych, których ten żywy niegdyś człowiek opuścił.
Czy Ministerstwo ma może informacje o większej ilości zaginięć niż te, które przeciekły do prasy, Brenno? — zapytał czarodziej, robiąc kilka nieufnych kroków ku nadwęglonemu  (zwęglonemu?) zombie. — Pisali o sześciu osobach, ale dwa ciała odnaleziono, więc nie podzieliły raczej losu tego tu.
Ta próba szacowania ilości nieumarłych była grubymi nićmi szyta: czarnoksiężnik mógł ofiar szukać gdziekolwiek, mogły znikać niezauważenie. Peregrina pokrzepiała jednak naiwna myśl, że być może jeszcze tylko trzy takie niespodzianki ich czekają.
Generalnie może to być dobry moment na podzielenie się wskazówkami o tej sprawie, jeśli BUM trzyma jakieś w rękawie.
Jeśli rzeczywiście było bezpiecznie, minął truchło — możliwie jak najszerszym łukiem — i stanął przy granicy między dwoma obliczami lasu. Zatrzymał się na chwilę, nim zebrał się w sobie i postawił w końcu stopę na jałowej ziemi spowitej mgłą; miał jeszcze jakieś instynkty samozachowawcze, a martwy, tchnący chłodnym oddechem umrzyka las zdecydowanie je uruchamiał. Zwędrowali jednak zbyt daleko, żeby teraz się cofnąć.